PdD1.2

SKP Lwy Krez - Kotwica Srebrny Róg 3:1

Był to mecz drużyn, które pierwszej kolejki nie mogą zaliczyć do udanych - z tego powodu oczekiwaliśmy zaciętej walki o każdy metr boiska i wielu fauli. Jak zwykle piłkarze wyprowadzili nas z błędu dość szybko. Przez pierwsze 30 minut byliśmy świadkami gry badawczej. Tak można nazwać wymiany piłek pomiędzy zawodnikami w oczekiwaniu na zwabienie przeciwnika na własną połowę. Jednakże, obie drużny zwietrzyły postęp i rzadko przekraczały linię środkową boiska, oddając po jednym, niegroźnym strzale z dystansu. Gdy myśleliśmy, że spokojnie dotrwamy z wynikiem bezbramkowym do przerwy, piłę w pole karne wrzucali gracze Lwów. Ni z tego ni z owego Spaniały podbił piłkę ręką, co od razu wychwycił sędzia. Do piłki podszedł Cierzniak, strzelił w środek bramki. Zaleski wyczuł intencje strzelca i przepuścił piłkę między nogami. Gracze Kotwicy wyraźnie posmutnieli. W drugiej połowie inicjatywę uzyskali Gellończycy i już w 51 minucie strzałem z dystansu popisał się Balkiewicz. Strzał był dość niezwykły bo oddany z narożnika boiska, traf chciał jednak że Zaleski wychodząc do tej piłki poślizgnął się, a ta poszybowała do bramki. Przez następne kilka minut oglądaliśmy sekwencję autów, raz to dla Lwów, raz dla Kotwiczan , gdyż ciągle zawodnicy upadali i nie podnosili się długo z boiska. Wreszcie, sędzia zdecydował się podyktować rzut wolny dla zawodników Krezu - Wachowski dośrodkował na pole karne, Bronisz spóźniając się z interwencją trafił Suchodolskiego z woleja, a piłkę skierował do siatki Zabrze. Chwilę później Suchodolski próbował wymierzyć sprawiedliwość Dzikiemu, ale koledzy w porę wyprowadzili go z błędu - lewy sierpowy otrzymał Bronisz. Lwy były zadowolone z dotychczasowej zdobyczy dlatego nastawiły się na grę na własnej połowie, z rzadka atakując przeciwnika, który kompletnie gubił się w środkowej części boiska. Wreszcie, w 68 minucie euforia! Oto Suchodolski zwodem mija dwóch swoich kolegów i przeciwnika, dośrodkowuje celnie i Rożen szczupakiem zdobywa bramkę. Zawodnicy Kotwicy płakali z radości, tańcom nie było końca. Oto po siedmiu straconych wreszcie udało im się strzelić gola. Po tym zdarzeniu obie drużny starały sie sobie nie przeszkadzać i dowiozły wynik do końca. Po meczu uradowany strzelec bramki dla Kotwicy powiedział nam, że bardzo długo czekał na tę chwilę i żałuje nieco że nie udało się to przed własną publicznością, nad czym obiecał jednak popracować. Trener Lwów zapowiedział, że już niedługo drużyna z Gellonii zrobi furorę w lidze - przyjęliśmy te słowa z przymrużeniem oka.

