Ab Ovo 12
nr 12 z dnia 11 maja 2003 roku
Spis treści:
- W ramach wstępu
- Fakty i mity
- Felieton
- Hyde Park
- Sensacje
- Reportaż
- Mirabile Dictu
- Przegląd Prasy
- OBOCAO
W ramach wstępu
Drodzy czytelnicy, życie w państwie wirtualnym ciągle mnie zaskakuje, ten wstępniak pierwotnie mówił o czymś innym, uznałem jednak, w myśl zasady „cudze chwalicie, swojego nie znacie”, że nie ma sensu pisać o idiotyzmach zagranicznych, kiedy własnych mamy pod dostatkiem. Do tego wniosku doszedłem przed chwilą, gdy już przestałem tarzać się ze śmiechu i wstałem z podłogi. Powodem mojej nagłej radości, a także niestety smutnych refleksji nie był, jak to przeważnie bywa, mocny trunek. Do tego stanu doprowadziły mnie ostatnie wynurzenia nowej sarmackiej klasy politycznej. Nie chcę wymieniać tutaj nazwisk i przytaczać cytatów, jednak programy polityczne, sposób konstruowania myśli i wypowiadania poglądów oraz powalająca logika Panów Polityków śmieszy, tumani, przestrasza. W tym miejscu chylę czoła przed Jedynym Żebrakiem Księstwa, oraz wszystkimi wartościowymi jednostkami, które Sarmację już opuściły, kretynizm, który w naszym państwie zatacza coraz szersze kręgi, doskonale pokazuje jak bardzo Was tutaj brakuje. „Straszna rzecz! Ci giną, wy wyjeżdżacie, Któż tu w końcu zostanie?”
Na szczęście smutny nastrój nie wpłynął znacząco na „Ab Ovo”, numer dwunasty przynosi nową jakość, redaktor Michas, chwilowo scholandzki więzień polityczny na stałe wrósł się w kształt tygodnika i strach pomyśleć, co by było bez niego, ponadto wykorzystałem moje wątpliwe zdolności literackie w celu spłodzenia opowiadania w realiach sarmackich, pierwsza część jest mierna, zdaje sobie z tego sprawę, ale mam głęboką nadzieję że stać mnie na więcej ;-). Ruszył także, po drobnych problemach technicznych OBOCAO, co to takiego? Zapraszam do lektury „Ab Ovo”.
Mirthandil
Fakty i mity
motto: "Fama crescit eundo" - Wergiliusz
Cytat tygodnia: "Bywają dwa rodzaje ministrów finansów: jedni odchodzą w hańbie, a drudzy - we właściwym czasie." - James Callaghan.
Na początek wiadomość smutna, ale z całą pewnością w minionym tygodniu najważniejsza. Z Księstwa Sarmacji, odszedł jedyny żebrak Sz. P. Incisive. Odeszła jedna z niewielu osób, która nie wadziła się z nikim, osoba której odejście sprawiło przykrość nam wszystkim. Strata z całą pewnością niepowetowana. Sztandar wyprowadzić!
Scholandzka rewolucja odbiła się echem w bratniej Sarmacji, ambasador dementował, Front Ludowy demonstrował, a wieziony Kniaź Pieczeni W Sosie apelował o pomoc. Ambasada go olała, po raz kolejny potwierdzając, że geszefciarskie interesy są dla sarmackiej power&glory ważniejsze niż zdrowy rozsądek połączony z poczuciem humoru.
Nasz ulubiony poseł niesie dobrą nowinę: „Można się spodziewać, że w przyszłym tygodniu ministerstwo będzie pracować w bardzo ograniczonym stopniu”, niestety to tylko próba zamydlenia oczu królikom doświadczalnym reformy finansów. Minister uraczył nas kilkoma rozkosznie głupimi pomysłami. Naszą uwagę zwrócił tylko jeden, widocznie naprawdę do wszystkiego można się przyzwyczaić. Pomysł ów dotyczy przygotowania zleconego przez MKiS koszyka cen, który za sprawą naszego ulubionego posła omal nie stał się urzędową regulacją cen, a z całą pewnością jest rządową kryptoreklamą.
Nowe miasto, o którym pisaliśmy w poprzednim numerze, zostało już, decyzją Księcia ulokowane. Złote Wybrzeże jest jednym z najpiękniejszych zakątków Sarmacji, zapewne powstaną tam dziesiątki zakładowych kurortów, kto wie, może i redakcja Ab Ovo założy tam ośrodek pracy twórczej z zimnym piwem, gorącymi kobietami i granatowym atramentem. Zapisy u naczelnego. Dla pierwszych pięciu redaktorów strój bikini w prezencie.
