PdD1.3

SKS Srebrny Róg - SS Zielnybor 4:1

Ktoś nam powiedział, że to spotkanie jest meczem kolejki. I że na pewno będzie stało na wysokim poziomie, bo lider gra z wiceliderem. A jeszcze to są derby Teutonii, to już w ogóle wynik niepewny. Nie uwierzyliśmy mu, tak samo jak nie wierzyliśmy tabeli. SS Zielnybor na drugim miejscu brzmiało jak kiepski dowcip. W Teutonii atmosfera kapitalna, przyznajemy to bez bicia. Koniec końców, obchody rocznicy, a i mecz swoje zrobił. Na ulicy poczęstowano nas bekonem. Tak, za darmo. Aż ciężko uwierzyć. No ale pewnie nikt nas nie poznał. No ale coś o meczu wypadałoby napisać. Więc może przedstawimy taktykę Zielnyboru która była całkiem ciekawa. Otóż SS preferował utrzymawać się przy piłce. Niestety, na swojej połowie. Zupełnie jakby myśleli, że za to są dodatkowe punkty. Początek meczu własnie tak wyglądał, Zielnybor trzymał piłkę i wymieniał podania. SKS bacznie się przyglądał, by od czasu do czasu zaatkować. W końcu, w 26 minucie Lachman odebrał piłkę zaskoczonemu Shamuelowi i pognał z nią na skrzydło. Dośrodkowanie w pole karne, gdzie zupełnie nie pilnowany Moczygęba strzelił głową w okienko. Zielnyborzanie przez kilka chwil się ostrząsali, ale w końcu przeprowadzili coś co mozna nazwać akcją. Shamuel przetruchtał z piłką półboiska, wpadł w pole karne, odegrał na bok do Hormisa a ten płaskim strzałem pokonał Cielenckiego. Hm, no dobrze, ale gdzie byli gracze SKS? Naszym zdaniem trafili na zakrzywienie temporalne czasoprzestrzeni i trafili do innych wymiarów. Po tej bramce gra się zaostrzyła, sędzia pokazał 3 żółte kartki za faule taktyczne, a gracze obu drużyn jakby się zmobilizowali. Wreszcie, brzydki faul Lazara i okazja dla SKS. Do piłki podszedł Moczygęba, uśmiechnął się szelmowsko i strzelił. Piłka otarła się o obrońcę gości, czym kompletnie został zmylony Yakub i wpadła do bramki. Hm, można było się spodziewać że Zielnybor zaatakuje. Że w końcu są derby i tutaj można się postarać. Nic z tego, no ale jak atakować jeśli napastnicy udają kiepskich clownów, którzy myślą, że jak się przewrócą to będzie fajnie. SKS natomiast, z gracją mistrza wyprowadzał zabójcze kontrataki. Najpierw w 58 minucie w polu karnym popisał się Lachman, lobując z 12 metra źle ustawionego Yakuba, a pod koniec meczu Brożek ustalił wynik meczu na 4:1 urywając się obrońcom i przerzucając piłkę obok bramkarza. Miały być emocje, zacięty mecz i dużo bramek. Jeden na trzy to i tak niezgorszy wynik, nie sądzicie?