SS Zielnybór - FC Czarnolas 3:0

Pamiętacie naszych przyjaciół z ostatniej kolejki, SS Zielnybór? Tak, to ci od drugiego najnudniejszego meczu w lidze. Dzisiaj wybiegli w bardzo ofensywnym, gwarantującym wiele emocji 4-5-1. Nie wiedzieć czemu przypomniało mi się wtedy zdanie, wypowiedziane po meczu zakończonym bezbramkowym remisem: "Wynik jest odzwierciedleniem dobrej gry obronnej obu zespołów". W takich oto nastrojach przyszło nam oglądać mecz. Na początku gra była wyrównana. Zielnybór, mający przewagę w środku pola, zupełnie nie umiał jej wykorzystać. Jak się okazało, jeden napastnik w konfrontacji z czterema obrońcami może się co najwyżej przewrócić. Wsparcia samotnemu Rhawiemu próbował udzielić Enwiya, jednak czarnolescy obrońcy, zdziwieni widokiem obrońcy drużyny przeciwnej na swojej połowie, zrównali go z glebą. Estabrook dostał czerwoną kartkę, a Enwiya kontuzji. Zastąpił go Kha. Swoją drogą, w tym miejscu wyrażamy uznanie trenerowi Zielnyboru, który, stosując nowoczesną myśl taktyczną, wystawił fałszywego napastnika w obronie. Brawo! Po kilku nieskutecznych próbach przedarcia się środkiem, zielnyborzanie przestali podawać do swojego napastnika. Zrozumieli wreszcie, że łatwiej jest podawać piłkę w piątkę niż samotnie. Kilkoma krótkimi podaniami zdezorientowali obronę Czarnolasu, a następnie Mahakim podstępnie dośrodkował w pole karne do niekrytego Askio, a ten płaskim strzałem pokonał Pottsa. Piłkarze Czarnolasu próbowali protestować, sugerowali, że Askio powiedział Warnerowi, że był spalony i w ten sposób udało mu się uwolnić. Sprawa zostanie przeanalizowana przez zarząd ligi. Zielnybór nie odpuszczał. Czarnolas odgryzł się tylko jednym strzałem. W wyśmienitej sytuacji jak junior młodszy Pędzla Sodomia zachował się Greaves, strzelając wprost w bramkarza. Tymczasem druga linia Zielnyboru grała bardzo dobrze, zrezygnowawszy całkowicie z podań do Rhawiego, sama rozgrywała akcję, wspierana czasem przez kolegów z obrony. Tak było w 30. minucie, kiedy precyzyjne podanie w uliczkę Barkho przejął Hormis, położył bramkarza i spokojnie go przelobował. Po strzeleniu tej bramki, trener Zielnyborzan wykonał tajemniczy gest napiętkiem na zewnątrz, a jego drużyna momentalnie stanęła. Do końca pierwszej połowy i przez ponad 25 minut drugiej nie wydarzyło się nic godnego uwagi. Dlatego tę lukę w relacji wypełni nam zespół "Die Junge Vogels", przybyły z dalekiej Scholandii. Wykona pieśń o trudnej do wymówienia nazwie i podobnym tekście. Muzyki się nie da słuchać. Uczcijmy ich występ minutą ciszy. ... . Dziękuję. Wracając do meczu. W 71. minucie królem strzelców bramkarzy naszej ligi został Yakub, pokonując z karnego Pottsa. W 90. minucie drugi i ostatni strzał Czarnolasu. Autor: Barness. I to tyle. Przyznajemy, że było nieco ciekawiej niż ostatnio. Ale i tak bilety są za drogie.

