UliceAlmery

Ulice Almery

Opowieść w stylu dowolnym.

Z dedykacją dla Mandragora Pupki.

Noc była ciemna i deszczowa... Bez przesady, przecież tak nie zacznę... Już wiem. Nieco mniej beznadziejnie: Był słoneczny dzień sierpniowy. Wysoko nad poszarpaną linią najwyższych budynków majestatycznie unosił się duży balon z reklamą wsi Nadzieja. Ostatnio ich kampania reklamowa stawała się coraz bardziej nachalna nawet w tak odległych zakątkach sarmackiej Rzeczpospolitej jak Almera. Poniżej linii „drapaczy chmur” jak lubili je określać tubylcy, a które gdzie indziej uznane by zostały co najwyżej za średniej wielkości, co najwyżej mieszkalne wieżowce, plątała się gęstwina drutów wysokiego napięcia, stalowych lin podtrzymujących wszechobecne bilbordy, sznurów z bielizną, nielegalnie zamontowanych przewodów telefonicznych i nikomu niepotrzebnych o tej porze roku ozdób bożonarodzeniowych. Wszystko to w świergocie różnokolorowej wrzawy licznych tutaj tropikalnych gatunków kukuła sprawiało wrażenie nieuporządkowanego chaosu... którym rzeczywiście było. Mieszkańcy miasta przyzwyczaili się już dawno, zresztą w o wiele większym stopniu skupiali się na przyziemnej rzeczywistości pełnej legalnych, półlegalnych i całkiem nielegalnych emigrantów, z ich etniczną kuchnią, obyczajami, dzielnicami, stylami graffiti i równie etnicznie specyficznymi wszechobecnymi gangami. Rzeczywistość posiadała też bonusy w postaci gorącego, wilgotnego klimatu, brutalnej Królewskiej Gwardii Baridajskiej pełniącej jednocześnie rolę wojska, policji i najpotężniejszego gangu, rezydentów wszystkich możliwych wywiadów, wyznawców wszelkich możliwych wiar w ich najbardziej skrajnych i fanatycznych postaciach, ulicznych handlarzy, dilerów narkotykowych, dzieci ulicy, konserwatystów, snobów, manikiurzystek, cyklistów, maratończyków, filozofów i innych dewiantów. Przypadkowa kolejność wymieniania tychże zobrazować jedynie może jak w istocie przemieszani oni byli tam. Sytuacji nie poprawiał na pewno tragiczny stan infrastruktury, która wskutek niezbyt fortunnego pomysłu cofnięcia całego kraju do czasów głębokiego średniowiecza przez ostatnie kilka lat była planowo niszczona bądź demontowana i wywożona do Loloardii przez drużyny zorganizowanych na wzór paramilitarnych skautów nastoletnich Radykalnych Giermków Królewskich. Nawet pojazdy jakimi poruszali się mieszkańcy stolicy Królestwa Baridasu dawno temu widziały łono fabryki. Były to modele co najmniej dwudziestoletnie, sprowadzane z okolicznych krajów, zakupione w scholandzkim demobilu lub poskładane ze znalezionych na złomowiskach części. W jednym z takich pojazdów, wojskowym gaziku produkcji scholandzkiej, z brezentową budą samoróbką siedziało dwóch mężczyzn. Pierwszy z nich, zwalisty, ponad dwumetrowy Murzyn o posturze dobrze odżywionego, leniwego niedźwiedzia pochwalić się mógł się długimi dreadami sięgającymi pasa, związanymi na plecach charakterystyczną rajańską chustą w drobną kratę. Ubrany był w permanentnie rozpiętą wściekle kolorową koszulę w kwiaty, wojskowe spodnie niedbale obcięte tuż za kolanami i mimo upału, w zniszczone buty oddziałów powietrznodesantowych sarmackich Książęcych Sił Zbrojnych. Rozwaliwszy się na przednim siedzeniu z nogami na desce rozdzielczej, a właściwie na przedniej masce pozbawionego szyb samochodu wachlował się plikiem papierów. Drugi z mężczyzn, wysoki, szczupły blondyn z niepasującym mu równiutko przyciętym wąsikiem amanta filmowego z lat 20 stanowił kontrast dla swojego towarzysza. Ubrany w nieskazitelnie wyprasowaną koszulę bez rękawów, szorty khaki i eleganckie mokasyny, sprawiał wrażenie świeżego jakby na zewnątrz nie panował trzydziestostopniowy upał przy osiemdziesięcioprocentowej wilgotności. W skupieniu pracował na niewielkim laptopie co chwila zerkając w kierunku znajdującego się naprzeciwko budynku Hotelu Imperial Plaza, utrzymanego w typowym dla Almery stylu ponurego żartu z egzaminów końcowych na wydziałach architektury bardziej cywilizowanych części świata wirtualnego.

