PdD1.6

KS Wandea - FKK Rantiochskie Krasnoludy 2:1

Poszliśmy na ten mecz bardzo rozochoceni, gdyż po remisie z SKS-em Krasnoludy stały się drużyną, której wszyscy się bali, a w szczególności ich następni przeciwnicy, czyli KS Wandea. Gdy weszliśmy na stadion zobaczyliśmy grupkę kibiców drużyny ze stolicy Teutonii. Żywo rozprawiali o jakiejś sprawie, zapewne dotyczącej dzisiejszego meczu. Niestety, nie jesteśmy do końca pewni, gdyż używali języka krasnoludów. Sędzia gwizdnął, mecz się zaczął. Jeden z zawodników KS-u kopnął piłkę prosto w głowę spikera. Uderzenie było tak silne, że musiała przyjechać karetka i zabrać rannego, i to nie byle jak, Wandejczyka do szpitala. Na szczęście uraz nie był tak poważny, a nasz nieszczęśnik znalazł godnego siebie zastępcę w postaci chłopca do piłek. Chyba wystarczającą rekomendacją będzie, że przy każdym nieudanym zagraniu klął i rzucał błotem. Mecz jednak toczył się dalej. W 9. minucie doszło do starcia między Rintanen’em a Vlasovem. Ten drugi wyskoczył do piłki i gdy odbijał ją głową uderzył przypadkowo swojego przeciwnika butem w nogą. Rozwścieczony Krasnolud niczym Chuck Norris uderzył swojego oprawcę z półobrotu w twarz. Na szczęście obyło się bez pomocy dentysty. Publiczność wnioskowała o karę w postaci czerwonej kartki, jednak sędzia dał żółtą. Co było tego przyczyną, nie wiemy. W 19. minucie ziściły się prośby zawodników Wandejskich – po niewielkich wysiłkach strzelili wreszcie gola. Może się Wam wydać to dziwne, ale Krasnoludy ustawiły się na linii bramkowej, więc po prostu wbicie gola graniczyło z cudem. Po stracie bramki Rantiochianie wyszli w pole, ale niestety, wyglądało to tak, jakby zamierzali kopać tam ziemniaki. KS strzelił więc następnego gola w 44 minucie. Ale czemu tylko dwa? Czyżby i Wandejczycy nie pili dziś RedBulla? Zawodnicy wyszli z szatni, gwizdek, zaczynają! Krasnoludy atakują! Nic! Znowu! Nic! Kontra Wandejczyków…i… bramkarz łapie! Tak! Teraz poczuliśmy się jak na meczu Ligi Miszczów Hokeja Kukulskiego na Piasku! Zupełnie jak podczas finału z 99’. Ale co to za głupie gadanie! Krasnoludy wyciągnęły ciężką amunicję! Tak, Wandejczycy padają na ziemię! Ledwo wytrzymujemy ten zapach, choć nasze miejsca znajdują się daleko od murawy. I tak, w tym momencie pada gol. On był piękny niczym poranek z wybuchem wulkanu! Strzał, prosto w okno, słyszałem ten trzask pękającej szyby! Widać było, że Leszek Karachanow przyjechał na ten mecz dopiero w połowie i dał porządnego kopa w miejsce gdzie kończą się plecy za zaczynają nogi swoim zawodnikom jak i drugiemu trenerowi. Dalej mecz upłynął na nieustających kontrach obu stron, niestety już nie widzieliśmy goli. Zasnęliśmy.

