PdD1.5

SS Zielnybor - SKP Lwy Krez 1:1

Może wyda się Wam to dziwne, ale głęboko w sercach jesteśmy pacyfistami. To nic, że nosimy przy sobie broń rozmiarów średniej armaty i że robimy zadymy w pubach tudzież innych lokalach rozrywkowych. Tak naprawdę nie lubimy przemocy w żadnym jej przejawie, miłość do bliźniego tryska nam nosem, a przy wyższych stanach - także uszami, co bywa nieprzyjemne, gdyż owa miłość strasznie brudzi i ciężko ją odeprać. Na ulicy wykonujemy pokojowe gesty, przepuszczamy przodem autobusy, tramwaje, rowery i ruszające z piskiem opon walce. Po prostu cud, miód i orzeszki. Dlatego też z tego miejsca chcielibyśmy wyrazić nasze oburzenie i potępić prezentowane przez obie drużyny postawy. Zapowiadamy, że jeżeli nie nauczą się oni czym jest szacunek dla drugiego człowieka, następnym razem publicznie ich zbluzgamy. Przepraszamy, ale naprawdę ten mecz nadaje się raczej jako instruktaż dla rzeźników, a nie piłkarzy. Nasze delikatne i wrażliwe umysły nie były na to przygotowane. Zaczęło się niewinnie. Kapitanowie podali sobie ręce, poklepali się po tyłkach, wymienili kilka uwag i proporczyki. Sędzia gwizdnął i się zaczęło... Pierwsza akcja Lwów, niezbyt dynamiczna, no ale jednak akcja, zakończona niecelnym strzałem Dzikiego. Drugi atak został rozegrany znacznie szybciej, obrońcy Zielnyboru byli w zasadzie bezradni. Piłka krążyła między Lwami, w końcu Wachowski odegrał ją Cierzniakowi, a ten mocnym strzałem po ziemi skierował ją do bramki Zielnyboru, bronionej przez piłkarza o nazwisku niemożliwym do wymówienia. W tym momencie skończył się mecz piłkarski, a zaczął... W zasadzie nie wiemy jak nazwać to coś. Najbliższym określeniem byłaby bardzo rozłożona w czasie bójka. Zawodnicy starali się tak uderzyć przeciwnika, aby sędzia tego nie widział. Pierwszy skuchę zaliczył Rhawi. Sędzia przyłapał go, gdy próbował urwać ucho Wachowskiemu i ukarał żółtą kartką. Trzy minuty później tenże Rhawi podał na głowę Shamuela, który skierował ją w samo okienko bramki Lwów. Do końca meczu na boisku zawodnicy ganiali się w morderczych zamiarach. W efekcie tego najpierw Gamon złamał żebro Mahakiemu, a siedem minut później boisko opuścił Dudek ze złamaną przez Shamuela ręką. Niemal każdy zawodnik został w tym meczu mniej lub bardziej dotkliwie sfaulowany, a boisko w Zielnyborze zabarwiło się rdzawą posoką. Chyba jednak nie do końca to mieliśmy na myśli, pisząc, że w meczach jest za mało walki...