Rotor Precelkhanda - KS Wandea 1:1

Jest takie słowo, na dźwięk którego kibicom trzęsą się ręce. Nie, nie chodzi o Donalda Scotta. Derby. w II kolejce SLP doszło do Grande Derby - taka nazwa określa mecze pomiędzy dwoma najbardziej utytułowanymi klubami wandzkimi. Estadio Żenada wypełniony po ostatni schodek między trybunami. Przed stadionem ustawiono trzysta telewizorów marki Saturn dla tysięcy chętnych, dla których miejsca na stadionie brakło. Cały Wandystan trzymał kciuki za Rotor, gdyż to właśnie ten klub przez cały swój okres istnienia bronił tradycji robotniczych. Oczywiście, cały za wyjątkiem kolebki Wandei, czyli ścisłego centrum Gennose-Wanda-Stadt. Mecz rozpoczął się niesłychanie zacięcie. Dużo fauli, żadna druzyna nie zamierzała ustąpić. Inicjatywę zaczęła uzyskiwać Wandea, ale bardzo dobrze spisywała się defensywa Rotora nie dopuszczając do groźnych sytuacji. W 10 minucie rzut różny dla Wandei, Bejanaru pewnie łapie piłkę i dalekim wyrzutem próbuje uruchomić Emila, ten jednak szybko ją traci, dośrodkowanie i dwumetrowy Chubarov silnym strzałem po ziemi wyprowadza Wandeę na prowadzenie. Ataki drużyny gosci robiły się coraz szybsze i bardziej zacięte, świetnie jednak spisywali się stoperzy bądź pięknymi paradmi popisywał się Bejanaru. Wreszcie, w 20 minucie akcja środkiem pola Siminy który zwodem wkręcił w ziemię Vlasova i Krutovskija, sprytnie odegrał piętką piłkę do Serbana Ceausila, a ten huknął w okienko wyrównując stan spotkania. Szał na trybunach! Rotor pokazał na co go stać w tej akcji, ale ciągle inicjatywę mieli goście. Na uwagę zasługuje strzał Zelepukina w 43 minucie który w nieprawdopodobny sposób sparowal bramkarz. W drugiej połowie sytuacja się nieco zmieniła, Rotor zagęścił środek pola, co utrudnialo Wandei przeprowadzenie skutecznej akcji. W 56 minucie sam na sam wychodził Fecioru, ale zbyt mocno wypuścił sobie piłkę i uprzedzil go Kalinichenko. Doskonała sytuacja została zmarnowana. Obie drużyny miały jeszcze kilka okazji ale nie były ich w stanie wykorzystać i mecz zakończył się remisem. Derby Wandystanu mogły się podobać głównie z uwagi na bardzo wyrównany poziom meczu, jak i wspaniała atmosferę na stadionie. Kibice śpiewali wiele pięknych pieśni, przytoczymy choćby "Kartofli nie będzie" oraz "Czerwone Niezapominajki". Po meczu nastąpiło spotkanie zawodników z przedstawicielami PPS i wielki festyn muzyki ludowo-demokratycznej. Tradycyjnie kibice Rotora najlepszemu zawodnikowi swojej drużnyn podarowali kukuła inkasiego wraz z częściami zapasowymi do Ursusa. Szcześciarzem okazał się Bejanaru.

Pentagram Sola - RTS Dynamo Czekany 2:0

Nie rozumiemy. Nie rozumiemy. Wciąż nie rozumiemy, jak z tak beznadziejną grą, Pentagram może tak dobrze wyglądać w statystykach. No ale wiecie co mówią. Są małe kłamstwa, wielkie kłamstwa i statystyki. Niech Was nie zdziwi wynik meczu. To nie Sola była dobra. To piłkarze Czekan wyglądali, jak widzowie, którzy wygrali bilety z miejscami bardzo blisko murawy i byli tym faktem nieco speszeni. Tfu, co my piszemy!? Bardzo speszeni. Właśnie tak. Cud, że w ogóle mieli na nogach korki, że w rękach nie dzierżyli kiełbaski z butelką małego ciemnego. Szczerze mówiąc zawiedli nas trochę. My, widząc zieloniutką, soczystą trawkę, natychmiast rozłożylibyśmy kocyk, skoczyli po grilla i rozkręcili mała, maksymalnie dwustuosobową imprezę. Zastanawiacie się pewnie, kiedy w końcu zaczniemy pisać do rzeczy i na temat? Gdy mecz dobiegnie do 53. minuty, wtedy napiszemy coś niepochlebnego o sędzim. Wcześniej absolutnie nic się nie działo. Nie no, dobra. Ze statystyk wynika, że Sola miała do 45. minuty aż 3 okazje. Przepraszamy, przeoczyliśmy. Jak to napisał jeden z czytelników pewnego komputerowego pisma: "Piszę, bo nie mam co robić. Kończę, bo nie mam co pisać". Ja tez chętnie bym już skończył, ale pozostała część redakcji by mnie wyśmiała za tekst tej długości. No dobra, wracamy do meczu. W 53. minucie Betz próbował prawie pięćdziesięciometrowego podania do Hessera. Ten ostatni wyskoczył w powietrze, ewidentnie opierając się na MacCarthym. Obrońca Dynama upadł, a Hesser spadł na niego, przewracając się. Sędzia bez wahania odgwizdał rzut karny, choć powinien odgwizdać faul na MacCarthym. Szahnnon rzucił się we właściwy róg, jednak zabrakło mu kilku centymetrów. O właśnie! Słuchając ostatnio w telewizji przeglądu prasy, dowiedzieliśmy się, że robi się masaże, które wydłużają kręgosłup, dodając wzrostu. Może trenerzy powinni to rozważyć? W szczególności w stosunku do co niższych zawodników... My tu gadu, gadu, a na zegarze już 83. minuta. Pierwsza składna, miła dla oka akcja Pentagramu. Mehnert do Rieslinga, ten ładnie na skrzydło do Siebena, Sieben w tempo do Hessera, przepuszczenie i strzał Hellmolda. To, co zrobił Shannon było nieprawdopodobne. Jesteśmy gotowi się założyć, że wiedział, gdzie pójdzie strzał, zanim jeszcze Hellmold pomyślał o tym, by wziąć zamach. Bramkarz Czekan w niesamowity, absolutnie oszałamiający sposób, sparował piłkę na rzut rożny. Nastąpiła chwila dekoncentracji (Chwila! Hehe... Cały mecz w wykonaniu Czekan to jedna wielka dekoncentracja!). Dynamo źle ustawiło krycie i piłkę po dośrodkowaniu Mehnerta głową, wprost do bramki, strącił Riesling. Mecz słaby i jednostronny. Pentragram długo utrzymywał się przy piłce, ale nic z tego nie wychodziło. W Czekanach na boisko po to, by grać, wyszedł tylko Shannon. Jeden przeciwko jedenastu. Piłka to jednak piękny sport.

