PdD1.4

SKS Srebrny Róg - KS Wandea 2:2

Na pewno czytaliście krążący po Sieci poradnik dla nowicjuszy na siłowni. Punkt pierwszy mówi, że należy wybrać największego kafara na sali i dać mu w mordę. I modlić się, żeby nie wstał. A to po to, by pokazać, że nie damy się zastraszyć i ogólnie, kto tu rządzi (mówię oczywiście o dawaniu w mordę, modlitwa jest opcjonalna, jak poduszki powietrzne w samochodach niskobudżetowych i podobnie nieznacznie zwiększa szansę przeżycia przy uderzeniu). W zasadzie porada ta w naszym przypadku okazała się skuteczna (złamana szczęka to wszak nie tak wiele) i oczekiwaliśmy, że Wandea zastosuje zagrywkę w podobnym stylu, bo przecież większy kafar jej się raczej nie trafi. Tymczasem Wandowie dali się ponieść emocjom, konkretnie instynktowi samozachowawczemu i wyszli na mecz wystraszeni, biegając półgębkiem i ogólnie symulując nieobecność. O dziwo, Srebrnorożanie dali się nabrać i grali tak, jakby byli na treningu. Co jakiś czas dostawali jednak ciosy z nikąd. W 7. minucie, jak diabeł z pudełka, zza kępy trawy wyskoczył Dasaev i brutalnie skosił Męczywora, za co trzymał żółtą kartkę. Wykrycie przeciwników w obrębie boiska nieco rozruszało Srebrny Róg. Chłopcy postanowili postrzelać na bramkę. W 13. minucie nadarzyła się wreszcie okazja. Kolejny partyzancki faul tym razem Tsarova spowodował, że sędzia podyktował rzut wolny. Moczygęba ładnie wrzucił piłkę w pole karne, a tam Polański po prostu dostawił nogę. Po golu połowa SKS-u potruchtała w stronę trybun, rozdawać autografy, pozostali bawili się piłką. Wandowie cały czas usypiali wroga swoją nieobecnością. W takiej atmosferze upłynęła pierwsza połowa. O, przepraszamy, zapomnielibyśmy! Wandea oddała jeden strzał na bramkę Srebrnego Rogu, po tym jak przyczajony w trawie Krivolov wyskoczył znienacka (pszczoła go ugryzła), a odbita od niego piłka trafiła wprost w Cielenckiego. W drugiej połowie w Wandach obudził się duch Rewolucji. Wyszli na boisko z nożami (plastykowymi) w zębach, maskującym kamuflażu, gałązkach we włosach i z pieśnią na ustach. Teutończycy wyraźnie zbledli i nerwowo przełykali ślinę. W tym miejscu chcielibyśmy zdementować pogłoski, że Wandowie na treningach poznają tajniki sztuki zabijania gołymi rękami. Chcielibyśmy, ale nie możemy, bo nie mamy na ten temat żadnych informacji. Tak jak się spodziewaliśmy, Wandea w drugiej połowie była kapitalna. Te kiwki, te zwody, ach! No dobra, żartujemy. To zawodnicy Srebrnego Rogu mieli nogi jak z ołowiu. Betonowe buciki można rzec. To spowodowało, że 57. minucie Wandea właściwie bez wysiłku podeszła pod pole karne SKS-u. Strzał z dystansu Vlasova obronił Cielencki, ale wobec bezbłednie wykonanego rogu Dasaeva i strzału Rukhadze był już bezradny. W 62 minucie SKS w końcu włączył się do gry, czego zwiastunem był strzał Kołaczkowskiego. Trzy minuty później strzałem z dystansu piłkę w siatce umieścił Brożek. Wandea nie pozostała dłużna i minutę później przeprowadziła akcję, będącą kopią pierwszej bramki. I w ten sposób uzyskała wyrównanie, które utrzymało się już do końca, pomimo ataków tak jednych, jak i drugich.