RTS Dynamo Czekany - FC Czarnolas 0:0

Będziemy szczerzy. Uwielbiamy mecze, w których nie pada żadna bramka. Dzięki temu możemy się prawie dowolnie wyzłośliwiać nad oboma drużynami. Przez to nikt nie posądzi nas o stronniczość. W dodatku, co może Was dziwić, ten mecz nam się podobał. Może nie było w nim zbyt wielu goli, ale chyba po raz pierwszy zawodnicy obu zespołów zostawili na boisku nie tylko trochę śliny i potu, zabierając w zamian trochę murawy, ale serce. I za to, mówcie co chcecie, należą im się brawa. Mecz, choć nie wynika to z wyniku był ciekawy, miejscami ciekawy nawet na tyle, by oderwać nas od lektury poprzednich odsłon PdD. Nie żebyśmy byli próżni... Zaczęło się banalnie: przywitanie kapitanów, wymiana proporczyków i rzut monetą. Później Koll odgwizdał początek meczu i dwudziestu dwóch potężnie zbudowanych facetów ze wspaniale wyrzeźbioną muskulaturą rysującą się wyraźnie pod obcisłymi koszulkami rozpoczęło mecz. Sporo szybkich akcji cieszyło oko. Drużyny grały otwarcie, ale obrony obu zespołów spisywały się doskonale. Precyzyjne prostopadłe podania były przechwytywane przez defensorów, a wrzutkami w pole karne zajmowali się bramkarze. Spowodowało to, że do tej pory skuteczne formacje ofensywne obu zespołów nie miały wiele do powiedzenia. Gra była twarda, momentami nawet brutalna. Po przypadkowym zagraniu z podejrzeniem złamania trzech żeber, boisko opuścił Morrison, a zmienił go Athlone. Jak do tej pory nasza relacja to typowe lanie wody, więc aby nie być gołosłownym wybraliśmy dla Was po jednej akcji każdej z drużyn. Zacznijmy od gospodarzy. Zaczyna Calbhach, do Burkego, ten do Lyncha, Lynch na krótko do Burkego, wrzutka do Dermota, strzał i świetna interwencja Pottsa. To się podobno nazywa relacja radiowa. A teraz cofniemy trochę akcję, aby móc ją dokładniej zanalizować. Najpierw Calbhach, o proszę tu zatrzymać. Widzicie? W środku tworzy się luka, pomoc Czarnolasu ustawia się za wysoko i sama prowokuje niebezpieczne sytuacje. O proszę: tu jeden, drugi. Do nich wszystkich może iść podanie. Proszę dalej. O stop, stop. Teraz Burke ma piłkę, zauważcie: ściągnął na siebie dwóch przeciwników i za chwilę położy ich zwodem. Tak, to właśnie ten moment. I tu proszę, jaki ma Burke pas startowy, niemal do samej bramki. Ale on pomyślał, widać, że to myślący chłopak. Nie pchał się na chama, podał koledze. Lynch też jak widać nie w ciemię bity, najwyżej pasem jak był niegrzeczny. Taki żarcik. No, obiegnięcie i to podanie Burkego, proszę zwrócić uwagę jak w tempo on to zrobił. W ogóle to ciekawa postać, ten Burke. Przystojniak z niego taki, się musi wszystkim podobać. I to mu pomaga na boisku. W szatni pewnie też. To widać zresztą, spójrzcie jak biega. Tak, wracając do akcji: Lynch miał tylko po tym podaniu dostawić nogę. A on nadstawił głowę i cudem skierował piłkę w bramkę. No i tu już nieważne, interwencja Pottsa. Tak. Wiemy, że mieliśmy przeanalizować dwie sytuacje. Ale aż się palimy, żeby przejść do następnych meczów, mając nadzieję, ze są równie ciekawe. A zresztą, kto by tyle czytał?

Kotwica Srebrny Róg - KS Orzel Czekany 2:2

Czego się spodziewaliśmy? Po Kotwicy się można było dotychczas spodziewać wielu rzeczy, ale na pewno nie tego, że nie przegrają spotkania. No ale przed meczem strzelec jedynego jak dotąd gola dla Kotwiczan, Radosław Rożen, powiedział że nie odpuszczą, postarają się pokazać, że nie są gorsi od innych druzyn ze stolicy Teutonii. Lubimy Rożena, ale pokiwaliśmy głowami i poszliśmy dalej. A tak przy okazji, tutaj znowu nas częstowali bekonem. Skąd oni wiedzą, że lubimy bekon? No, nieważne, w każdym razie nie tak ważne jak mecz. Nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Coś niesamowitego. Kotwica od pierwszych minut ruszyła twardo do natarcia. Co prawda, nie wychodziło im to za dobrze, wiele razy mijali się z piłką, zamiast dokładnych podań były niedokładne wybicia, ale to szczegóły. Nie będziemy się czepiać, zwłaszcza że chłopaki poczuły wyraźnie bluesa. Gracze Orła sprawiali wrażenie równie zaskoczonych jak my. Powiedzielibyśmy że byli wręcz zakłopotani, tak jakby niechcący pierdnęli w towarzystwie. W 6 minucie Kozłowski nieatakowany ściągnął koszulkę, za co otrzymał żółtą kartkę. Po meczu tłumaczył się, że oblazły go mrówki, których jednakże nie odnaleziono. W 34 minucie szczęscie uśmiechnęło się do Teutończyków. Spaniały zauważył że obrońcy kiepsko pilnują Gamonia i posłał mu dalekie, kilkudziesięciometrowe podanie. Gamoń sprytnie ominął spalonego, dobiegł do piłki i tuż przy linii pola karnego uderzył pewnie tuż obok słupka. Gracze Orła długo nie czekali z odpowiedzią - strzał życia udał się Dzikiemu, piłka z 30 metrów wpada tuż pod poprzeczką. Po początkowym szoku, gracze z Czekan zaczęli coś grać i mecz nam się wyrównał, choć i tak przewagę miała już do końca Kotwica. Nic z tej przewagi jednak nie wynikało, gdyż obie drużyny seryjnie marnowały dobre okazje. Po którejś z takich akcji piłka wyszła na rzut rożny dla Kotwicy. My wiemy, że w takiej sytuacji jednego z zawodników teutońskich nie wolno zostawić. Gracze Orła też wiedzieli, ale nieco inaczej i wszyscy kryli jednego zawodnika. Dośrodkowanie Zaworskiego i zupełnie czysty Rożen zdobywa kolejnego gola uderzając szczupakiem. Srebrnoroażanie byli zadowoleni z prowadzenia i skupili się na grze obronnej. Minimalizm się jednak mści i w 79 minucie rzut rożny dla Orła. Wrzutka Drozdowskiego, piłka spada pod nogi Dzikiemu a ten takich okazji nie marnuje. Było 2:2, a do końca obie drużyny już dotruchtały. Mecz wyrównany, mecz zacięty. Żadna jednak wielka piłka. Z takim graniem to kiepsko będzie z utrzymaniem.

