Moczowładny

PROLOG

W pewnej małej wiosce, gdzieś w okolicach Winnicy, dzień właśnie chylił się ku końcowi. Słońce zabarwione już krwistą, rewolucyjną czerwienią, nieubłaganie zbliżało się do horyzontu, ostatnimy promieniami rozświetlając piękny, wiejski krajobraz. Lekki wietrzyk, delikatnie niczym kochanek, smagał złociste, dojrzewające kłosy pszenicy, ciągnące się aż po sam czerwony horyzont. Był to zachwycający, każdego kto go ujrzy, obraz wandejskiej, sielankowej wsi. Przywodzi on na myśli naszą, Wandejską flagę i godło. Piękny to symbol. Nie uświadczysz takich widoków siedząc zamknięty w miejskich murach. W szarych, wielkich aglomeracjach, budowanych chyba na wzór monarchofaszystowskich siedlisk. Prawdziwy Wandystan był właśnie tu, na prowincji. Ci wszyscy pseudo towarzysze z samej góry daleko odeszli od Ducha Wandy. Może jeszcze kilku lewych było, ale to jakieś niedobitki. Czy to przywileje tak ich zepsuły? Czy może to przez konieczność nieustannego stykania się z monarchofaszystowskim pomiotem. Wiatrakow rozmyślał o tym wszystkim, stawiając sobie wiele niezwykle ważnych można rzec egzystencjalnych, a goszczących w głowach licznych, współczesnych wandów pytań, przyglądając się jednocześnie swojemu potężnemu strumieniowi moczu, który połyskując w ostatnich czerwonych promieniach słońca, zraszał ściankę stodoły. I gdy wreszcie więcej już nic z siebie nie mógł wydobyć, strząsając ostatnie krople zakrzyknął - Dosyć! Dłużej tak być nie będzie. Trza by coś przedsięwziąć by zmienić to całe łajno. A że tego dnia, jak każdego pierwszego miesiąca, cała wioska zbierała się przy ludowym ognisku pijąc, rozmawiając i bawiąc się, spiesznie oddalił się od miejsca swoich rozważań i podążył ku centrum wioski. Przy ognisku zaś, jak dobrze Wiatrakow wiedział, siedział jak zawsze sam Geremkosz, i to pomimo tego że był najstarszym mieszkańcem wioski i jak powszechnie uważano był wielkim mędrcem. Udał się zatem Wiatrakom wprost do niego, biorąc tylko z pobliskiego stołu dwa kieliszki, co by na rozluźnienie języka jeszcze kilka głębszych, z jego wciąż prawie nietkniętej, chowanej na późniejsze godziny flaszki, wypić. Uściskawszy sędziwego mędrca i wznióswszy tradycyjny, wprowadzający toast za wieczną rewolucję i chwałę Wandy zagadnął

Wiatrakow więc poszedł do swojej chaty i rozważał noc całą, czy ma sens jakikolwiek ta szaleńcza wyprawa do jakiejś zapewne zmyślonej i nieżyjącej od dawna postaci. Iść przez cały kraj i być może na końcu swej drogi nic nie znaleźć, czy też porzucić myśli o zmianach i do końca życia przyglądając się patałachom z rządu na roli robić...

ROZDZIAŁ I

Droga z wyspy Marksa, do położonej na drugim końcu terytoriów Mandragoratu Wandystanu, Zachodniej Perunary jest długa i trudna. Lata świetności w tym kraju już dawno przeminęły i choć wciąż główne miasta pozorują rozwój, główne ciągi komunikacyjne pozostają w znośnym stanie, to wiele dróg całkowicie opustoszało i zniszczało, a pomniejsze miasta i nie jedna wieś obróciły się w ruiny. A Wiatrakow nigdy dalej niż do Winnicy, czy do sąsiednich wiosek się nie wybierał, doświadczenia więc w podróżach nijakiego nie miał. Co gorsza, również funduszy prawie żadnych nie posiadał, bo żył z tego co sam wyhodował, a ewentualne nadwyżki zamieniał na inne gotowe towary, takie jak choćby krzesło czy świeca... Nie miał też legitymacji partyjnej, nie było mowy więc o podróży państwowymi środkami transportu. A skoro nie mógł wykupić biletu na podróż, zaciągnął się na jeden z podróżujących na wyspę Wandy statek, w roli majtka.