KS Renifery Sola - KKS Zamek Grodzisk 1:3

Baliśmy się tego spotkania. Niestety, mieliśmy rację. Zastanawialiśmy się, czy nie przybliżyć państwu teraz procesu pasteryzacji piesków scholandzkich, ale to byłoby nie fair. W końcu musieliśmy to oglądać. Teraz musimy się podzielić tym co widzieliśmy. Tak powstają legendy, ale tym razem powstanie bajka dla niegrzecznych dzieci. Miłym aspektem na pewno jest sam Estadio El Presidente - zamiast krzeseł na trybunie mamy leżaki, a kryta trybuna nie jest zadaszona, tylko zaparasolowana. W loży honorowej natomiast jest basen. Loża dziennikarzy natomiast nie ma nawet leżaków. Chyba nas nie lubią. No ale przejdźmy do samego spotkania. Musimy przyznać że nawet po trosze rozumiemy zawodników. Taka ciepła pogoda, piaszczyste boisko. Nic tylko się opalać. Renifery najwyraźniej nie przywykły do słońca, gdyż dało się zaobserwować u nich objawy udaru słonecznego. Zupełnie jakby nie wiedzieli gdzie się znajdują. Ale musimy ich pochwalić, mimo swej niedysopzycji wyszli w ustawieniu 3-5-2. Zaryzykowali. Od początku widać było że to był zły pomysł. Gracze z Grodziska, mimo że również nie biegali dużo, to jednak z łatwością mijali pomocników solańskich. Pierwsza połowa przebiegala w iście plażowej atmosferze. Niektórzy zamkowi wyraźnie próbowali nabrać nieco opalenizny. W 23 minucie piłka wyrzucona z autu przez Jastrzębskiego, przyjmuje ją Ściera - dolnym sposobem siatkarskim. Następnie podał (górą już) do partnera. Sędzia ukarał go żółtym kartonikiem za podwójne odbicie. Kilka minut później z dystansu strzela Stanislawski, piłka wpada do siatki, a bramkarz zwija się z bólu. Gracze Reniferów uwazają że Niedzielan kopnął próbujacego interweniować Głodnego, ale sędzia nie daje się przekonać i pokazuje na środek boiska. Do przerwy graczom z Grodziska nie udało się zabrązowić. Po przerwie obudzili się jakby gospodarze i już pierwsza akcja przyniosła bramkę - Dupa uderzył mocno w środek, oślepiony słońcem Bukowski wybił piłkę przed siebie, gdzie czekał Szarmach, który już bezproblemów wyrównał. To nieco zirytowało gości, którzy już rozsmarowywali olejki do opalania z pomocą grupki kibiców wandzkich. W grze roiło się od niedokładnośći, co podanie to gorsze - procent celnych podań u obu drużyn wynosił 27% co praktycznie nie pozwalało nam oglądać tego spotkania. Postanowiliśmy się uraczyć tropicańskim cygarem, żeby nie stresować się tak miernym poziomem meczu. Wreszcie, 62 minuta, ze spalonego urywa się Matuszewiak, zbiega na skrzydło, wrzuca a tam Lukasiewicz zdobywa bramkę głową. Momentalnie do ataku rzuciły się rozjuszone Renifery. Mieli kilka okazji, w tym najlepszą w 83 minucie, gdy Dupa wypuścił w uliczkę Skarbka, a ten pokonał Bukowskiego. Lecz oto sędzia dyktuje spalonego z kapelusza, szybko wykonuje go Matuszewiak rzucając piłkę daleko za obrońców, dopada do niej nie kto inny jak Łukasiewicz i ustala wynik spotkania na 3:1. Wynik kompletnie przypadkowy, gra przypominała sparing. Zero emocji. Jeden z nudniejszych meczy kolejki. Bohaterem oczywiście arbiter, któremu część redakcji chciała dać cukru po meczu, bo mial klapki na oczach i go za kunia wzięliśmy.