Graybox Srebrny Róg - FC Zielnybor 1:1

Ten mecz także nam się podobał. I bynajmniej nie dlatego, że nie był to trzeci mecz w którym Graybox wygrywa fartem. Nie wiemy jak Wy, ale my lubimy oglądać dobrą piłkę. Dobrą to znaczy taką, która jest odpowiednio napompowana i pomalowana. Preferujemy barwy żarówiaste: jasnozielony czy jaskrawożółty. Pomarańczowy kojarzy nam się natomiast z zabawą podkładami kolejowymi tudzież pracownikami strefy płatnego postoju. Niestety, gospodarze nie wysilili się, aby dostarczyć fubolówkę w jednym z tych gustownych kolorów. Za to mają u nas kolejnego minusa. Z tych Grayboksowych minusów kiedyś zbudujemy sobie płotek. Obiecujemy. A teraz do meczu. Graybox, niestety, przeważał. Ba! Wydaje nam się, że gdyby Zielnyborzanie cichaczem opuścili boisko, nikt by tego nie zauważył. Zawodnicy Srebrnego Rogu długo utrzymywali się przy piłce, grali nią w dziada i robili różne inne, nieprzyzwoite rzeczy. Zdarzyło się nawet, że oddali jakiś strzał na bramkę Buczki, a później to powtórzyli. To wszystko jest jednak nieważne. Ważne jest to, co zdarzyło się w 30. min. Wtedy to właśnie Leniwy, brutalnie ingerując we wspomnianego wcześniej dziada, odebrał Grayboksowi piłkę i popędził z nią na ich bramkę. Rozległy się okrzyki Srebrnorożan w rodzaju: "ej, oddaj to!" i "poskarżę się prezesowi!", a część z nich rzuciła się w pogoń za szarżującym Leniwym. Ten przebiegł kilkadziesiąt metrów i fantastycznie wypuścił swojego partnera z obrony (wtedy ataku) - Wachowskiego. Wachowski zszedł na skrzydło, zacentrował a Chojeński przepięknym szczupakiem zdobył bramkę. Po zdobyciu bramki, Zielnybor cofnął się nieco, stosując aktywny pressing całej drużyny. Skutkiem tego było bardzo dużo strat po stronie Grayboksu, który nie był już w stanie, do końca pierwszej połowy, przeprowadzić żadnej składnej akcji. Efekt uboczny takiej taktyki to żółta kartka dla Żurawskiego, a po przerwie - Chytrego. W ogóle, w drugiej połowie nieco więcej się działo. Graybox atakował, a Zielnybor - kontrował. Przypominał trochę przyczajoną kobrę, która co jakiś czas próbuje uderzyć. Niestety, okazało się, że Graybox przypomina hipopotama, którego chroni twarda skóra - bramkarz. Zresztą, skojarzenie z tym sympatycznym skądinąd zwierzątkiem nie jest przypadkowe. Nie, nie dlatego, że jest ociężały, powolny i nie widzi dalej niż na kilka metrów. Po prostu również jest szary. Niewykorzystane sytuację się mszczą. Pewnie gdyby nikt nie wymyślił tego powiedzenia, Zielnybor ten mecz by wygrał. A tak, fatum, siła wyższa spowodowały, że nie wiadomo skąd, deus ex machina, w polu karnym Zielnyboru wyrósł niekryty Cierzniak. Zauważył go (jakim cudem?!) Kowalczyk i obsłużył celnym (byliśmy w szoku) podaniem. Cierzniak zamknął oczy i uderzył z czuba. Piłka poszła dokładnie w okienko, nie dając szans Buczce. Graybox do końca starał się strzelić zwycięską bramkę, ale Zielnybor ładnie się bronił i groźnie kontratakował. Niestety, wynik nie uległ już zmianie.