KS Orzel Czekany - RTS Dynamo Czekany 2:1

Na derby Czekan z utęsknieniem czekały chyba tylko dwie osoby - trenerzy i prezesi obu klubów, będący prywatnie ojcem i synem. Zainteresowanie kibiców spotkaniem było bardzo przeciętne, nie mamy czemu się dziwić, patrząc na poziom dotychczasowych meczów obu drużyn. Od razu dostrzegliśmy pewną anomalię - otóż trenerzy i sztab szkoleniowy OBU drużyn siedzieli na jednej ławce, natomiast na drugiej ławce zawodnicy. Nie wiemy czemu to miało służyć i nie chcemy wiedzieć. Podobny manewr próbowano zastosować z kibicami, ale prób tych zaprzestano gdy służba porządkowa została wybita do nogi przez fanów obu klubów. Nie zdążyliśmy nawet otworzyć orzeszków gdy tablica świetlna zamigotała i jedynka pojawiła się przy napisie GOSPODARZE. Byliśmy zaszokowani, bo oto ledwo Kupka rozpoczął mecz podając do Kasprzaka, a ten momentalnie uderzył piłkę. Z przerażeniem ujrzeliśmy że w bramce nie ma Rosslare'a i piłka, choć uderzona nieco za słabo, wtoczyła się do bramki. Jak się okazało później Rosslare'owi przylepił się proporczyk Orła do ręki i zdejmował go razem z trenerem Dynama. Wkrótce po golu doszło do szamotaniny między trenerami, w porę przerwanej przez arbitra technicznego. Do odrabiania strat rzucili się gracze RTS-u, którzy szybko zdominowali przeciwnika, nie potrafiącego się przeciwstawić szybkim atakom ze skrzydeł. W 13 minucie po jednym z takich ataków w polu karnym pada ścięty Connaug­hton i mamy rzut karny. Calbhach jako obrońca przyzwyczajony jest do częstych wymian piłek z bramkarzem i wiedziony instynktem podaje piłkę Sypniewskiemu. Gdybyście widzieli minę tego chłopaka gdy Sypniewski zamiast mu ponownie odegrać złapał ją pewnie w ręce to rozpłakalibyście się. Dokładnie tak jak część z nas. No i to by było na tyle jeśli chodzi o opis pierwszej połowy gdyż później zawodnicy oddawali się swoim duszom marzycieli hasając sobie beztrosko po boisku. Jesteśmy przekonani, że gdyby motyle były głupie to by przyleciały na ten mecz i zawodnicy mogliby je łapać. Druga połowa zgodnie z naszymi przewidywaniami [jej, jacy my jesteśmy mądrzy] nie była lepsza. Gracze ponownie myśleli o strzelaniu bramek zamiast strzelać. Trwało to sobie do 60 minuty kiedy to O'Connor skacząc jak sarenka przytuptał pod pole karne gości i chyba widząc Crane'a spłoszył się i odbiegł raźno, przewracając się niestety o słupek bramki Dynama. Sędzia nie miał wątpliwości - słupek Dynama zablokował drogę napastnikowi Orła. Faul i rzut karny. Dziki nie marnuje takich okazji i mamy 2:0. Trener Czekański nie posiadał się ze szczęścia, natomiast trener Czekański wyglądał jakby miał ochotę wbić w oko Czekańskiego nóż, który już od jakiegoś czasu spoczywał mu w dłoni. Sielanka jednak nie trwała długo bo oto Górski podbiega do myślącego o motylach Tetznera i wymierza mu solidnego kopniaka z półobrotu w nos. Nie dowiedzieliśmy się o co poszło, ale Górski dostał czerwień. Dynamu udało się zdobyć jeszcze kontaktowego gola, ale na więcej ich stać nie było. Nieloty wygrały z Bateryjkami. Piłkarze w nagrodę otrzymali bilety do instytutu etymologii w Grodzisku.