Sieroty z Morvenau - SKS Srebrny Róg 0:3

Są takie dni, kiedy siadamy sobie ze szklaneczką bezalkoholowego ginu w jednej i cygarem w drugiej ręce, w szlafroczku i papuciach z pomponami, w naszych wygodnych, skórzanych fotelach w klimatyzowanej rezydencji i patrząc w okno, z którym roztacza się piękny widok na pobliską lagunę i port jachtowy, zastanawiamy się nad pewnymi, istotnymi dla naszej egzystencji sprawami. Dzisiaj jednak nie mieliśmy na to ani czasu, ani ochoty. Poszliśmy zatem na hamburgera z mielonych, krowich tyłków do podejrzanego przybytku w dzielnicy slumsów, zamieszkałych przez imigranta z Leblandii. W takim otoczeniu zastanawialiśmy się, jaka drużyna w lidze jest najsłabsza i dlaczego właśnie Sieroty. Wszyscy jednak doceniliśmy ich szczerość - po nazwie przeciwnik od razu widzi, z kim ma do czynienia. Nie inaczej było i we tym meczu. Srebrny Róg był już uprzedzony i przygotowany na konfrontację, na starcie w pocie i pyle, z kopaczami z Morvenau. W tym miejscu ciekawostka lingwistyczna: kopacz nie zawsze macha nogami, niektórzy machają łopatą. SKS zaczął i już po chwili musiał wybić piłkę na aut, bo zawodnik Sierot leżał na boisku. Z zeznań zawodnika wynikało, że potknął się o wystający pręt. Po wizji lokalnej okazało się, że nie żaden pręt z boiska nie wystawał. Papi bełkotał coś o własnym, zwijając się z bólu. Po co przynosić pręty na mecz? Tego się nie dowiedzieliśmy. Grunt, że Papi został zniesiony z boiska, a na jego miejsce wkroczył (wspacerował byłoby odpowiedniejsze, ale Word nam je podkreśla) Wait. Srebrny Róg konsekwentnie kontynuował swoją grę, rozgrywając piłkę głównie we własnej strefie obronnej. Sierotom jednak nie chciało się biegać, więc żadnej kontry z tego nie było. Półstatecznie, wymieniając podania, SKS doszedł (to dobre słowo) pod pole karne Sierot. Smoczyński miękką wrzutką znalazł Lachmana, ten przyjął piłkę, obrócił się, przełożył sobie piłkę na lewą nogę i bez problemu pokonał Maiyeguna. Bramka ta niczego nie zmieniła. Morvenau grał nadal tak jakby wygrywał 10:0, natomiast SKS czaił się, naiwnie wyczekując na kontratak. Jednak, jak sama nazwa wskazuje, by był kontratak, najpierw musiałby nastąpić atak przeciwnika. Sieroty o tym wiedziały, dlatego trzymały się z dala od pola karnego SKS-u. Ta taktyka gwarantowała im niemal stuprocentową pewność niestracenia bramki. Ale, jak powiedział Murphy: "Jeśli coś może pójść źle, to pójdzie". W 26. minucie gola z sytuacji, którą niegdyś skomentowano słowami: "Niegroźna sytuacja. Gol." zdobył Brożek. Nie wiem jak Wy, ale według nas to nie był piękny strzał tylko zwykły farfocel. I co z tego, że z 30 metrów? Bramkarz był, a jakby go nie było... W pierwszej połowie obejrzeliśmy jeszcze tylko jeden strzał, oczywiście SKS-u. Moczygęba strzelił jednak wprost w Maiyeguna, piłka dość szczęśliwie odbiła się od niego i po odbiciu od słupka wyszła w aut. Po przerwie mile zaskoczył nas SKS. Widząc całkowitą niemoc Sierot, piłkarze ze Srebrnego Rogu bardzo odważnie zaatakowali, zapominając o asekuracji. Pozwoliło to Sierotom oddać aż 3 strzały na bramkę SKS-u. Niewątpliwie, gdyby piłkarze Morvenau mieli w swoim składzie przynajmniej jednego napastnika (takiego prawdziwego, a nie tylko z nazwy) zdołaliby strzelić chociaż honorową bramkę. A tak, znów potwierdziło się powiedzenie, że "do odważnych świat należy". Trzecia bramka dla SKS-u była kopią drugiej. Tym razem podawał Polański, a z dystansu uderzał Jastrzębski. Po tym golu obie drużyny stanęły, a zdegustowani kibice zaczęli opuszczać stadion. I my się temu nie dziwimy. Popieramy nawet. Tak długo, jak długo nie zamienią się przepisy, szanowne Sieroty, szanowny SKS-ie gramy 90 minut, a nie 52. Rozumiemy się...?