KKS Zamek Grodzisk - FC Czarnolas 3:1

Mecz... Taak... Jeżeli teraz takie widowiska nazywa się "meczami" to nie chcielibyśmy zobaczyć jak wygląda "słaby mecz". Całe spotkanie wyglądało mniej więcej jak pole bitwy z I wojny światowej, choć zakończyło się tylko jedną poważną kontuzją. Żółte kartki wylatywały z kieszonki sędziego jak króliki z kapelusza. Mieliśmy też okazję obejrzeć w całym w swym majestacie, wydawać by się mogło zabarwioną krwią piłkarzy, czerwoną kartkę. Ale przejdźmy do meritum. W 15 minucie picia piwa (tak liczyliśmy sobie czas spotkania) na murawę wyfrunął pierwszy żółty kartonik. Otrzymał go gracz Czarnolasu, za obrzydliwe (tak mniemał sędzia) oplucie kolegi ze swojego zespołu. Normalnie nikt nie wnikałby w stosunki jakie panują w klubie, jednak widocznie sędzia miał jakieś kompleksy. Co myślą o całym zespole z Czarnolasu, gracze KKS-u pokazali w 19. minucie strzelając gola. Janek Klose (ksywka w drużynie "Klozet", trybuny skandowały jego przezwisko) dobił główkś podanie z rożnego. Bramka była kuriozalna, gdyż bramkarzowi z Czarnolasu rozwiązał się but, a ten potknął się o sznurowadła. Bosko... Tak opytmistycznie nastawieni, ze skrzynką piwa u boku, oglądaliśmy dalej co wyczyniali gracze na boisku. I muszę przyznać, że nieźle się ubawiliśmy - przypominało to raczej kabaret a nie mecz. Bieganie od linii bocznej do linii bocznej za piłką nie jest raczej solą tego sportu, ale cóż... Skoro trybunom się to podoba... Aż tu nagle, jak grom z jasnego nieba (omal się nie udławiliśmy piwem) gol dla Czarnolasu. Nie wiemy kto strzelił (chyba niejaki Leon McGovern), gdyż akurat oblaliśmy się piwem, a wcześniej czytaliśmy gazetkę. Była 23 minuta picia piwa. I mecz płynął sobie tym samym tempem aż do 42. minuty picia piwa, gracze z Grodziska podwyższyli swój dorobek bramkowy. Strzelał Zdzisław Myśliborski. Nie wiadomo co powiedział graczom z Czarnolasu podczas przerwy, ale prawdopodobnie coś o pobiciu przeciwnika. Czarnolesianie, jako te proste chłopy, wzięli to sobie zbytnio do serca. Jednakże futbol to nie hokej i chłopaki za pobicie przeciwnika zgarniali kartki – jedną czerwoną i dwie żółte. Szkoda, że sędzia dawał kartki, ludzie na trybunach mieli zabawę, skoro samo spotkanie rozrywki nie dostarczyło. W 76 minucie KKS znów strzela gola i mamy już 3-1 dla zespołu z Grodziska. Z wolnego strzelał Zbigniew Warowski. A tymczasem piłkarze z Czarnolasu dalej starali się fizycznie wyeliminować przeciwników, co udało im się w 79 minucie. Kamil Niedzielan został "oklepany" przez Czarnolesian za plecami sędziego. Szkoda, że tego nie widział bo na boisku mogłoby się zrobić czerwono od kartek. Poza biciem przeciwników, piłkarze z Czarnolasu wydawać by się mogło nie brali udziału w meczu. I tak spotkanie zakończyło się całe szczęście o czasie, a my mogliśmy w końcu iść do toalety.