Kotwica Srebrny Róg - Graybox Srebrny Róg 1:1

Czasem w życiu nadchodzą wydarzenia, których za cholerę się nie rozumie. Normalnie się to zostawia i przemyśliwuje nad tym w wolnej chwili. My nie mogliśmy bo przecież musieliśmy Wam opisać to spotkanie. Do rzeczy, jak rzecze nasz znajomy szatniarz. Obie drużyny grały wcale niezłą piłkę. Były akcje, były ładne zagrania w defensywie, były samotne rajdy po skrzydle, były dokładne [nawet, nawet] podania. To o co nam chodzi? Heh, wyobraźcie sobie taką sytuację. Młody pacyfista spotyka niedowidzącego weterana z 'Namu. I takim oto ich spotkaniem był właśnie ten mecz. Młodzieńcem była Kotwica, która grała szybko, z werwą i nie oszczędzała sił. Tylko że co z tego, skoro pacyfista nie strzela? Kilkakrotnie byliśmy świadkami sytuacji gdy napastnicy Kotwicy pięknie przedzierając się przez zasieki obronne Szarych Pudełek stawali przed bramkarzem i pozwalali sobie zabierać piłkę. Inna rzecz była z Grayboxem. Weteran jak to weteran - grali mądrze, szanowali piłkę, atakiem pozycyjnym starali się rozbić rywala. I kilkakrotnie im się to udało, ale jako że weteran niedowidział to fatalnie pudłowali w nieprawdopodobnych okolicznościach, nawet z rzutu karnego. Śmiemy twierdzić, że obie drużyny mogły zdobyć w tym meczu z 5 bramek. W tym miejscu nasza logika się nieco załamuje, bo oto w 77 minucie ślepy weteran zdobył bramkę z 47 metrów strzałem, którego się nie da opisać. Trzeba było tam być, Kuciapa huknął, piłka poleciała w górę... i zaczęła spadać. Spadła prosto w okienko bramki Kotwicy. Bramkarz starał się ją piąstkować, ale na staraniach się skończyło. Stadion umilkł. Jednakże wiadomo, że drażnienie pacyfistów źle się kończy. I oto piękne podanie na dobieg do Rożena, ten dopada do piłki i z zimną krwią pokonuje Kucharska. Do końca spotkania rezultat zmianie nie uległ, ale my byliśmy i tak pod wrażeniem. Pal licho sam mecz, [mimo że w zasadzie był bardzo dobry] ale to że bramki zadały kłam temu co oba zespoły prezentowały podczas całego pojedynku jest co najmniej zastanawiające. Aha, morał by się jeszcze przydał. Weterani powinni być pacyfistami, a młodzi iść do wojska. Tak, myślimy że to by było niezłe.

RTS Dynamo Czekany - SS Zielnybor 4:1

Nie mamy pomysłu na relację z tego meczu. Przeraża nas konieczność opisania aż pięciu bramek. Tym bardziej, że naszym zdaniem nie są one warte opisywania (przynajmniej nie wszystkie). W dodatku zachodzimy w głowę, jakim cudem Zielnybor, najnudniejszy zespół ligi, mając taką przewagę na boisku, przegrał w takim stylu. Z drugiej strony, zastanawiamy się, jak Dynamo może grać (i wygrywać) grając praktycznie bez drugiej linii. Bo trzech zawodników przeciwko pięciu Zielnyboru to, no cóż... Nieco za mało. Goście grali typową, krótką piłką, długo rozgrywając atak pozycyjny. Jest tylko jeden problem: nikt im nie powiedział, jak to się robi. A właściwie powiedział tylko w połowie. Grę na swojej części mają bowiem obcykaną całkiem nieźle, ale gdy przychodzi przenieść się pod pole karne przeciwnika... Żal patrzeć. Gospodarze z kolei liczyli na kontry, przechwyty w ataku (trzech napastników) i długie piłki na dobieg. W 25. min ich taktyka przyniosła efekty. Crane zagrał ponad trzydziestometrowe podanie na skrzydło, tam dopadł do niej Hegarty i zagrał na nogę Dermota, który zapakował futbolówkę strzałem po ziemi. Teraz chwila dla naszego sponsora. Otóż nie ma takowego. Piszemy dla Was całkowicie charytatywnie, tylko po to byście mogli dowiedzieć się, co tak naprawdę dzieje się na boiskach. Wszelkie oświadczenia różnych klubów są, oczywiście stronnicze. Tylko mu oferujemy bezstronne złośliwości na najwyższym poziomie. Dziękujemy za uwagę. Przenieśmy się nieco w czasie, do 50. minuty. Wtedy to po raz kolejny, tym razem głową, Yakuba pokonał Dermot. Dynamo było na fali, grało z dużą lekkością, podczas gdy Zielnybor zupełnie się zagubił. Nadal próbował grać swoje, ale prostopadłe podania na Rhawiego, jedynego napastnika, były albo niecelne, albo przechwytywane. 8 minut po pierwszej bramce, Ninevah podał (nie bójmy się tego słowa) do Shea, ten wypuścił uciekającego Burke'a, który przeskoczył z piłką nad rozpaczliwie interweniującym Yakubem, podrzucił sobie futbolówkę i strącił głową do pustej bramki. Zielnybor ośmieszony. Dziesięciu minut potrzebowały Czekany żeby strzelić czwartą bramkę. Znów długie podanie, tym razem Crane'a, sędzia dobrze zauważył, że Kha opierał się w wyskoku o Tetznera i wskazał na jedenasty metr. Karnego wyegzekwował Athlone. W 90. minucie padła bramka-kuriozum dla Zielnyboru. Yakub wykonywał rzut bramkowy, podał krótko do Kha, a ten, widząc, że Rosslare jest odwrócony tyłem (podobno komórka mu dzwoniła) strzelił... i trafił. I premia za czyste konto dla bramkarza poszła się... kochać.