KKS Zamek Grodzisk - FKK Rantiochskie Krasnoludy 2:0

Nie oszukujmy się, bardzo słaby mecz. Bardzo bardzo słaby mecz. Zupełnie nie wiemy co się stało z Kransoludami, które przypominały w tym spotkaniu raczej skrzaciki. Pierwszą połowę możemy podsumować tak: "aaaaaaaaaarghhhh, powiem wszystko tylko nie każcie mi tego oglądać aaaa". Naprawdę, muszę powiedzieć że czytaliśmy skład piwa grodzkiego, który wydawał nam się ciekawszy. Hm, a czy Wy wiedzieliście ile toto ma w sobie słodu?! Nas to bardzo zaskoczyło i czujemy się oszukani. W zasadzie to samo możemy powiedzieć o meczu. Nie tego się spodziewaliśmy, przecież miał być to pojedynek drużyn grających z sercem, walecznych, nieustępliwych. No a tu takie coś. Przykre. W drugiej połowie zmieniła się jedna rzecz, krasnoludy zaczęły robić fatalne pomyłki w obronie. Mieli szczęście że Grodziszczanie nie umieli ich wykorzystać. Na trubnach za to było całkiem wesoło, krasnoludy rzucały w siebie toporami, które z radosnym brzękiem odbijały się od połyskujących w słońcu kolczug. Nawet chcieliśmy się przyłączyć, tylko że w ostatniej chwili przypomnieliśmy że żadnej zbroi nie mamy. Szkoda, tak bardzo chcieliśmy spróbować... GOL!!! - Ten okrzyk wyrwał nas z zadumań o kolczugach. Jak się okazało wreszcie ktoś pomyślał że krasnoludy mogą mieć problemy z przeskoczeniem rosłych zawodników grodziskich i bramkę głową właśnie zdobył Stanislawski. I gdy wydawało się, że w tych oto wesołych nastrojach opuścimy stadion, gdy w 87 minucie Saxholm minął się z piłką, dopadł do niej Łukasiewicz i podwyższył wynik na 2:0. Koniec. Dawno się tak nie cieszyliśmy. Naprawdę. To tak jakby... jakby... jakby... nie no, tego się nie da porównać, nigdy się tak nie cieszyliśmy jak wtedy gdy opuszczaliśmy stadion.