Graybox Srebrny Róg - RTS Dynamo Czekany 3:1

Musimy się przyznać, że uwielbiamy eksperymentować w każdej dziedzinie życia. Jako jednostki nietuzinkowe, oryginalne i niepowtarzalne mamy własny sposób na rozwiązanie niemal każdego problemu. Dzisiaj w taki nietypowy sposób zrobiliśmy sobie obiad. Otóż wczoraj spożywaliśmy przepyszną pieczoną szyneczkę z takimiż ziemniaczkami. Kawałek tego prosiaczka został na dzisiaj, ale niestety kartofelki się skończyły. Zamiast lecieć do sklepu, zrobiliśmy sobie więc owo mięsko z ryżem i warzywami (świeżymi). Okazało się, że był to jeden z naszych najgorszych wyczynów kulinarnych, zaraz po czymś całkowicie niezjadliwym. Ten mecz był do naszego obiadu bardzo podobny. Gdy wróciliśmy ze stadionu, orzekliśmy, że to mecz kolejki, ale na drugi dzień już nie prezentuje się tak pięknie. W szczególności bez ziemniaczków. W zasadzie jakieś tam emocje były wyłącznie w pierwszej połowie, później mieliśmy do czynienia tylko z zacieraniem Dynama. Nie chce nam się tych męczarni opisywać. Gra była mocno siłowa, dużo walki w środku pola, biegania i kopania po kostkach. Sędzia pokazał aż cztery żółte kartki i to bynajmniej nie z kapelusza. Bramki jednak padły i to aż cztery. Dziwne, mając na uwadze siermiężny, żeby nie powiedzieć przaśny, styl gry. Pierwszego gola strzelił Bozic z karnego. Trzy minuty później tej sztuki nie udało się powtórzyć Calbhachowi. W 35. minucie Dynamo doprowadziło jednak do wyrównania. Bombę z narożnika pola karnego posłał Dermot. W drugiej połowie, jak już wspomnieliśmy, Graybox miał przewagę, a strzelenie gola było tylko kwestią czasu (i trafienia w bramkę). Dokładnie 2 minut, kiedy to Pazura trafił do siatki Dynama. Później pudłowali m.in. Głąb, Szczoczarz i Sikala. W końcu, w 66. minucie, wynik zamknął strzałem z 5 metrów Górski.

SKP Lwy Krez - KS Orzeł Czekany 1:2

Podjechaliśmy pod stadion nowiutkim S.Wagenem klasy S, zaparkowaliśmy na strzeżonym parkingu przy stadionie i wchodzimy. Stadion Lwów jest naprawdę duży, nowoczesny i w ogóle jak to się teraz mówi „full wypas”. Prezes SKP to bogaty człowiek i nie żałuje pieniędzy na drużynę, ale ta jakby na złość nie gra za dobrze i jest w dole tabeli. Ale wiadomo, pieniądze nawet z amatora mogą zrobić najlepszego piłkarza na świecie, co widać było po tym meczu. Słychać gwizd, piłka rusza do gry! Podanie, Lwy wychodzą pod bramkę Orłów i niezawodny jak na razie w tym meczu golkiper zawodników z Czekan broni. Teraz kontra, „pyk, pyk, pyk” i przejęcie, błyskawiczna kontra, i znowu nic. Podobny scenariusz powtarzał się cały czas, przez co kibice wstawali, siadali, wstawali, siadali i krzyczeli z radości i smutku, gdy ich drużyny były w gorszej sytuacji. Nagle z zamętu gry wybiega Janek Gozdowski po podaniu Adama Kupki I pokonuje Chujebe! Tak! Gooool! Teraz Lwy podrywają się do szaleńczego ataku, zamykają rywali w polu karnym! Próbują cały czas, nie dają szansy za atak! Grają pięknie i zostają nagrodzeni, przed końcem pierwszej połowy pada wyrównująca bramka. Kibice skandują imię strzelca – Mariusa Cierzniaka, ale spiker pamięta też o Albinie Wachowskim, który w znakomity sposób podał mu piłkę. Połowa kończy się remisem, więc można powiedzieć, że mecz zaczyna się od nowa. Piłkarze wychodzą na boisko i zaczynają znowu swój piękny teatr. Widać po Lwach, że szaleńczy pościg z pierwszej połowy dał się we znaki i brakuje im już sił, ale jednak się nie poddają i grają dalej. Bardziej szanują piłkę od swoich przeciwników, ale też mają mnie strzałów, jak to się skończy? W 65 minucie Orły przejmują inicjatywę i ostro atakują, Chujeba w efekcie pozostaje bez szans i godzi się z tym, że wpuszcza drugiego gola. Kibice Orłów szleją, ale Lwy nadal mają nadzieję na choćby remis. Dopingują swoich pupili, ale ci wyglądają już na takich, co w tym meczu prochu nie wymyślą i mecz kończy się wygraną Orłów.
Lwom w tym meczu zabrakło szczęścia, gdyż grali pięknie i każda formacja Lwów grała lepiej od tych Orląt, choć pomoc drużyny z Czekan grała wyśmienicie i to chyba dzięki nim wygrali. Dla części z nas to mecz kolejki. Dla tych dowidzących – całkowity przeciętniak.