— Hiacynt! — zwrócił się do swojego czarnoskórego kolegi

— No?

— Jest.

Rzeczywiście był. Przybył nienagannie wyszorowaną, kontrastującą z resztą ulicznego ruchu limuzyną w kolorze kła trzyletniego morsa. Ubrany w różowy mundur Sarmackiej Armii Ludowej prezentował się dziwnie ponuro na tle obsadzonego rachitycznymi drzewkami pomarańczowymi otoczenia hotelu. Róż jego uniformu nie był podobny do tego, jaki zazwyczaj widzi się podczas parad ruchu Dumny Pederasta, czy na sznurach z suszącą się damską bielizną. Przypominał bardziej krew dawno wsiąkniętą w grudniowy śnieg, albo niezbyt świeży tatar z wątroby bawołu baridajskiego w sosie cytrynowym, z odrobiną drobno zmielonego zielonego pieprzu i kurkumy. Wandejski oficjel wystudiowanym ruchem podał bojowi hotelowemu teczkę z brązowej skóry i włożywszy czapkę typu „lotniskowiec”1 pod lewą, zapewne nienagannie wygoloną pachę, udał się sprężystym krokiem urodzonego służbisty w kierunku przeszklonych drzwi westybulu. Teraz pozostało im jedynie czekać, aż uaktywni się aparatura podsłuchowa ukryta w doniczce z wyjątkowo dorodnym przedstawicielem gatunku Ficus baridensis w pokoju 506 na piątym piętrze. Był pogodny poranek. Sierpień 2010 roku. O czym myślał kapitan Stefano Armando Sofia Gomez Morales de Schwaben-Lichtenstein y Nowak, potomek starej arystokracji, spoglądając w okna hotelu Imperial Plaza? Późniejsi historycy będą się o to niejednokrotnie spierać. Pewnym jest, że zadanie jakie spoczęło na jego barkach traktował niezwykle poważnie. Nie mógł sobie pozwolić na najmniejszy błąd, gdyż od tego zależało życie wielu ludzi w kluczowej fazie toczącej się właśnie na ulicach Almery wojny. Starcia na śmierć i życie pomiędzy Królewską Gwardią Baridajską, a rezydenturą wandejskiego wywiadu o kontrolę nad lukratywnym handlem bronią. W grę wchodziły również milionowe koncesje na połów sardynek i szprota w pasie wód przybrzeżnych Baridasu. Prawdziwe znaczenie późniejszych wydarzeń ukryte było przed jego skądinąd błyskotliwym umysłem. Słońce odbijało się w lusterku gazika i rozszczepiwszy się barwną tęczą padło na arystokratyczny profil Stefano. W jasnobłękitnych oczach jak lampka zamigotało wspomnienie. Dawne przeżycia są jak okruchy muszli na brzegu oceanu naszej pamięci. Tylko od nas zależy, czy usłyszymy w nich szept przeszłości. Lustro zamieniło się na chwilę w pryzmat. Taki sam rozszczepiający światło wielościan podarowała mu Anastazja, zanim postanowiła opuścić go na zawsze. Gdzie teraz jest? Nad brzegami jakiego oceanu spaceruje odciskając ślady swoich stóp na nieśmiertelnym piasku, który trwa wiecznie pomimo ciągłego miotania się w ruchu fal? Najmniejsze cząstki są bowiem nieśmiertelne jak ameby, które dzieląc się raz po raz nie umierają, a tylko przedłużają w nieskończoność własne istnienie. Anastazja była dla niego taką amebą jego własnych, ukrytych pragnień i snów, zakonserwowanych jak komar w bursztynie, po to by jakiś naukowiec mógł po milionach lat tchnąć dzięki niemu życie w ciało majestatycznego przedpotopowego gada jego tęsknoty i miłości.

Mężczyzna w letnim bawełnianym garniturze usiadł w miękkim fotelu obitym skórą dzikiego kota dokładnie naprzeciwko wandejskiego wojskowego. Niedbałym ruchem wydobył z zanadrza cygaro i skrupulatnie przyciąwszy je gustownym scyzorykiem w oprawie z masy perłowej zapalił.

— Tczeba wam wiedzieć, genosse, że fczystko co powiem tutaj, jest pszechznaszone tylko do uszu waszych wandystaniszee genossen, ales klar nieprafdasz?

— Tak. Departament V wydał nieoficjalną zgodę na całą operację, niemniej jednak w razie jakiejkolwiek... infiltracji wyprze się wszelkich związków zarówno ze mną jako... atasze kulturalnym wandejskiego konsulatu jak i Panem, jako przedstawicielem scholandzkiego Sztabu Generalnego...

— Nein, ze mną, jako prywatnym geszeftman, nieprafdasz?

— Tak. Z panem jako scholandzkim przedsiębiorcą zainteresowanym koncesją na połowy w imieniu Mandragoratu Wandystanu...