Powrócił Marcin Jordix, znany sarmacki przedsiębiorca, krętacz i drobny oszust. Cóż, nie da się ukryć, że jedynego żebraka nie zastąpi, może za to, znacząco ożywić atmosferę w Księstwie. Czym się zajmie ta obrotna jednostka w kolejnej odsłonie swojej przygody z Sarmacją? Wiemy, ale nie powiemy. Z całą pewnością nie będzie to biznes, bo drugi raz, kredytu na 5000 lt się nie dostaje, po za tym, tylko szaleniec zająłby się gospodarką, gdy u steru stoi nasz ulubiony poseł.
Minister (nie)sprawiedliwości Robert Czekański, znany antysejmita, uraczył nas swoją akcją, która jako żywo przypomina nam działalność ludowego herosa Andrzeja L, wystarczyła zamiana słowa „Balcerowicz” na „Sejm” i program gotowy, nic to, że nie ma w nim ani metody ani alternatywy, liczy się bunt, który jest ostatnio bardzo modny, także wirtualnie. Jednego nie możemy ministrowi odmówić, trzeba zaznaczyć, że przedkłada życie publiczne nad prywatę, gotowy jest poświęcić szacunek oraz sympatię v-przyjaciół, byle tylko przeforsować swój pomysł. O Sejmie czytaj także w Felietonie.
Pierwsza akcja terrorystów z Fundacji Adam zakończyła się fiaskiem. Nasz łącznik wyraźnie powtarzał, ze przed eksplozją na wyspę należy zwabić Pana X. Cóż, musieliśmy zapłacić za mało, mimo tego podkreślam, że tego typu taktyka jest mocno nieprofesjonalna. Naturalnie wszystkie ślady zostały już zatarte, odradzam próby szantażu.
Żydoliberalna mafia spod znaku SKL działa i ma się dobrze. W chwili obecnej podejrzewana jest o zamach terrorystyczny na komputerze socjalministra Łaskiego, mowa o przestawieniu szyku w jednym z jego kunsztownych zdań. Naiwny ten nasz ulubiony poseł, mimo że dokoła aż huczy o powiązaniach żydoliberałów z tą zbrodnią, on sam wini twórców programu The Bat!
Szykanowany przez różne środki nacisku Sejm zyskał kolejnego wroga. Antysejmityzm dotknął prawdopodobnie samego Księcia, po tym jak Wysoka Izba odrzuciła jego projekt nowelizacji ustawy o Siłach Zbrojnych. Najjaśniejszy maturzysta narodu sarmackiego w chwili obecnej, pod względem mianowania i odwoływania Hetmana Wielkiego jest zależny od Sejmu, co ciekawe, tworząc ten urząd sam ramy tej zależności określił, teraz kiedy postanowił odstawić kufel nawarzonego piwa, sejm stanął mu na drodze. Biedny ten Sejm, w starciu z Księciem jego szanse wyglądają marnie. Było nie zaczynać.
Felieton
BURŻUAZJA ANTYSEJMOWA ATAKUJE!
Michas ‘Janek Krasicki’ Winnicki
Sarmacki system władzy należy do najstabilniejszych w v-świecie. Stworzona przez Księcia konstrukcja działa w niemal niezmienionym kształcie od powstania państwa. Wczoraj pojawiła się jednak propozycja zasadniczej zmiany tego systemu. Minister Czekański, szczegółowo opisany w ostatnim numerze, zaproponował zniesienie Sejmu, którą to propozycję uzewnętrznił na stronie www.sejm-nie.sarmacja.prv.pl . Oczywiście nie byłby Minister sobą, gdyby nie dokonał delikatnego zapożyczenia- w tym wypadku grafiki autorstwa Marszałka Zielińskiego,co po ubiegło tygodniowej próbie stania się bez decyzji władz organem KPS specjalnie nie dziwi.
O mrocznych postępkach Ministra rozpisywał się nie będę- wiele już na ten temat powiedziano. Choć nie można wykluczyć jego v-przynależności do v-loży masońskiej lub innej organizacji tego typu. Biorąc pod uwagę jego wpły...ale miało być o treści programu, nie o jego Autorze.