FKK Rantiochskie Kr. - SKS Srebrny Róg 0:0

Ostatnio zwrócił się do nas trener SKS-u sugerując, że w naszych relacjach brakuje emocji i uczuć. Otóż jest to całkowita i absolutna nieprawda. My, oddani Wam reporterzy, przelewamy na ekran komputera nie tylko słowa, ale przede wszystkim rozsadzające nas od środka doznania, które bulgocą w naszych wnętrzach po każdym meczu. Staramy się, byście czuli zapach wypływającej z nas żółci i pryskającą wokół złośliwą ślinę. Robimy co w naszej mocy, aby obrażać, znieważać i bulwersować. Tymczasem przychodzi taki ludzik i zarzuca nam brak emocjonalnego zaangażowania i głębszego związku uczuciowego z jego drużyną. Nie oświadczaliśmy się jeszcze, to fakt. Ale czy od razu oznacza to, że nam nie zależy? Że się nie staramy? Że niczego nie odczuwamy? Że jesteśmy maszynami, które umieją tylko liczyć? Otóż nie! My również potrafimy wzbudzić w sobie niechęć, złość, gniew. Możemy być rozczarowani i zniechęceni. Naprawdę tego nie okazujemy? W tym miejscu wiadomość dla Was: piszcie do nas! Wprawdzie Wasza opinia wiele nie zmieni, ale każdy mail czy uwaga na GieGie lub Tlenie pozwala nam pielęgnować w sobie pychę i samouwielbienie. Po tym krótkim wstępie chcielibyśmy złożyć wymienionemu już trenerowi serdeczne gratulacje z okazji podwójnego sukcesu. Na czym ten sukces polega? Otóż osoba ta w rzeczonej sugestii raczyła była wyrazić zdziwienie, że nie chwalimy Srebrnego Rogu za remis, bo wszak, cytujemy "remis to sukces". Szczerze mówiąc myśmy myśleli, że SKS ma aspiracje mistrzowskie i na remisy raczej nie może sobie pozwolić. Teraz jednak zrewidowaliśmy nasze poglądy w kontekście wypowiedzi trenera i doszliśmy do wniosku, że Srebrny Róg walczy raczej o utrzymanie się w lidze. Musimy więc przyznać, że jako przyszły spadkowicz, SKS wypadł w tym meczu wręcz doskonale. Jeszcze raz gratulujemy! Drugi sukces polega na tym, że SKS w tym meczu nie stracił bramki. Co prawda trener nie wspomniał o tym, że mało straconych bramek również należy uznawać za sukces, ale uznajcie to za naszą inicjatywę. Skoro nam tak dobrze idzie, to prywaty ciąg dalszy. Chcielibyśmy bardzo podziękować Krasnoludom, które w poniedziałek dostarczyły nam drogą powietrzną zapasu kiełbasy czosnkowej. Przyda nam się na święta. Będzie czym karmić rodzinę. Ok, a teraz do meczu. Hmm... Tak, mecz. Zaraz, gdzieś tu miałem notatki. No właśnie. Bo nie wiem czy wiecie, ale my z każdego meczu robimy bardzo szczegółowe zapiski. Wręcz minuta po minucie. Znalazłem. Co my tu mamy? Hmm... To może ja Wam przepiszę, co mam napisane:

  1. minuta - Lachman w trybuny
  2. minuta - Puha w słupek
  3. minuta - Orala w Cielenskiego
  4. minuta - Krobanowski za Moczygębę (skręcona kostka)
  5. minuta - Brożek - zółta kartka
  6. minuta - Tossavainen z wolnego w mur
    Chcielibyśmy też zauważyć, że Krasnoludy wybiegły w bardzo niekonwencjonalnym ustawieniu 5-2-3 i ich trzy strzały są bardzo dobrym wynikiem. Nie wyobrażamy sobie jak można grać praktycznie bez drugiej linii. Ale widać są na tym świecie rzeczy...

Rotor Precelkhanda - Kotwica Srebrny Róg 1:0

Przed meczem na stadionie Rotoru odbyła się uroczystość poświecczenia sekatora i nowej kosiarki spalinowej, które zarząd klubu ufundował na 70-lecie pracy na Estadio Żenada ogrodnikowi Solidariuszowi Brzetysło. Starszy pan był wyraźnie wzruszony całą pompą i rozmachem uroczystości, sam Mandragor przypiął mu do piersi medal i wręczył goździka, gdyż okoliczne dziewki nie mogły podchodzić do jubilata, jako że znany jest on ze swoich straszliwych skłonności. Następnie jak to w Wandystanie - zaczął się kontest w piciu leblandzkiego denaturatu z różową etykietą. Konkurs wygrał oczywiście jeden z nas, wszystko przez inną przemianę materii. Nigdy się nie nauczą, heh. W nagrodę dostaliśmy zniżkę na strzelnicę gdzie udało nam się ustrzelić parę pluszowych smoków i owieczkę. Potem handlarz nas wygnał. Wtedy zaczęły nas gonić dzieci w maskach tow. Wandy. Strzelały też do nas z kałasznikowów na kapiszony. Byliśmy wzruszeni. Udaliśmy się do kina na premierowy pokaz filmu z 1953 roku "Dmuchawiec" opowiadający o losie "Jadwigi" - taki pseudonim nosiła siedemdziesięcioletnia przedszkolanka, dowódca akcji mającej na celu pochwycenie i eliminację scholandfuhrera von Schwolotza. Całkiem nieźle się bawiliśmy, musimy przyznać. Ah, mecz no tak. o czymś zapomnieliśmy. Dotarło to do nas gdy odprowadzaliśmy się do domu. Heh, 1:0 było. Dla Rotoru. Przeczytaliśmy na telegazecie.