KS Orzel Czekany - FC Zielnybor

Orzeł Czekany nie miał wyjścia, musiał wygrać to spotkanie. Strata punktów przed własną publicznością byłaby z pewnością nieprzychylnie odebrana przez kibiców. FC Zielnybor natomiast, uskrzydlony poprzednim zwycięstwiem nie zamierzał ułatwiać zadania graczom z Czekan. Pierwsza połowa przypominała szachy, w których czas na ruch wynosił 25 minut, a obaj gracze złośliwe wykorzystywali go do końca. Chcielibyśmy trochę więcej państwu napisać o tej połowie. Naprawdę. Jedyną wartą uwagi akcją była sprzeczka Bykowskiego z Kupką, o to której druzynie powinien być przyznany aut. Nagle, ni stąd ni z owąd Bykowski walnął Kupkę głową. Sędzia po konsultacji z arbitrem wyciągnął czerwony kartonik, pierwszy w rozgrywkach SLP. Żaden mięsień na twarzy opartego o boks trenera Czekańskiego nie drgnął, drgnęła natomiast ręką którą napisał coś w swoim malym, szarym notesiku. Do wykonywania rzutu wolnego podszedł Dziki. Duży rozbieg, już jest przy piłce i... zahacza ją tylko butem. Jęk zawodu na trybunach. Po przerwie gracze Orła jakby już nieco lepiej - zaczął funkcjonować środek boiska, obrońcy z łatwością nie dopuszczali podań do napastników Zielnyboru - słowem gra zaczynała się układać. Wreszcie, 53 minuta - przez dziurę po Bykowskim w środku pola wdarł się Kupka, była doskonała okazja do uderzenia z dystansu, lecz brutalnym wejściem uratował sytuację Chytry. Rzut wolny wykonywał Chodakowski, piłka świetnie zakręcona i Kozłowski z woleja mocnym strzałem pokonuje Krystiana Buczko. Trener Czekański ciągle nie zdradzał po sobie żadnych emocji, cały czas pisał tylko w swoim notesiku i wysłuchiwał komentarzy asystentów. Gracze Orła starali się strzelić kolejne bramki, ale dobrze wywiązywali się ze swych obowiązków defensorzy Zielnyboru. Goście już jednak nie byli w stanie w 10 wyprowadzić dobrej akcji ofensywnej, wszystko rozbijało się o grających pressingiem zawodników Orła. Kibice wychodzili już ze stadionu, gdy w 93 minucie Janek Gozdowski wrzucił piłkę ze skrzydła idealnie na głowę Kasprzaka, który takich okazji zwykł nie marnować. 2:0, sedzia kończy spotkanie, a trener gospodarzy nagle wybucha w euforii, przytula zawodników, asystentów, masażystę, a następnie taniec - tak, ten taniec radości zapamiętamy do końca życia. Kamień mu widać spadł z serca. Orzeł Czekany zagrał bardzo dobre spotkanie, choć z pewnością czerwona kartka dla gości znacznie ułatwiła zadanie.