Pentagram Sola - Rotor Precelkhanda 2:0

Na tym meczu zagościliśmy tylko z powodów służbowych, bo jak przecież napisać PdD, gdy nie widziało się spotkań? No cóż, nasz znajomy mówi, że się da, ba udało mu się to wiele razy, ale my nie ufamy zbytnio w jego zapewnienia. Na stadionie Pentagramu, jak zawsze, wiadomo: zadyma, tu kogoś zabili, tam zaś ktoś się pociął żyletką. Wiadomo, wyznawcy Czarnego Pana. Każdy kibic Rotora obowiązkowo posiadał obrazek z Wandą I jego synem Mirthem, zawsze dziewicą. Czemu to miało służyć – nie wiemy do dziś Sędzia gwizdnął, piłka leniwie poturlała się od nogi Hellmolda do Hestera, ten podał ją do bramkarza, ten z bańki do kapitana drużyny: Gerbera, ten zaś podał do sędziego liniowego, który wskazał na linię autu swoją kolorową chorągiewką… Tak, przydałby się łyk kawy piłkarzom, którzy przecież całą noc odprawiali czarcie msze. Na nieszczęście kibiców, grajkowie Rotora również coś przyspali, bo piłka, którą wyrzucił Simina przeleciała przez całe boisko i turlając się dotarła do linii autu. I tam została przez 10 minut, ponieważ znudzeni grą piłkarze „pykali” sobie w pokera na pieniądze. Furorę zrobił sędzia główny, któremu udało się fartem wkręcić do gry. Piłkarze wstali, spojrzeli wrogo na sędziego i… zaczęli grać! I to jak! Fakt, przeważał Pentagram, ale Rotor dzielnie się bronił. Te strzały, parady, główki, kontry, dośrodkowania! Tylko „achy” i „ochy” dla tej części spotkania. Rozpoczęła się druga połowa i już tak kolorowo nie było, a przynajmniej dla graczy i kibiców Rotoru. Pentagram zaatakował „całą parą”, a wiadomo, że z nimi nie ma żartów, więc w 59 minucie Bejãnaru musiał skapitulować i Pentagram objął prowadzenie 1:0. W 71 znowu gol, też dla „Czarnych graczy”. W tym momencie przestali oni grać ofensywnie i cofnęli się do obrony, co też im doskonale wychodziło, więc Rotor raczej nie miał szans na zdobycie bramki, choć raz bardzo poważnie zagroził bramkarzowi Pentagramu, jednak ten wyszedł z opresji obronną ręką. Jeszcze w 89 minucie Ceausilã sfaulował brutalnie Hestera, jednak temu na szczęście nic się nie stało. Karą za te dzikie wejście była tylko żółta kartka. Sędzia widocznie ulitował się nad tym zawodnikiem i uznał, że stało się to przez negatywne emocje, które wytworzyły się po tej nieszczęśliwej przegranej. Na koniec meczu kibice Rotoru wstali z miejsc i skandowali: Dziękujemy, dziękujemy! Zauważyliśmy wtedy łzy w oczach kapitana Wandów. Widać wyraźnie, że kibice tej drużyny będą z nią na dobre i złe.