KS Renifery Sola - Rotor Precelkhanda 2:2

Powiedzmy to sobie szczerze: jeden z najlepszych meczów. Od dziś lubimy remisy. Na pierwszą połowę Renifery wyszły z nastawieniem, że szybko rozszarpią przeciwnika na strzępy. Już od pierwszych minut zdominowały mecz, każdy z nich biegał za dwóch. Z niedowierzaniem liczyliśmy zawodników na boisku. Wydawało się, że w Soli gra ich co najmniej dwudziestu, natomiast w Rotorze - najwyżej pięciu. Ku naszemu zdziwieniu, wszystko się zgadzało. Tak, to niewątpliwie nie było wyrównane 45 minut. Tam nie było nawet pięciu wyrównanych. Renifery z furią atakowały, a zawodnicy Precelkhandy ze strachem w oczach, wybijali piłkę daleko od własnej bramki. Jeśli nie udało się wybić - bez pardonu równali rywali z glebą. Efektem były kartki dla Emila i Manucica. Hokejowy styl gry nie przyniósł jednak Rotorowi powodzenia. Solibieda zagrał prostopadle do Lubomirskiego, źle ustawiony spalony i Lubomirski wykorzystał sytuację sam na sam z Bejanaru. Po tym golu, Rotor jakby się przecknął. Zamiast wybijać futbolówkę na oślep, zaczęła ona krążyć między nogami poszczególnych zawodników, co przyniosło skutek w postaci aż trzech strzałów. W zasadzie wyrównało to tę część statystyki. Rosiewicz był jednak w pierwszej połowie niepokonany. Na drugie 45 minut kilka Reniferów wyszło lekko się zataczając. Bardziej złośliwi mówili, że chłopcy już zaczęli opijać sukces, mniej - że tunel z szatni na boisko jest za długi i że po prostu się zmęczyli. My natomiast zastanawialiśmy się, ile jeszcze Sola zdobędzie bramek. Typowaliśmy od trzech do pięciu. A tu tylna_część_ciała blada. A my bardzo nie lubimy się mylić. Oj bardzo. Przy Rotorze stawiamy grubą krechę. Druga połowa wyglądała dokładnie odwrotnie niż pierwsza. Renifery się w panice cofnęły, natomiast Rotor atakował, wychodząc ze słusznego założenia, że i tak nie mają niczego do stracenia. U nas na prowincji mówi się czasem: "Nie pękaj". Precelkhanda, która rozpadła się na kawałeczki w pierwszej połowie, teraz jakoś się pozbierała. Natomiast Renifery były, delikatnie mówiąc, w drzazgach. Albo wiórkach. Kokosowych. Nie zazdrościliśmy w tym momencie trenerowi Soli. Wyobrażacie sobie, jak ciężko jest z paczki wiórków złożyć sprawnie działający kokos? Renifery, tak jak wcześniej Rotor, imały się wszystkich sposobów, by powstrzymać przeciwników. Efektem są aż trzy żółte kartki. Dwie z nich otrzymali napastnicy i to bynajmniej nie za faule ofensywne. Bramki przez cały czas wisiały w powietrzu (na specjalnych dźwigach). W końcu jednak Rotor sprytnie rozegrał rzut wolny, a ładnym strzałem popisał się Dinica. Trzy minuty później głupia strata w środku pola kosztowała Renifery utratę prowadzenia. W 80. minucie błąd Szarmacha i podanie Dinica wykorzystał Simina. Rotor cofnął się trochę, robiąc Soli nieco miejsca. Jednak Renifery jakby bały się piłki, rozgrywały ją krótko, głównie do tyłu i bez wiary w sukces. W końcu jednak trafiła ona do Bukowskiego. Ten, zdenerwowany nieporadnością swoją i zespołu, zdecydował się na uderzenie z dystansu i to był chyba strzał jego życia. Piłka zatrzepotała w siatce, a rozczarowanie Rotora było wręcz namacalne. Renifery znów przycisnęły, Precelkhanda kontrowała, ale nic im z tego nie wyszło. Ten mecz był jak dobry film: mnóstwo zwrotów akcji, emocje do końca i satysfakcjonujący finał. Inni mogliby się z tego spotkania wiele nauczyć, ale my nie. Przecież jesteśmy genialni i wiemy już wszystko.

SKS Wandea - SKS Podleszcz 3:0

SKS Podleszcz... co to takiego? Ano nikt inny jak Sieroty z Morveanu, najsłabszy zespół ligi, który postanowił "wraz z nową nazwą przyjdzie nowa jakość". No cóż, może mieli dobre zamiary. Ale co nasze oczy widzą? Oto i sędzia Donald Scott, powraca w glorii i chwale. Zamiast monetą rzucał banknotem stulibertowym. To prawdopodobnie był jakiś gest, może symbol ale za cholerę nie wiemy co oznaczał. Wszelkie pomysły proszę na adres redakcji posłać. Już na samym początku Vlasov poślizgnął się na śliskiej trawie [przed meczem nad stadionem przeszła burza], Scott przerwał grę i żółtą kartką ukarał zdziwonego Inoussę. Kilka minut później za zagranie ręką w środku boiska tenże kartonik otrzymał Tinubu. A na boisku wiało nudą. Sieroty z Podleszcza grały to samo co ostatnio czyli nic. Wandea natomiast nie kwapiła się jakoś do huraganowych ataków widząc bezradność przeciwnika. Już w 14 minucie po świetnie rozegranym rzucie wolnym [sam rzut wolny był z powietrza, no ale...] Chubarov wyprowadził Wandejczyków na prowadzenie. Kilka minut później nieporadne Sieroty w niegroźnej sytuacji wybiły piłkę na korner. Fatalnie jednak ustawiły krycie i Krivolov nie miał najmniejszych problemów by pokonać Maiyeguna . I tak jak się niestety obawialiśmy, mecz sie skończył pod prawie każdym względem. Prawie, bo oto Chubarov uderza w twarz łokciem Maiyeguna. Donald jednak nie ma chyba innych kartek, bo ukazuje żółć Wandejczykowi. Przemilczmy resztę meczu, która wyglądała mniej więcej tak - kop, kop, kop, kop, kop, aut/róg/aut bramkowy. Strzałów to chyba jeszcze nie wynaleźli, zwłaszcza gracze Podleszcza. Sytuacja z 63 minuty nie daje nam spokoju