KS Orzel Czekany - Pentagram Sola 1:3

Ten mecz zapowiadał się wielce interesująco. Pentagram w ostatnim swoim spotkaniu pokazał na co go stać prezentując, przyznajmy, całkiem przyjemną dla oka grę. Orzeł natomiast musiał zacząć wreszcie wygrywać - środek ligowej tabeli nie jest szczytem marzeń ani prezesa klubu ani kibiców. Początek spotkania i dość pasywna gra obu zespołów. Już w 3 minucie za brzydki faul kartką ukarany został Eckel. Stopniowo jednak rosła przewaga gości, którzy zaczęli dominować zarówno w środku pola jak i na skrzydłach. Orzel staral się ogryzać kontratakami ale albo fatalnie pudłował Dziki, albo świetnie bronił Blücker. Tymczasem kolejne akcje Solańczyków siały popłoch w szeregach graczy z Czekan - Hellmoldowi jednak brakowało troszeczkę precyzji. Na bramkę musieliśmy czekać do 37 minuty, kiedy koronkowa akcja Pentagramu została wykończona strzałem z 6 metrów przez Hessera. Bramka jednak nie zmieniała oblicza spotkania, ciągle atakował Pentagram - bardzo groźnie było zwłaszcza pod koniec pierwszej połowy gdy Buregaardisch solową akcją wkręcił w ziemię obrońców Czekan i strzałem z ostrego kąta wcisnął piłkę do siatki, sędzia jednak dopatrzyl się spalonego, a głosno protestującego Hellmolda ukarał żółtą kartką i zakończył pierwszą połowę. Kibice Orła byli niepocieszeni, Pentagram górował wyraźnie nad ich ulubieńcami, momentami widać było tę bezsilną złość i frustrację piłkarzy, którzy po prostu nie byli w stanie nawiązać walki z dużo lepiej dysponowanym rywalem. Na drugą połowę jednak wyszli zmobilizowani i starali się zaatakować. Rezultat przyszedł nadspodziewanie szybko - dobre podanie ze skrzydła Mariusza i O'Connor strzela głową między nogami bramkarza Solańczyków. "Oho, wreszcie coś się zaczyna dziać - pomyślała część z nas [druga w tym czasie łapała motyle]. Ta bramka rozjuszyla Pentagram, który począł atakować z furią bramkę przeciwnika. Doskonale na skrzydle grał Sieben, co pokazał w 57 minucie. Najpierw wypuścił Hessera w uliczkę, potem świetnie mu się wystawił, przyjął podanie, strzelił... i tylko rzut rożny. Ale oto obrończy Czekan nie dopilnowali właśnie Siebena który otrzymał podanie po kornerze i strzelił pod poprzeczkę z najblizszej odległości. Gracze Orła starali sie szybko wyrównać, dobra akcja zakończyła się strzałem z 10 metrów Kupki, który jednak był raczej podaniem w stronę bramkarza. Blücker wykopuje piłkę, trafia ona do Hessera, który popędził w stronę pola karnego gospodarzy - został jednak sfaulowany na 20 metrze. Rzut wolny wykonywał Sieben wstrzeliwując piłkę na wolne pole, dopadł do niej Riesling i ustalił wynik spotkania na 3:1. Gracze z Czekan nie mieli już wiary w zwycięstwo, a Pentagram spokojnie kontrolował spotkanie już do końca. Mecz był całkiem ciekawy - Pentagram z taką grą jest kandydatem do tytułu mistrzowskiego, a Orzeł musi coś zmienić w grze , gdyż z pewnością nie takich wyników oczekiwali kibice.