— Ja! — scholandczyk uśmiechnął się zadowolony – Pszczejczmy do konkretchnej rozmowy, genosse, nieprafdasz?

— Tak... Obecnie kontrolujemy około 30% tranzytu i powiedzmy, że... połowę lokalnego rynku. Skądinąd wiadomo nam, że scholandzcy... biznesmeni nie są dłużej zainteresowani... obrotem towarowym na terytorium Baridasu. Jesteśmy w stanie szybko wypełnić tą lukę, w zamian za... przysługę proponując swój udział w kwocie połowowej tutaj, w Baridasie oraz dostęp do infrastruktury portowej na Dalekiej Północy...

— Ja! Walfang to dobry geszeft, nieprafdasz? Nasza szatka lokalna w Baridas kontrolowana jest przez Solardisze mafioso, Cappo di Mezzo Cappi don Silvio B., zchorganizuje wam spotkanie jutchro. W taki lokalny wirtshaus, pub, Pod Głową, Dzielnica Portowa, nieprafdasz?

— Wyślemy tam... swojego człowieka...

Hiacynt uśmiechnął się. Uśmiechnął się również i Stefano. Mimo dzielących ich różnic w wyglądzie zewnętrznym mieli wspólne zainteresowania. Jednym z nich były podejrzane knajpy w Dzielnicy Portowej. Gazik płynnym ruchem włączył się w ruch uliczny. A potem nastąpił wieczór, poranek, i zmierzch dnia następnego.

Wszystko kurwa poszło nie tak, myślał Stefano przeładowując magazynek karakachanowa (model szturmowy ze składaną rączką, przystosowany do wandejskiego typu amunicji). Pierdolony, zdradziecki czarnuch, pierdolona zdradziecka Królewska Gwardia! Jebana polityka międzykurwanarodowa! Wychylił się zza węgła i puścił krótką serię w kierunku jaśniejących w ciemnościach dni kantyny. Pociski smugowe znaczyły ślad natarcia regularnych oddziałów Gwardii. Po drugiej stronie ulicy rezydent wandejskiego wywiadu ramię w ramię z Hiacyntem metodycznie pokrywali ogniem budynki portowe. Stefano nie miał wątpliwości, że chowający się w nich solardyjscy mafiozi nie dożyją poranka. Kurwa, kurwa, kurwa! Powtarzał sobie te słowa jak mantrę. Utknął za wrakiem własnego gazika dokładnie na środku placu, pomiędzy dwoma ostrzeliwującymi się stronami. Z których żądna nie była mu przyjazna... Bliski wybuch granatu zmusił go do rzucenia wszystkiego na jedną szalę. Szybkim truchtem rzucił się w kierunku żołnierzy KGB, z biodra strzelając w kierunku solardyjczyków. Udało się! Wbiegł pomiędzy uzbrojonych po zęby, umundurowanych mężczyzn, którzy nie zdawali sobie sprawy, że nieświadomie biorą decydujący udział w czymś co ich przerasta. Nie wiedzieli też, że człowieka który właśnie macha im przed oczami legitymacją służbową powinni zlikwidować w pierwszej kolejności. Kapitan Gwardii zastanawiał się tymczasem jak zniknąć, rozpłynąć się, przestać istnieć. Nie był bohaterem. Tutaj już dawno skończył się czas bohaterów. Nie był też tą samą szumowiną co kiedyś, kiedy okazało się, że baridajska tradycja bycia szują i cwaniakiem wplątała się w politykę międzynarodową. Bardzo dobrze rozumiał swoją rolę jako policjanta rozpracowującego bandytów i nie przeszkadzało mu, że w miejsce wyeliminowanych gangsterów wkroczą jego szefowie. Nie miał nic przeciwko zyskom, o ile zyski czerpali swoi. Ale teraz chciał zniknąć. W głowie kołatały mu słowa. „Wspólna operacja”, „eliminacja Daniela Łukasza”, „jednorazowa wolna elekcja”, „pozorna wrogość” i „docelowe zjednoczenie”. A także data czas zakończenia „przed grudniem 2011”. No i najważniejsze, bo dotyczące jego bądź co bądź ojczyzny „poligon atomowy”. Wiedział jednak, ze jest za cienki, aby z tym walczyć. Jest dużo małych gdzie zatrudnią z chęcią doświadczonego instruktora wojskowego. Z odpowiednim stopniem i gażą. Tylko się zmyć tak, żeby ani Królewska Gwardia, ani wandejczycy ani SRS nie wpakowali mu kulki lub dwóch...

Almera, marzec 2011

1 – wandejskie czapki oficerskie zwane są niekiedy „lotniskowcami” z powodu imponującej powierzchni płaskiej na szczycie owych.

metadane
autor: Ivo Danuta Karakachanow Śr
opublikowano: Wandea Ludu, marzec 2011 link: tutaj