Kotwica Srebrny Róg - SKS Podleszcz 2:4

Wieszczymy: koniec świata jest bliski. To nie żart. Jeżeli usłyszycie miarowe, dudniące stąpanie to znaczy, że on właśnie nadchodzi. Padnijcie wtedy na kolana i proście o wybaczenie. My natomiast już dawno osiągnęliśmy stan boskości, więc te ostatnie chwile ludzkości spędzimy upojeni winem w ramionach pięknych kobiet. Powiemy Wam, że odebraliśmy kolejny znak z niebios. Tym razem była to awaria netu. Od piątku do poniedziałku część z nas była odcięta od świata i z wyrazem tępej rezygnacji wpatrywało się w ekran z napisem „Nie można wyświetlić strony”. W końcu jednak udało nam się pozbierać i w ciągu weekendu nasza postać w Diablo zaliczyła ponad 20 poziomów. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło... Wracając... A więc kiedy w końcu udało nam się odpalić neta i obejrzeć wyniki kolejki, poczuliśmy się nieco nieswojo. W zasadzie to było znacznie gorzej – ledwo nas ocucili. A jednak! Podleszcze strzeliły w jednym meczu więcej bramek niż we wszystkich wcześniejszych i zdobyły więcej punktów niż kiedykolwiek. Na pocieszenie – nadal są ostatnie w tabeli. W zasadzie po obejrzeniu tego widowiska mamy dwie refleksje. Pierwsza, że cuda się zdarzają. Drugie – że Kotwica ma część_ciała_poniżej_pleców a nie bramkarza. Już po kilku pierwszych minutach było nam nieswojo. Sierotki wyszły bowiem w ustawieniu zdecydowanie ofensywnych, a to oznaczało, że przyjęły optymistyczne założenie, iż uda im się utrzymać przy piłce. Od razu powiemy – nie udało się. Kotwica dzieliła i rządziła na boisku. Ale co z tego...? Srebrnorożanie próbowali rozgrywać atak pozycyjny, ale SKS grał bardzo agresywnym pressingiem, co dość szybko przyniosło wymierne efekty. Niemrawą wymianę piłek między obrońcami Kotwicy przerwał Kissukwu i popędził w kierunku bramki. W ostatniej chwili piłkę z nogi zdjął mu Bronisz. Na niewiele się to jednak zdało. Do egzekwowania rzutu rożnego podszedł Kiaga, Zaleski minął się z piłką, a do pustej bramki wpakował ją Wait. Po tym Podleszcze zrobiły Kotwicy nieco miejsca, która skwapliwie to wykorzystała. Pieczołowicie (prawie dziesięć minut!) budowany atak pozycyjny dobrym prostopadłym podaniem wykończył Mielecki, piłkę przyjął Gamoń i strzelił tuż pod poprzeczkę. Niezrażone tym Sieroty nadal stosowały pressing i czekały na okazję do kontry. Znów błąd defensywy i znów Kissukwu wpadł w pole karne, ale trafił wprost w bramkarza. Odbita piłka wyszła na rzut rożny. Znów wykonywał go Kiaga i znów Zaleski minął się z piłką. Upewniliśmy się, że nie oglądamy ripleja. Dopadł do niej... Zgadnijcie kto? Tak – Wait! I... Gwizdek! Wait padł jak ścięty a sędzia wskazał na 11 metr. Zaleski zamknął oczy i rzuciła się w prawy róg. Wstał i zaczekał na gwizdek. Zanim zdążył się ruszyć, Nwokike zamieścił piłkę między jego nogami. Kotwica pokazała jednak, że gra się do końca. W doliczonym już czasie gry pierwszej połowy, dłuuuuuuuuugie jak... ekhem... mniejsza z tym.. nie będziemy zdradzali intymnych szczegółów. W każdym razie to długie podanie Suchodolskiego wykończył głową ulubieniec publiczności, niejaki Rożen. Druga połowa wyglądała podobnie. Na boisku była tylko Kotwica, a bramki (dwie) strzelały tylko Podleszcze. Zaleski stworzył kilka doskonałych sytuacji, między innymi podając do Kissukwu (poprzeczka) i puszczając pod nogą piłkę podaną przez obrońcę (rzut rożny).