I tak rozpoczął wielką, pouczającą wyprawę, w czasie której poznał wielu towarzyszy myślących podobnie jak on, dowiedział się więcej o funkcjonowaniu państwa, a przede wszystkim zobaczył i poczuł jak żyją inni mieszkańcy Wandystanu. Tak więc zmierzając do upragnionej Puszczy poznał pracę bibliotekarza, bimbrownika, cieśli, cukiernika, cholewkarza, dekarza, dokera, drukarza, drwala, dziewiarza, eguterzysty, ekspedienta, frezera, fajkarza, flisaka, górnika, garbarza, grabarza, hartownika, hutnika, impregnatora drewna, kinooperatora, kuriera, kasjera, kominiarza, kowala, kuśnierza, kaletnika, lutowacza, latarnika, murarza, montera rusztowania, moletownika, operatora koparki, obuwnika, parasolnika, plecionkarza, palacza kotłów, rusznikarza, rękawicznika, rymarza, statysty, studniarza, serowara, stolarza, tancerza baletowego, tokarza, tynkarza, topiarza fryty, ustawiacza maszyn do obróbki drewna, wozaka zrywkarza, wulkanizatora, wiertacza drewna, zwrotniczego, zamiatacza i wiele innych. A wszystko czego się tknął wykonywał z taką swobodą, dokładnością, precyzją, tak umiejętnie i po mistrzowsku jakby się do tej pracy narodził, aż jego pracodawcy klęli się, że zrobią wszystko, byle został z nimi i dla nich pracował.

Jednak Wiatrakow wiedział, że jego cel jest dalej, gdzie indziej i choć wykonywanie kolejnych podejmowanych przezeń prac, sprawiało mu wielką radość, to czuł głęboko w sercu, że zatrzymując się w miejscu robi coś niewłaściwego. Więc poruszał się, choć powoli, to jednak wytrwale i nieustannie do przodu. Zaiste wiele się nauczył w czasie swej podróży, a jego przekonanie o potrzebie przeprowadzenia zmian jeszcze bardziej się w nim utrwaliło. Zmian na górze, bo jak sam się przekonał nie tylko w jego wiosce ludzie są normalni, lewi i pełni ducha Wandy, a tylko ta wierchuszka, awangarda proletariatu jak na siebie mówią... tfu! Arystokraci poprzebierani w ciuszki Rewolucji! To oni są przyczyną naszych problemów! Trzeba ich zgładzić! Takie właśnie przemyślenia w jego głowie się kołatały, a gniew w nim wzbierał coraz większy. Nie tylko gniew w nim jednak wzbierał. Czuł bowiem coraz większą siłę, czuł się potężniejszy i widział jak ludzie chętnie słuchają jego słów, jak chętnie poszli by za nim obalać skostniały system. Ale rozumiał też, że to za mało, że nie jest jeszcze gotowy, że wciąż czegoś nie wie i nie rozumie. Za każdym razem, za każdym krokiem idąc dalej mówił do ludzi pozostawianych w tyle: "Pamiętajcie ludziska, Rewolucja jest wieczna, a Wanda nigdy nas nie opuści. Dziś jest źle, ale dnie lepsze jeszcze przyjdą! I ja dziś odchodzę, ale wrócę! Wrócę mądrzejszy i zdolny poprowadzić was w imię Wandy ku lepszej przyszłości!".

Wreszcie, po dwóch i pół roku, w czasie których tak wiele się wydarzyło, że można by nie jedną książkę napisać, a my niestety nie mamy tutaj miejsca by o tym dłużej mówić, dotarł do ostatniego miasta na jego trasie. Do Precelkhandy. Dalej musiał już iść według mętnych i niewątpliwie pisanych w nie pełnej trzeźwości umysłowej wskazówek Geremkosza, niech jego kieliszek zawsze będzie pełny. Na szczęście udało się Wiatrakowowi zaoszczędzić nieco grosza, za co nabył jurnego i pięknego - czarnego niczym noc rumaka dla siebie i jednego jucznego na którego załadował bezlitośnie zapasy na około miesiąc podróży. Tak przygotowany wsiadł do pociągu towarowego zmierzającego do San Jang. Ostatni odcinek Cywilizacji. Potem już tylko Puszcza i wreszcie pozna odpowiedzi na wszystkiego dręczące go pytania, dowie się jak uratować Mandragorat Wandystanu. O ile wysiądzie tam gdzie stary dziadunio, wychylający się ze swojego dzienniczka, mu kazał. Wando dodaj mi sił pomyślał jeszcze i zasnął.