FKK Rantiochskie Kr. - Graybox Srebrny Róg 2:3

Graybox znowu strzelił trzy bramki i my mu nie żałujemy. Żałujemy natomiast, że musieliśmy to oglądać. To jeden z najsłabszych meczów kolejki. Mówią, że zwycięzców się nie sądzi. Kłamią. Może na początek dwa łyki statystyki. Gra była niemal idealnie wyrównana: 49% posiadania piłki po stronie Krasnoludów, 51% po stronie Grayboxu. Ilość strzałów w pierwszej połowie: po dwie. W całym meczu: po sześć. Obie obrony w miarę solidne, środek pola nieco dla Grayboxu, atak Krasnoludów całkiem niezły. O Grayboxowym nie ma co wspominać. A... wynik do przerwy: 1:0. I naszym zdaniem najlepiej byłoby, gdyby tak zostało. Krótka analiza statystyk: żadna z drużyn nie potrafiła wypracować sobie przewagi, żadna formacja nie miała wystarczającego wsparcia od kolegów, nikt się specjalnie nie wyróżnił. Druga połowa znacznie ciekawsza i najchętniej od niej byśmy zaczęli. Ale se ne da... Do 40. minuty na boisku rozgrywa się tragifarsa, artystyczny performance pod tytułem "Człowiek i piłka - mijamy się". Chwilami było nam wstyd, że nie mieliśmy fraków albo przynajmniej krawatów. Na swoje usprawiedliwienie możemy powiedzieć tylko tyle, że nas nie uprzedzono. A takie obcowanie ze sztuką, odchamienie się raz na jakiś czas może za wiele nie pomoże, ale nastrój poprawia. W 40. minucie nasze życie artystyczne gwałtownie się skończyło i wróciliśmy do świata robotniczo-chłopskiego, bo oto przeprowadzona przez Krasnoludy przaśna, nieco toporna i nieociosana akcja przyniosła im bramkę. Najpierw seria zagrań w stylu "kopnij i biegnij" dała Rantiochczykom rzut rożny, po którym jakimś cudem zdobyli gola. Po przerwie oba zespoły nieco poprawiły swoją grę. Co prawda nadal był to styl KiB, ale przynajmniej szybciej biegali. Zaczęli także oddawać strzały na bramkę. Rozpoczął Tossavainen, ale szybko odgryzł się Długosz. W 64. minucie Krasnoludy straciły głupią bramkę. Po zbyt krótkim wybiciu Moilanena, Cierzniak strącił piłkę do Górskiego, a ten bez namysłu huknął z niemal 40 metrów. Źle ustawiony Moilanen nie miał nic do powiedzenia. Ratiochczycy nie dawali za wygraną, wciąż ambitnie atakowali. Niestety, znów głupi błąd, tym razem w środku pola, kosztował ich kolejną bramkę. Podanie Kuciapy, także z daleka, wykorzystał Górski. Krasnoludy nie zniechęciły się utratą prowadzenia i rzucili się do odrabiania strat. Orala pokazał nam nawet swój całkiem niezły drybling, jednak jego strzał w ostatniej chwili zablokowali obrońcy. Nieustępliwość Ratiochczyków przyniosła efekt w 88. minucie, gdy Helkomaa wykorzystał bardzo ładne prostopadłe zagranie Tossavainena. Na odpowiedź Grayboxu czekaliśmy niecałą minutę. W indywidualnej akcji faulowany był Cierzniak. Do piłki podszedł Pazura i przerzucił ją chytrze nad źle ustawionym murem. W ten sposób Graybox po raz drugi zapewnił sobie minimalne zwycięstwo. Jedynie duża ilość bramek uratowała ten mecz. Co prawda rozstrzygnięcie było absolutnie niesprawiedliwe, bo to Krasnoludy pokazały więcej serca i zaangażowania. Jednak w piłce wygrywa ten, który ma więcej szczęś... umiejętności.

--
Pozdrawiamy,
Redakcja Piłki do Drewna.

metadane
autor: Rittermeister&Smok (Timios Kiechajas i Przemysław Figiel)
opublikowano: 2006.06.26
link: LDKS