Pentagram Sola - SKP Lwy Krez 4:1

Oto przed Wami ostatni mecz trzeciej kolejki. Zapewniamy, że będzie on jak wisienka zdobiąca smakowity deser. Mówienie, że deser był miejscami mało smakowity byłoby zwykłym czepialstwem, a w dodatku wisienka jest przyjemnie zaczerwieniona i pozbawiona robaków. Mecz zaczął Krez i szybko zaliczył pierwszą żółtą kartkę za próbę wymuszenia rzutu karnego w drugiej minucie spotkania. Pięć minut później było już jeden zero. Podanie Dzikiego przeciął Betz i wybił piłkę na rzut rożny. Korner ostro bił Wachowski, obrona Soli nieco się pogubiła, piłkę przejął Cierzniak i huknął pod poprzeczkę. Sola rozkręcała się powoli, a Krez w tym samym tempie zwalniał. Pentagram zaczął grać agresywnym pressingiem w obronie, czego skutkiem była kontuzja Dombrowskiego i żółta kartka Mehnerta. Skuteczny odbiór umożliwił wyprowadzanie groźnych ataków. Najpierw formę Chujeby sprawdził Hellmold, a chwilę później strzałem z dystansu pokonał go Gerber. Do końca pierwszej połowy nic się już nie wydarzyło. Wydaje nam się, że ta relacja robi się drętwa. To nie nasza wina. Jest późno, jesteśmy zmęczeni i w ogóle ciśnienie chyba spada. W dodatku mamy pewien problem z latawcem. Otóż nie wiemy, jaki wybrać sposób łączenia dwóch okrągłych listewek, o fi=4 milimetry każda. I to, nie ukrywamy, wpływa ujemnie na nasze samopoczucie i powoduje, że mniej myślimy o meczach. A no właśnie. My tu gadamy (żeby nie powiedzieć, że solimy) nie wiadomo o czym, a tam zawodnicy prężą się dzielnie. 48. minuta i znów gol, i znów dla Pentagramu. Prawym skrzydłem przedarł się Mehnert, doszedł do linii końcowej, wzdłuż niej podbiegł do słupka bramki Krezu i gdy wszyscy myśleli, że zapakuje ją w iście hokejowym stylu, ewentualnie zrobi efektowny wsad, ten jak gdyby nigdy nic odegrał do nadbiegającego Hessera i, no cóż, dwa jeden. Sola nie zwalniała. 52. minuta szarża Hessera w polu karnym, faul Krasnala i sam poszkodowany skutecznie wykonał jedenastkę. Pentagram grał z fantazją, zawodnicy Krezu wyglądali jak swoje własne cienie, upiory snujące się po boisku i próbujące straszyć tych i owych. Krez został dobity przez duet Mehnert-Hesser. Pierwszy wspaniale podał za plecy obrońców Lwów, a drugi nie miał problemów z pokonaniem Chujeby i zaliczeniem pierwszego hat-tricka w SLP. Brawa dla obu. Cóż można rzec? Krez został kompletnie rozbity, starty w puch, zanihilowany. Przegrał w zupełnie niekrólewskim stylu. Za to Pentagram... No, no. Był to ich chyba najlepszy mecz w tym sezonie. A jeżeli nie i miałyby być lepsze, to... klękajcie narody!

--
Pozdrawiamy,
Redkacja Piłki do Drewna.

metadane
autor: Rittermeister&Smok (Timios Kiechajas i Przemysław Figiel)
opublikowano: 2006.06.30 link: LDKS