ROZDZIAŁ II

Pośród przepastnych lasów Wielkiej Puszczy Perunary gdzieś na jej południowo-wschodnim krańcu leniwie tocząc swe wody, płynie w bliżej nieokreślonym kierunku, strumyczek. Nad jego brzegiem leży człowiek na wznak. Stojąca obok niego szkapa trąca nosem jego nogę ponaglając do wstania. Ten jednak leży bez czucia, a jego głowę obmywają wody strumyka. Wiatrokow do cna wyczerpany, bez nadziei, przeklinając po stokroć dzień w którym postanowił posłuchać rady starego Geremkosza, wierząc jego starczym opowiastkom, padł tu dobrych kilka chwil temu. Padł, ale nie bez życia. Choć płomień jego istnienia stał sie ledwo tlącą sie iskierką, wciąż miał szanse przeżyć. Gdyby tylko przyglądający się mu z ukrycia mały, stary człowieczek, podobny trochę do gnoma, ale pomarszczony i brzydki niczym heterocephalus glaber, zechciał mu wreszcie pomóc. Ten jednak tylko stał, opierając się na swojej drzewnej lasce i patrzył. Jakby na coś czekał. I wtem z przestworzy majestatycznie sfrunał, raczej w tych rejonach niespotykany, wielki, śnieżnobiały kukuł inkaski. Wylądował dokładnie naprzeciw leżącego, spojrzał wymownie wprost na gnomopodobnego staruszka, po czym pochylił swoją główkę i zaczął pić wodę ze strumienia. Człowieczek kiwnął nieznacznie głową i podszedł do leżącego podsuwając mu pod nos chusteczkę. Sole trzeźwiące podziałały natychmiastowo. Wiatrokow ocknąwszy się krzyknął z przerażeniem widząc pochylającą się nad nim, przypomnijmy niezbyt urodziwą, postać. Próbował niezdarnie uciekać, jednak zanim choćby wstał, staruszek powstrzymał go unosząc dłoń i przemawiając spokojnym, starczym, ale silnym głosem:




Niech Mocz będzie z Tobą!

ROZDZIAŁ V

Błoto zmieszane z krwią spływało z ciała Wiatrakowa w obfitych strugach deszczu. Ledwo utrzymywał się na nogach, ale wytrwale stał i łomotał w drzwi chatki. Mistrz jednak nie otwierał. W końcu pukać przestał i osunął się na ziemię, a wiedział że każda chwila jest ważna, że za chwilę może być za późno. Nie miał już jednak siły, musiał odpocząć. I gdy już zamykał oczy usłyszał... chichot, tak! Żeński chichot! Nie ma co do tego wątpliwości. A potem trzask drzwi, jakieś szumy, przyciszone głosy. Adept Moczu zerwał się na nogi, zebrał w sobie siły by stoczyć kolejny pojedynek, choćby miałoby kosztować to życie, już chciał biec w stronę głosu gdzie jak się spodziewał zastanie chichoczących wysłanników Złego nad stygnącym ciałem jego Mistrza, gdy wtem drzwi się otworzyły.