SKP Lwy Krez - FC Czarnolas 1:0

To, że musimy oglądać takie mecze jest dobitnym i niepodważalnym dowodem na istnienie Istoty Wyższej. Nasza obecność na stadionie jest namacalnym świadectwem, że ktoś na górze musi nas strasznie nie lubić. Chyba jednak i Ją ruszyło sumienie, bo zesłała nam całą jedną bramkę. Dzięki temu nie tylko na całe trzydzieści sekund przestaliśmy się nudzić, ale przede wszystkim możemy napisać relację dłuższą niż: "SKP Lwy Krez - FC Czarnolas 1:0". Tylko jak to zrobić? Na początek opowiemy Wam bajkę. Za górami, za lasami, za siedmioma dolinami żył Smok. Smok, jak to Smok, ani mały, ani dobry, pożerał dziewice, czasem owce i obrastał tłuszczem. Czasem sfajczył jakiegoś rycerza, bo za zabicie Smoka obiecane było pół księżniczki i królestwo. Sielanka. Dnia pewnego przybył do niego pewien człowieczek. Czemu Smok go od razu nie sfajczył - trudno powiedzieć. Widać miał zaćmienie swojego wielkiego umysłu. W każdym razie człowieczek zaproponował ekstra posiłek - 22 sztuki najsmaczniejszego mięsa. Smok się zgodził i takim sposobem obaj znaleźli się na stadionie w Krezie. Patrzyli i patrzyli, aż Smok umarł z nudów, a człowieczek dostał obiecaną nagrodę. I jest to chyba jedyna osoba zadowolona z tego meczu. Dobra, następny mecz... E-e... Chwila. 21. minuta. Ściera podaje w polu karnym do Cierzniaka. Ten strzela. Gol. Co za szmata. [nie szmata tylko ściera - dopisek drugiej części redakcji] Do końca przewaga Lwów, przynajmniej w posiadaniu piłki. Poza tym nic się nie dzieje. A wracając ze stadionu - zmokliśmy.

Rotor Precelkhanda - FKK Rantiochskie Krasnoludy 0:1

Dlaczego? Dlaczego musieliśmy to oglądać? Przecież ktoś z nas mógł kupić chipsy, piwo, orzeszki, pójść do wypożyczalni po film i mogliśmy się dobrze bawić. Mamy jednak widać podświadome skłonności masochistyczne. Z drugiej strony piłkarze torturowali widzów z biegłością przebijającą hiszpańską inkwizycję. Dodatkowo mieli naprawdę tępe narzędzia. Ale to ich nie zrażało. Mecz można porównać mniej więcej do [czytelnicy o słabszych nerwach proszeni są o pominięcie tego zdania] krojenia klatki piersiowej aluminiową łyżką. Hm, myślicie, że przesadzamy i że mecz nie był taki zły. Uwierzcie nam, chcielibyśmy nie mieć racji. Na domiar złego, wpisy meczowe w zasadzie kończą się na jedenastej minucie kiedy to Krasnoludom jakimś cudem udało się zdobyć bramkę. Potem w spotkaniu nie działo się absolutnie nic. Ale, jako że głupio tak wcześnie kończyć, przytoczę rozmowę między nami podczas oglądania tego "meczu":

[16 minuta spotkania] PdD1: Stary, chodźmy spać... nie ma sensu, i tak się nic nie wydarzy, mówię Ci...
PdD2: No wiesz, nie jestem na tyle znudzony żeby już ot tak iść spać.
PdD1: Ależe jesteś.
(minutę później)
PdD2: Jestem. Idziemy spać.