KS Wandea - KS Renifery Sola 4:1

Czasami, prując fale oceanu na naszym pełnomorskim jachcie, zastanawiamy się nad naszą przyszłością. Oczami wyobraźni widzimy się jako zgrzybiałych starców, ironicznych i sarkastycznych, którzy przez cały czas tylko narzekają i narzekają. I w dodatku narzekają całkiem słusznie. Sarmacka liga jest w tym wypadku w czołówce, bo większość meczów daje nam podstawy do zrzędzenia. Na szczęście są wydarzenia, które wlewają w nas odrobinę nadziei. A to rosnąca trawka, a to smaczny obiad, a to długonogie kelnerki. A to dobry mecz. Taki jak ten. Szczerze mówiąc liczyliśmy na to, że Renifery spróbują przynajmniej nawiązać walkę i w zasadzie nas nie zawiodły, bo od pierwszych minut zaatakowały. Wandea stała, niczym skazaniec przyparty do muru, a KS próbował ją rozstrzelać. Tylko że albo strzelby były ślepe, albo naboje niecelne, bo z przewagi Soli wynikało niewiele. W końcu jednak piłka, przez gapiostwo zawodników, znalazła się w bramce Wandei. Otóż rzut wolny z około 45 metrów wykonywał Lubomirski. Kalinichenko zaczął ustawiać mur, ale sędzia pozwolił rozegrać stały fragment gry bez czekania na gwizdek. Widząc zamieszanie w polu karnym, Lubomirski podał Bukowskiemu, a ten z około 30 metrów zdobył bramkę. Po tym wydarzeniu Renifery cofnęły się. Wandea również przeszła do obrony, tyle że zgodnej z powiedzeniem, że "najlepszą obroną jest atak". No i zaczął się istny szturm na bramkę Soli. Wandowie szli tyralierą, a przerażone Renifery szukały drogi ucieczki. Jeden z zawodników sforsował nawet ponaddwumetrowy płot zwieńczony drutem kolczastym, okalający boisko. Miał jednak pecha, bo trafił wprost do sektora gospodarzy. Wandea zdobywała bramki w 34., 65., 74. i 75. minucie. Pójdziemy na łatwiznę i nie opiszemy ich szczegółowo, bo po co? Opis meczu niepotrzebnie by się wydłużył i mógłby stać się nudnawy. Chcielibyśmy opowiedzieć Wam jakąś zabawną historię, ale nie mamy pomysłu. Dochodzimy jednak do wniosku, że nie lubimy ciekawych meczów, bo wychodzą z nich drętwe, żeby nie rzec - drewniane, relacje. Bo jak jest tak pięknie to nie ma się do czego przyczepić. Oby więcej takich meczów... NIE BYŁO!