Wiatrakow wszedł do przypominającej nabój do AK-46 kapsuły-statku, a tuż za nim błyskawicznie zatrzasnęły się wrota. Na szczęście w tym samym momencie zapaliły się lampy pod podłogą skutecznie rozświetlając całą przestrzeń. Ale dużo do oświetlania nie było. Niewielki panel, służący najpewniej do sterowania, fotel pośrodku i sedes na wprost fotela. Nasz bohater podszedł do panelu chcąc urochomić statek. Nie było to trudne; na desce rozdzielczej centralne miejsce zajmował wielki przycisk podpisany jako "start". Wcisnął go i poczuwszy wibracje, ufając swojemu Mistrzowi, usiadł wygodnie na fotelu. Rozsiadłszy się, włożył do specjalnie do tego przeznaczonych miejsc w sumie 5 butelek z przekazanym mu dziwnym napojem po czym rozpiął rozporek, wyjął rękojeść (jak żartobliwie określał w myślach swojego penisa) i po chwili obliczeń skierował strumień Moczu wprost do dziury w sedesie. Odprężył się, oczyścił myśli i odpłynął w medytację. Po zaledwie pół godzinie dało się odczuć potężny wstrząs. Statek zacumował. Najwyraźniej kody tego pojazdu były w bazie danych stacji. Adept wybudził się z medytacji, wypił ostatnią butelkę krwistego napoju i wstał czując drzemiącą w nim potęgę Moczu i niezwykły spokój. Jego umysł był jasny on zaś skupiony. Cel był jasny. Zniszczyć Palpatyna Zgonarchę Lepkiego. Prezydenta Mandragoratu Wandystanu. Złego. Człowieka działającego przeciw Ludowi i Rewolucji. Upojonego swoją władzą i potęgą, potęgą płynącą z ciemnej strony Moczu. Wiatrakow widział to w swoich wizjach. Teraz od niego wszystko zależy, od tego pojedynku. Wrota otwierają się. Czterech żołnierzy 69 Kompani Piechoty czeka na niego. Stoją na baczność, nie atakują go, nie pytają. Oni też już wiedzą. Kiwa im głową, ale nie odpowiadają mu. Bez słów ruszają, wiedząc że on pójdzie razem z nimi. Maszerują do centrum dowodzenia, prowadzą go do Złego.

Żołnierze wypychają Wiatrakowa z windy, sami zaś nie wychodzą z niej, zostawiając go samego. Panuje tu półmrok - jedynym źródłem światła są monitory, lampki kontrolne i ostatnie promienie słońca wdzierające się przez przepastne okno. Dzięki temu w centralnej części sali, na podwyższeniu, obok fotela przypominającego tron, można było dostrzec postać skrytą w czarnym płaszczu, z kapturem na głowie. Ze skrzyżowanymi na piersi ramionami, Palpatyn przyglądał się naszej planecie wciąż jeszcze cieszącej się światłem zachodzącego słońca. Jak wszystko w kosmosie, był to zapierający dech w piersiach widok. Szczególnie dla kogoś kto nigdy nie miał okazji choćby zdjęć zobaczyć, jak to było w przypadku młodego Adepta Moczu. Podszedł on do wielkiego okna przy którym stał Lepki i aż westchnął z zachwytu. Stali tak obok siebie chwil kilka, milcząco podziwiając piękno świata naturalnego. Wiedząc, że zaraz przyjdzie któremuś z nich umrzeć. W końcu odezwał się Zły.

Palpatyn odrzucił kaptur, rozchylił płaszcz i ujął w dłoń naprężone prącie. Wiatrokow już był gotowy - przyjąwszy pozycję bojową i pewnie dzierżąc swą rękojeść czekał na atak. Tylko delikatny pomruk aparatury i lekko przyspieszone oddechy zakłócały idealną ciszę która zapanowała. Pięć krótkich tryśnięć, po których Palpatyn natychmiast zeszkoczył z podwyższenia unikając ewentualnego kontraatku, rozpoczęło pojedynek. Wiatrakow jednak był niedoświadczony, ledwo co udało mu się odbić trzy z lecących strumyczków Moczu, a co dopiero mówić o kontraataku. Do tego dwa pozostałe dosięgły celu odrzucając go do tyłu. Rozległ się gromki śmiech Palpatyna.

Słońce właśnie całkowicie zaszło, pogrążając w całkowitym niemal mroku pomieszczenie, tak że nie sposób było dostrzec ani walczących, ani wymienianych przez nich ciosów. Oni jednak wiedzieli gdzie celować. Mocz ich prowadził... Ale, choć obaj wiele Moczu w sobie mieli, to Palpatyn wyraźnie dyktował warunki pojedynku. Można było odnieść wrażenie że bawi się swoim przeciwnikiem, drażni go. Tak też sądził atakowany. Nie wiedział, że dynamiczny pojedynek niesamowicie męczył starego już Zgonarchę. Z tego też powodu obaj dążyli do ostatecznego zwarcia, do decydującego pojedynku Moczu. W końcu decydując się na rozstrzygnięcie, stanął Palpatyn mając własny tron za plecami, naprzeciw siebie zaś mając drzwi do windy obok której skrył się po ostatnim uderzeniu Wiatrokow i zawołał:

Strumienie moczu jednocześnie wystrzeliły z obu członków i dokładnie w połowie drogi starły sie ze sobą. Energia i sama uryna bryzgały na całe pomieszczenie, niszcząc wszystko w co trafiły, w miejscu zaś styku obu strumieni tworzyła się nabrzmiewająca bańka Moczu. Energia jaka skumulowała się w tym miejscu była tak wielka, że czerwono-czarne promieniowanie rozświetliło twarze walczących. Wyraźnie widać było pogardę, wściekłość i wysiłek, wyrysowane na twarzy Palpatyna oraz spokój i co najwyżej lekkie zmęczenie malujące się na obliczu Wiatrakowa. Krzyk wysiłku i ze strony Złego poszedł impuls zwiększonego strumienia Moczu. Bańka pękła z ogłuszającym hukiem rozlewając się niszczącą falą energii, która zmiotła wszystko w promieniu dziesięciu metrów. Palpatyna odrzuciło wprost na jego tron, co uratowało go przed niechybną śmiercią w przestrzeni kosmicznej, bowiem okno nie wytrzymało i rozprysło na milion maleńkich kawałków. Szybko jednak system zabezpieczeń zamknął laserową kurtyną wybite okno, powstrzymując wyssanie wszystkiego z sali tronowej. Wiatrokow miał mniej szczęścia - fala Moczu odrzuciła go na drzwi windy, które razem z nim uderzyły w ścianę szybu. Lecąc ku pewnej śmierci kilkadziesiąt pięter w dół, zdążył jednak ocknąć się i chwycić wystające kable ratując swoją misję przed całkowitą klęską. Rozpoczął wspinaczkę z powrotem na górę, a gdy dotarł na ostatnie piętro, Zły już na niego czekał. Delikatnie nadepnął na jego dłoń - na tyle by dać do zrozumienia bliskość śmierci, ale nie na tyle, by zrzucić go z powrotem w przepaść.

Palpatyn zdjął but z dłoni swego wroga i wyciągnął ku niemu rękę. Nie wiedział jeszcze, że to już nie ma znaczenia. Dokładnie w momencie wyciągnięcia ręki, metoryt przekroczył linię bezpiecznego strzału. Szansa na rozbicie skały na dwa mniejsze kawałki które ominęły by v-Ziemię bezpowrotnie minęła.

Wiatrakow, Moczowładny, Nadzieja Ludu, Znak od Wandy... W świecie umarłych idei wolał wybrać śmierć od władzy. Palpatyn nie mógł zrozumieć dokonanego przez tego śmiałka wyboru. Poczuł też jak jego twarde i zimne niczym skała serce drgnęło, do oczu zaś napłynęła dziwna wilgoć której pochodzenia i przyczyn nie mógł dociec. Otarł twarz, wziął się w garść i podszedł do tronu. Włączył komunikator, który od razu rozbrzmiał spanikowanymi krzykami żołnierzy.

Palpatyn, zmęczony, zrezygnowany i załamany skrył swą twarz w dłoniach i tym razem już rzewnie, bez zahamowań zapłakał

Ryk syren ewakuacyjnych zagłuszał nawet myśli. Nie przeszkadzało to jednak Palpatynowi. Patrzył wprost na zbliżając się skałę. Jego serce wypełniło się spokojem i... szczęściem. Tym prawdziwym. 10... 9... 8... guzik wciśnięty, działo uzbrojone, 3... 2... 1...

Zderzenie i ogromny wybuch. Zgromadzony płynny beton gotowy do precyzyjnego strzału w jednym momencie eksplodował w wbijającej się w głąb meteorytu bazie. To wystarczyło by rozbić go nie na dwa, ale na setki kawałków, które jeśli dotrą do ziemi będą całkowicie niegroźne. I tak Wiatrakow, krusząc lód Palpatynowego serca swym bohaterskim czynem, uratował jego rękami Mandragorat Wandystanu przed całkowitym zniszczeniem. Teraz wszystko w rękach Wandejczyków. Czy znak odczytają, czy odejdą w nicość.

KONIEC

metadane
autor: Palpatyn Zgonarcha Lepki opublikowano: Wandea Ludu, listopad-grudzień 2010 link: Prolog, Rozdział I, Rozdział III, Rozdział V