Niestety, nie mieliśmy szans się zdrzemnąć bo chwilę później krasnoludy zaczęły rzucać toporami i niezbędne było salwowanie się ucieczką. Piłkarzom obu zespołów władzie ligi powinny zafundować leczenie w psychiatryku. Te sadystyczne zboczenia naprawdę są chore. Biedni kibice. Biedni my.

SKS Podleszcz - KS Renifery Sola 2:4

Jeeeeeest! Jeeeeeeeeeeeeeeeeeeeest! Nareszcie się doczekaliśmy! W końcu Sieroty (przepraszamy - Podleszcze) odniosły sukces! Strzeliły bramkę! I to nawet dwa razy! Ostatnio spotykają nas bardzo dziwne przypadki. A to zdążymy na autobus, a to właściwie wskażemy komuś drogę, a to przypadkiem kupimy kwiaty i przypadkiem okaże się, że trafimy w jakieś ważne święto... Wieszczymy, że koniec świata jest bliski. A teraz jeszcze Sieroty strzelają bramkę. Dwie. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy słów paru nie poświęcili nowej nazwie Sierotek. Przyczyny zmiany miana są dla nas tajemnicze, mamy jednak podejrzenie, że wraz z nowym napisem na koszulce miała przyjść nowa jakość gry, niedoczekanie... Inna hipoteza mówi, że nie ma mowy o zmianie nazwy, a jedynie o delikatnym liftingu. Nie zapominajmy, że pod leszcz to jeszcze gorszy leszcz niż leszcz. Czyli sierota taka, po prostu. My, w ramach walki o pamięć narodową, używać będziemy nadal historycznej nazwy klubu, na równi z dzisiejszą. W ten sposób damy wyraz naszej patriotycznej postawie, manifestując niezgodę na fałszowanie naszej przeszłości. A poza tym zawsze to jeden synonim więcej... Mecz rozpoczął sędzia Grüber, który swym małym czołgiem wjechał niemal na płytę boiska, czym wzbudził entuzjazm wśród widzów. Gwizdnął i... kopary nam opadły, bo oto Sieroty w natarciu! Obrona Reniferów w ostatniej chwili zdjęła piłkę z nogi Waitowi, który właśnie składał się do strzału z sześciu metrów. Wieszczymy po raz drugi: koniec świata jest bliski! Co ciekawe, Pod-Leszcze nie zwalniały, a oszołomione celnością podań Renifery (nie tylko one zresztą czuły się tak, jakby je ktoś zaszedł od tyłu z dużym drągiem) nie za bardzo przeszkadzały SKS-owi w konstruowaniu akcji. No i w 15. min skończyło się to dla nich stratą bramki. Dobrze rozegrany atak pozycyjny, podanie na wolne pole do Folo, ten spokojnie przymierzył i technicznym (Sierota! technicznym!) strzałem pokonał Rosiewicza. Takiego szału radości nie widzieliśmy jeszcze na żadnym stadionie. Polał się szampan (bezalkoholowy), strzelały flesze, rozdawano watę cukrową i orzeszki. Feta jednak nie trwała długo, bo Sieroty przestały się wygłupiać i przeszły do swojej tradycyjnej taktyki, która przyniosła im w tym sezonie tak rewelacyjny bilans (3, a teraz już 4 porażki). Renifery, ośmielone nieco przez oddanie pola przez Pod-Leszczy, postanowiły skonstruować własną, składną akcję. Pomysł na nią pojawił się w ich głowach dopiero w 29. min, kiedy to ze skrzydła dośrodkował Fafiński, piłkę, wygrywając pojedynek z bramkarzem, przedłużył Bukowski, a do pustej bramki trafił Lubomirski. Był to pierwszy celny strzał Reniferów na bramkę Pod-Leszczy. Obie drużyny oddały w sumie po dwa. W drugiej połowie było nieco więcej bramek, ale to głównie zasługa bramkarzy. Puszczać takie szmaty w takich meczach... Panowie... Szczególnie Maiyegun grał tak, jakby mu ktoś skleił rękawice. Sierotki znów zagrały z zębem, stawiając czoła Reniferom jak równym sobie. Było dużo walki w środku pola, żadna ze stron nie mogła wypracować sobie przewagi. W końcu jednak kontra Soli (to znaczy, że wcześniej był atak Pod-Leszczy!) przyniosła jej bramkę. Nawet niezłą, indywidualną akcję Solibiedy wykończył Bukowski. Wtedy z Sierot zeszło powietrze. Solańczycy grali swoje, trzy minuty po drugiej bramce wykonywali rzut rożny. Krajewski ciekawie wykonał korner, podając tuż przed pole karne, a Grubski huknął jak z armaty. Piłka odbiła się od słupka, rękawicy Maiyeguna i wpadła do siatki. Renifery długo dziękowali bramkarzowi Pod-Leszczy. Sieroty nadal grały bez przekonania, ale jedna z ich niemrawych akcji przyniosła im gola (Sierotom, rozumiecie? Bo my nie do końca...). Moseiyo zacentrował ze skrzydła, celując w największy tłok na polu karnym, tam najlepiej znalazł się Goitom, który z bliska wepchnął piłkę do bramki, między nogami Rosiewicza... Znów lał się szampan, były orzeszki... Święta nie zakłóciła nawet czwarta bramka dla Soli, zdobyta przez Bukowskiego.