FC Czarnolas - Graybox Srebrny Róg 1:2

Zastanawialiśmy się czy jest to możliwe. Mówiliśmy, że owszem, ale pod pewnym warunkiem (wiecie - różnie to bywa) i mieliśmy rację. Znowu. Do czego pijemy? Otóż pojawiła się, oczekiwana przez nas niczym Bravogirl na Conclaffe drużyna gorsza od Podleszczy. To był szok dla kibiców, bo nikt ich nie ostrzegł. Hłehłe, tacy już wredni jesteśmy. Tak fatalnie grającej drużyny to jeszcze w WT Ekstraklasie nie było. FC Czarnolas przebił wszystkich i wszystko co widzieliśmy do tej pory. Nawet Senator Annike. Piłkarze potykali się o własne nogi, pudłowali z 2 metrów w aut, kilkakrotnie faulowali się wzajemnie. Słowem - sieroty. A w sumie gorzej, dużo gorzej. Gracze Szarych Pudełek przygotowywali się na ciężką przeprawę na wyjeździe, dlatego byli równie zdziwieni jak kibice. Piłkarze gospodarzy próbowali wykorzystać ich zaskoczenie i zaatakowali. Jedynym ich sukcesem była kontuzja Kowalczyka, którego sprowadził do parteru ciosem w śledzionę Barness. Myśleliśmy, że szybko Graybox się pozbiera ale stupor okazał się zbyt silny. Z tego powodu mieliśmy bardzo 'stoicką' grę do przerwy [wiecie, zawodnicy rozwijali życie duchowe, nie przejmowali się za bardzo doczesnymi wydarzeniami na boisku i skupiali się na cnocie bramkarzy]. Opiernicz od trenera podziałał na Pudełka kojąco, bo tuż po przerwie rozpoczęła się kanonada trwająca 45 minut. Czarnolas nie wiedział co się dzieje, jego piłkarze zostali zepchnięci w obręb własnego pola karnego w ciągu niespełna pół minuty! Graybox wyprowadzał zabójczy atak za morderczym atakiem. Przerażenie bramkarza Czarnolesian sięgnęło zenitu w 50 minucie, gdy Szczoczarz urwał się obrońcom [stosujemy ten termin z braku laku, chociaż powinniśmy napisać raczej "wyminął pomnik Obrońców Czarnolasu"] strzelił mocno w Pottsa, który wypiąstkował piłkę do przodu. Napastnik Grayboxu nie przejął się tym i strącił wybitą piłkę wprost w lewy róg bramki. A Pudełka ciągle atakowały, mecz zaczął przypominać starcie kutra rybackiego z Czerwonym. przepraszamy, Szarym Październikiem. Kolejne akcje cudem nie przynosiły bramki Srebrnorożanom. Z niedowierzaniem patrzyliśmy gdy piłka śmigła od słupka do poprzeczki - co akcje powtarzał się znamienny wyraz ulgi na twarzy Pottsa. Ale w 55 minucie kolejny atak Grayboxu, tym razem skrzydłem - do piłki wyskakuje Szczoczarz i mamy drugą bramkę dla Grayboxu. Potts chce [Word nam Pottsa zmienia w Potasa, cholera ] opieprzyć obrońców, ale oni w porę odbiegli. Szary Październik po wystrzeleniu drugiej torpedy zanurzył się na głębokość peryskopową i od czasu do czasu wynurzał się by postraszyć pozostałości kutra. Tymczasem Czarnolas zdobył bramkę, ale okoliczności są tak nieprawdopodobne że nie będziemy ich przytaczać. Proponujemy żebyście zapomnieli że taka bramka w ogóle padła i uznali za wiążący wynik 0:2. Chociaż powinno być 0:7. Gratulacje dla gospodarzy, wielu sądziło że nie ma gorszego zespołu od Podleszczy. Mylili się - jest nim FC Czarnolas.

SKS Podleszcz - FC Zielnybor 1:1

Tydzień temu SKS zdobył swoje pierwsze (dwie!) bramki w lidze, a my z tego miejsca wieszczyliśmy, że koniec świata jest bliski. No i proszę - nasza przepowiednia zaczyna się sprawdzać. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że niedzielna PdD nie wyszła, a obecna ma takie opóźnienie? Co więcej - nawet my nie sadziliśmy, że afera zatacza tak szerokie kręgi i będzie miała swoje skutki w tzw. realu. Bo oto nie minęło kilka godzin, a RP nawiedziła fala powodzi. Dzisiaj Opatrzność zsyła nam kolejny znak, że jeszcze nie jest za późno, aby pomyśleć o duchowym oczyszczeniu i dostąpienia możliwości przekroczenia wrót Raju. Oto Podleszcze z nikąd zdobyły swój pierwszy punkt w lidze! Wieszczymy - koniec świata jest tuż, tuż. Fenomen tego spotkania polega nie tylko na tym, że Sierotki zdobyły punkt. Zadziwiająca i zatrważająca zatwardziałych grzeszników jest gra SKS-u, który zaprezentował się (nie myśleliśmy, że kiedyś to napiszemy) bardzo dobrze. I spokojnie mógł wygrać. Ba! Mógł wygrać nie tylko 2:1, ale w ich zasięgu było nawet 4:0, a nawet 7:0 (!). Szansy jednak nie wykorzystali. Pierwsza połowa do ok. 30. minuty przebiegała planowo. Zielnyborzanie mieli piłkę, a Podleszcze patrzyły na nich z zazdrością. Patrzyły tak nawet wtedy, gdy w 24. minucie po egzekwowanym przez Chojeńskiego rzucie rożnym piłkę przejął zupełnie niepilnowany Chytry i strzałem w okienko umieścił piłkę w siatce. W okolicy 30. minuty wszystko się zmieniło. Trener SKS-u podał Inoussie małą karteczkę i już po chwili Podleszcze wyprowadziły swój pierwszy atak. Po chwili drugi i trzeci. Podejrzewaliśmy jakiś głupi dowcip, że na chwilę zasnęliśmy, a na boisko wybiegli podstawieni aktorzy. Ale nie. To naprawdę były Podleszcze. Druga połowa miała identyczny przebieg. Na bramkę Zielnyboru sunął atak za atakiem, jednak Sierotki pod bramką spisywały się fatalnie. Seryjnie wręcz marnowały sytuację sam na sam z bramkarzem (a nawet bramką). W końcu jednak strzałem głową po dośrodkowaniu Coutho Pierdasa (który zastąpił kontuzjowanego Buczkę) pokonał Goitom. Po meczu, wdeptaną w murawę, odnaleźliśmy małą, białą karteczkę. Była na niej narysowana piłka i podpis: "To kopać".