KS Renifery Sola - SS Zielnybor 1:1

Cieszymy się bardzo, że trenerzy i zawodnicy czytają PdD. Jest nam bardzo miło, że biorą sobie do serca nasze uwagi. Fajnie, że się starają. Dziękujemy Wam za to. Rozumiemy, że ten mecz jest kolejnym wyrazem szykan, które na spotykają. Normalnie jak dzieci. Napisać Wam, że nie lubimy przemocy, to zamiast meczu mamy pokaz boksu tajskiego. Brak nam słów... Fenks! Widać było, że obie drużyny wiedziały po co wychodzą na boisko. Były odpowiednio zmotywowane, o czym świadczył zacięty wyraz twarzy. Cel był prosty: skopać jak najwięcej przeciwników. Sędzia techniczny odebrał zawodnikom pięć kastetów, trzy noże i jeden tasak. Zapowiadały się wielkie emocje. Swoją drogą o ile Zielnyborowi dziwimy się tylko trochę, że w tak niekonwencjonalny sposób próbuje przyciągnąć kibiców (bo swoją nudną grą raczej nie ma szans), o tyle Renifery nas zadziwiły. Węszymy spisek. Na temat samego meczu nie ma się co rozpisywać. Drużyny tak kopały piłkę, żeby sobie nie zrobić krzywdy... Hmm... Nie, nie tak. Drużyny grały tak, żeby nie strzelić bramki, tylko przeciwnika. I całkiem nieźle im to wychodziło. Reniferom lepiej: dwóch Zielnyborzan odwieziono do szpitala. Solibieda obejrzał czerwoną kartkę. Nie będziemy się rozpisywali na temat tego spotkania, bo szkoda nam miejsca na propagowanie czegoś tak żenującego. Dla kontrastu moglibyśmy zacząć pisać o sobie, ale nie mamy najmniejszej ochoty występować w takim towarzystwie. Dlatego puścimy tu minutę ciszy.

SKS Srebrny Róg - FC Zielnybor 2:1

Nie wiecie czemu sypie nam się kablówka? My się domyślamy. Bo pada! Wyobrażacie sobie coś takiego? XXI wiek, ludzie się wybierają na Marsa, a głupi deszcz powoduje, że ludzie tracą dostęp do sieci i martwią się, czy PdD będzie na czas. Ba! To jeszcze nic! Jak jest burza to nie mamy netu! Bez netu, bez kablówki. Dobrze, że chociaż światło jest. Chociaż nie. W kuchni ostatnio nie było, tylko w lodówce. Wszystko się sypie. Taką tandetę teraz robią. Ten mecz też był lipny. Jakiś taki dęty. Niby dużo strzałów, akcji a wynik, że szkoda gadać. Pierwsza połowa w wykonaniu obu zespołów była raczej elektryczna... E- e.. .Statyczna. Znaczy to, że nic się nie działo. Piłkarze próbowali rozłożyć leżaki i sączyć drinki z palemką, ale ok. 30. minuty spadł deszcz, który pokrzyżował im plany. Nieśmiało, jakby speszeni, zaczęli się ruszać, biegać, trącać futbolówkę. W końcu jednak z rzutu wolnego Wachowski trącił piłkę tak nieszczęśliwie, że ta odbiła się od Żurawskiego i wpadła do bramki SKS-u. Srebrnorożanie natychmiast się rozpłakali, a Białobrzeski nawet upadł na murawę i zaczął wściekle bić ją rękoma i nogami. Przeleżał tak do końca meczu. Zielnyborowi chyba zrobiło się trochę głupio, bo przez całą drugą połowę, skwapliwie oddawali piłkę przeciwnikom. Ci jednak najczęściej kopali ją przed siebie i śmiejąc się głupkowato, biegli w przeciwną stronę. Dobrą zabawę postanowili zepsuć Kucharski i Kolaczkowski. Ten pierwszy perfidnie trafił w bramkę po kopnięciu Męczywora, a drugi – bezpośrednio z rzutu wolnego. Tym razem płakali wszyscy: Zielnybor, że przegrał i SKS, że zepsuto mu zabawę. My też płakaliśmy. Ze śmiechu.

--
Czółnem,
PdD

metadane
autor: Czarnuch&Smok (Michał Czarnecki i Przemysław Figiel)
opublikowano: 2006.08.14
link: LDKS