Korsarze

Wschodzące słońce zalało blaskiem seledynowe wody oceanu, rozpruwane dziobem potężnego sarmackiego galeonu „Święty Medard”. Silny, południowy wiatr nadymał żagle okrętu wyładowanego po brzegi krzepkim rumem mandragorowym z Sułtanatu Precelkhandy. (W każdym razie, galeon BYŁ wyładowany rumem po brzegi, kiedy statek wyruszał z portu w Precelkhandzie – obecnie na „Świętym Medardzie” pozostało tylko kilka butelek trunku, a rejs, jak można się domyślić, był wesoły.)

Załoga raźno krzątała się po okręcie, obijając się od czasu do czasu o puste butelki, a sternik między chrapnięciami korygował kurs galeonu, dążąc do pierwszego w historii sarmackiej żeglugi przepłynięcia zygzakiem całej trasy Precelkhanda-Sola. Gdzieś w oddali za statkiem można było jeszcze dostrzec Wyspę Roberta Janusza – nazwa tego skrawka lądu została wymyślona przed chwilą przez majtka z bocianiego gniazda, a wzięła się od imion bosmana „Świętego Medarda”, który bezskutecznie usiłował zaprowadzić na statku dyscyplinę i został na owej wyspie zostawiony przez marynarzy wieczorem dnia poprzedniego.

W ten sposób czas do godziny jedenastej przed południem upłynął Sarmatom na leczeniu kaca i płynięciu zygzakiem na północ. Gdy już większość załogi była w stanie używalności, Mikołaj Piotr, z woli Boga i Ludu kapitan „Świętego Medarda”, nakazał zwołać załogę na posiłek. Jak codziennie podczas tego rejsu marynarzom podano makaron z rumem i rum na popitkę, a potem zwyczajowo urządzono zawody w przeciąganiu makaronu.

Sielankę przerwał dopiero po południu okrzyk majtka z bocianiego gniazda.

Kapitan Armin wybuchnął na widok sarmackiego galeonu okrutnym śmiechem, przytupując sobie do taktu drewnianą nogą. Zawtórowała mu siedząca na ramieniu papuga oraz załoga składająca się z barbarzyńskich, czarnowłosych i czarnookich Scholandczyków. Bryg „Wyzysk”, owoc pracy setek niewykwalifikowanych robotników ciemiężonych w stoczniach Królestwa Scholandii, powoli i nieubłaganie doganiał „Świętego Medarda”. Korsarze zabijali czas oczekiwania ostrząc szable, rychtując działa i zacierając ręce na myśl o nieszczęsnych sarmackich żeglarzach.

Tymczasem kapitan Armin pod pokładem torturował bosmana Roberta Janusza, porwanego wczesnym rankiem ze swojej wyspy.

Im dłużej korsarz nalegał, tym bardziej Robert Janusz nie chciał nic powiedzieć. Sprytny plan Scholandczyka, by dowiedzieć się o słabościach „Świętego Medarda”, a następnie je wykorzystać, spalił więc na panewce. Zostawało mu tylko jedno – klasyczny, staroświecki abordaż, poprzedzony ostrzałem z dział.


Mikołaj Piotr, z woli Boga i Ludu kapitan „Świętego Medarda”, podjął decyzję.

Nadszedł czas ostatecznej rozprawy. „Święty Medard” i „Wyzysk” zwróciły się sobie burtami i wypaliły z dział. Kule zgruchotały burty i zmasakrowały załogi, jednak tym, co przeważyło szale bitwy, było potłuczenie całej skrzynki rumu na „Świętym Medardzie” przez scholandzki pocisk. Oszalała ze wściekłości załoga sarmackiego galeonu sczepiła ze sobą okręty i rzuciła się do abordażu, mimo protestów korsarzy, uważających, że to oni powinni zaatakować Sarmatów, a nie Sarmaci ich. Na pokładzie „Wyzysku” rozgorzała gwałtowna walka. Szczęk szabel i huk samopałów wypełnił powietrze. Trup ścielił się gęsto po obu stronach, a liczebność korsarzy równoważyła bojowy szał Sarmatów.

Szczególne spustoszenie wśród obu załóg siali kapitanowie statków. Prędzej czy później musiało dojść do ich spotkania, i tak też się stało. Stary miecz zakonny, którym przodek kapitana Mikołaja Piotra ściął głowy trzech ostatnich Leblandczyków za jednym zamachem, zderzył się ze szczękiem z legendarnym mieczem elfiej roboty, Aragornem, dzierżonym przez kapitana Armina. Pchnięcia spotykały się z zastawami, szerokie cięcia z unikami. Każdy z wodzów w skupieniu próbował przełamać obronę drugiego. W końcu jednak szabelka kapitana Armina nie wytrzymała parady potężnego brzeszczotu Sarmaty i z trzaskiem pękła, a w chwilę później głowa korsarza spadła na pokład razem z głowami dwóch innych Scholandczyków, którzy napatoczyli się pod miecz Mikołaja Piotra. W tym momencie upadł duch w dzikiej, korsarskiej załodze. Jak na komendę wszyscy, którzy dotąd przeżyli, złożyli broń. Kapitan Mikołaj Piotr łaskawie kazał ich wrzucić do morza, a „Wyzysk” zatopić.

Następnie „Święty Medard” ruszył w dalszą drogę, a załoga świętowała zwycięstwo przy rumie i makaronie...

Metadane
Autor: Takaris Altharin
Data: 18 sierpnia 2006 r.
Link: wandea