Pentagram Sola - KKS Zamek Grodzisk 2:0

Czasami chcemy być kimś innym. Bardzo rzadko ale jednak. Gdy wysiedliśmy z samolotu w Soli poczuliśmy wiatr zmian. Słoneczko grzało. Kupiliśmy cygara. I ładne berety khaki. Staliśmy się kimś innym, na ten jeden dzień. Szybko znaleźliśmy fałszerzy wejściówek. Tamtego dnia byliśmy kimś innym. Santiago Limonesem, rewolucjonistą. Weszliśmy na trybunę zarezerwowaną dla Los Antraxos - najwierniejszych fanów Pentagramu. Od razu wzbudziliśmy szacunek wśród miejscowych. Dostrzegli w nas przywódcę, lidera, zwiastuna wolności. Rozkoszując się cygarem zaczęliśmy rozmawiać z przywódcą bojówki socjalistycznej niejakiego Moralesa, którego bezbłędnie zidentyfikowaliśmy. Poczęstował nas drinkiem (z parasolką i kawałkiem ananasa). Zaczęliśmy snuć plany, ale przerwał je początek spotkania. Oglądaliśmy je po raz pierwszy z najlepszych miejsc na stadionie. Obejrzeliśmy ciekawe widowisko, gracze Pentagramu grali tak jak mieli grać - po partyzancku. Z nienacka powalali graczy Grodziska gdy sędziowie nie widzieli, bądź bali się zobaczyć. Gracze KKS szybko zrozumieli, że jeśli chcą ujść z Soli z życiem to nie mogą przeszkadzać Pentagramowi i poza pierwszymi dwoma próbami nie zagrozili już w żaden sposób bramce Pentagramu. Dostrzegliśmy cień zadowolenia na twarzy Moralesa. Solańczycy spokojnie zatem rozgrywali swoje akcje, nie spiesząc się oddawali wiele strzałów; dwa z nich okazały się celne. 3 punkty poszły na konto Solańczyków. Morales wprowadził nas potem w swój plan. Dokładnie w takim sam sposób jak dzisiaj Pentagram pokonał Zamek ma się rozegrać Rewolucja Słoneczna, czyli odzyskanie niepodległości przez Tropicanę. Subtelne metody zdobywania lojalności poprzez nagrody i zastraszanie. Wiedzieliśmy, że to się może udać. Nagle nasz towarzysz padł na podłogę, martwy. Szybko wybiegliśmy ze stadionu, spaliliśmy berety i dokumenty. Koniec z Salvadorem Limonesem. Ale wiedzieliśmy, że gdzieś, kiedyś może stać się nam coś nieprzyjemnego.

--
Uzdrawiamy,
Redakcja PdD.

metadane
autor: Rittermeister&Smok (Timios Kiechajas i Przemysław Figiel)
opublikowano: 2006.08.10
link: LDKS