FC Zielnybor - KKS Zamek Grodzisk 2:2

Optymiści o takich spotkaniach mówią, że są wyrównane i zacięte. Pesymiści, że są słabe i kiepskie. Realiści na mecze piłki nożnej nie chodzą. A my poszliśmy. Jesteśmy dziwni, wiemy, ale to spotkanie było dziwniejsze. Po meczu stwierdzamy, że był idealnie wyrównany. Był także słaby. Dlaczego? Czytajcie dalej. Otóż, obie drużny grały bardzo podobnie - systemem 4-4-2. A jak wiadomo, jak się gra tą samą taktyką, to wygrywa drużyna która będzie bardziej waleczna i zażarta lub opanowana i spokojna. No i tu leży kukuł pogrzebany. Walecznością wykazał się Zamek Grodzisk. Dwa razy. Zażartością popisali się gracze FC Zielnybor. Również dwukrotnie. Za to spokoju były w tym meczu tysiąckroć więcej niż potu zawodników. Ale po kolei, jak to mawiał nasz znajomy maszynista. W pierwszej połowie Zielnybor ograniczył się do taranowania Grodziszczan gdy ci zapuszczali się zbyt bliski ich pola karnego oraz wymieniania piłek między poszczególnymi formacjami. Jak nietrudno się domyśleć Grodziczanie w tym czasie starali się przejmować piłkę, a gdy im to się udawało, to starali się podejść pod pole karne rywali. Nawet przez chwilę byliśmy pod wrażeniem faktu, że są w stanie przez 40 minut robić dokładnie to samo. Część z nas dostrzegła nawet pewien powtarzający się schemat akcji [druga część w tym czasie targowała się o hot-dogi]. Jednym słowem totalna, wzajemna neutralizacja. Żeby nie powiedzieć, że druga połowa wyglądała tak samo, to powiemy, że drużny zamieniły się rolami. Z tym, że zauważyliśmy aż trzy wyłamania się ze schematu. Fachowo nazywa się je golami, nie będziemy się wyłamywać. Z kolei nie mamy zamiaru tracić czasu i opisywać akcje bramkowe, bo były identyczne jak niebramkowe tylko nie zaskakiwał jeden element misternej układnki obu zespołów [najczęśćiej faul bądź wybicie]. Hm, pod koniec meczu wyłamaliśmy się i zaczęliśmy filrtować z panią od hot-dogów. Okazało się, że jej odpowiedzi także są schematyczne i powtarzające się. Nie oglądając się, pospiesznie opuściliśmy stadion.

--
Pozdrawiamy,
zadowolona redakcja PdD.

metadane
autor: Rittermeister&Smok (Timios Kiechajas i Przemysław Figiel)
opublikowano: 2006.08.02 link: LDKS