Otóż proponuje Minister zniesienie Sejmu. W zamian, jako alternatywę, proponuje Minister nic. Nie jest to, przyznajmy, specjalnie obfita propozycja, ale cóż- zawsze jakaś jest. Nie można baronowi Czekańskiemu zarzucić w tej sytuacji czystej destrukcji. Po przeanalizowaniu zawartości jego strony ( www.sejm-nie.sarmacja.prv.pl ) nie można mu też odmówić całkowitego braku racji. Całkowicie zrozumiałe jest oburzenie Ministra na fakt niskiej produktywności Sejmu. 20 % dorobku prawnego Księstwa- to wynik niezwykle niski świadczący oczywiście także o wysokiej jakości Księcia, jakiego posiadamy. A jakość władcy do dla v-państwa kwestia niezwykle istotna, co poznać można porównując naszą Sarmację z jedną z jej sojuszniczek- nabzdyczoną i pretensjonalną jak sam jej Król.
Są oczywiście także inne zarzuty do posłów. Pan Wasilewski na ten przykład olewa sobie równo posiedzenia organu, w którym zasiada. To jednak nie jest argument przeciw organowi, a przeciw Panu Posłowi i mieć należy nadzieję, że wyborcy wezmą ten fakt pod uwagę w kolejnych wyborach zastanawiając się po 3-kroć zanim oddadzą swe głosy na Sarmacką Partię Leniwą. Przepraszam- zapomniałem o Marszałku Zielińskim, którego jako żywo leniwym nazwać nie można. Marszałek robi kawał dobrej roboty (jak dobrej, już wkrótce się przekonamy), tyle, że jako wiceminister, nie Poseł. Poseł Łaski zresztą też poszedł ‘w ministry’ i takim sposobem mamy compatibilitas w miejsce incompatibilitisu , wszystkich Posłów out zamiast wszystkich Posłów in, wreszcie Księcia prawodawcę, któremu jak tak dalej pójdzie żyłka z przemęczenia pęknie.
O ile jednak można się zgodzić z krytyką, jaką Pan Czekański wysuwa, o tyle z postulatem likwidacji Sejmu zgodzić się nie sposób. Byłoby to w mojej opinii wylaniem dziecka z kąpielą. Sejm oprócz swej funkcji prawodawczej pełni też niezwykle istotną rolę ubarwiacza szarawej czasem sarmackiej sceny politycznej. Dzięki wyborom, co jakiś czas ‘coś’ się w naszym życiu politycznym dzieje, trwają starcia, dysputy, padają nowe pomysły. Owszem, w ostatnich wyborach tak nie było, zainteresowanie nimi było nikłe, ale od tego czasu troszkę wody w Narwi upłynęło, czyż nie? Pojawiło się kilka nowych Partii, bojowi liderzy (Panowie Gloniasz i Avistak toczą brawurową walkę na liście już od dłuższego czasu- cóż to będzie w wyborach!) ,jednym słowem życie polityczne zdąża ku ożywieniu! W najbliższych wyborach można się zatem spodziewać emocji i sporej frekwencji. Bez walki wyborczej, jaka łączy się z istnieniem Sejmu, w polityce sarmackiej zrobi się po prostu nudno.
Konieczne są reformy- wydaje się, że reformy nieskomplikowane. Przede wszystkim ABSOLUTNY zakaz łączenia stanowisk rządowych z poselskimi. Poseł powinien koncentrować się wyłącznie na pracy parlamentarnej. Po drugie- wprowadzenie instytucji Premiera. Byłby on powoływany przez Sejm na wniosek Księcia i po każdych wyborach do Sejmu jego działalność byłaby weryfikowana w drodze sejmowego głosowania nad absolutorium. W razie jego nieuzyskana konieczne byłoby wyłonienie nowego Premiera. Konieczne jest też wyznaczenie stałych dni pracy Sejmu i obowiązku obecności na posiedzeniach. Może i coś jeszcze, ale w końcu ja tu jestem od rewolucji a nie od myślenia- niech więc mądre głowy myślą, a ja potem skrytykuję.
Hyde Park
motto: non in solo pane vivit homo
W bieżącym Hyde Parku, obok tradycyjnego skeczu z cyklu „Łatający Cyrk Monty Pythona”, prezentujemy wam kilka dowcipów o Scholandczykach.
Jaka jest różnica pomiędzy Sarmacją a Scholandią?
W Scholandii jest wolność wypowiedzi, a Sarmacji wolność po wypowiedzi.
Jaka jest definicja chaosu?
My nigdy nie ujawniamy informacji o scholandzkim systemie żywienia.
Książe Piotr Mikołaj i Król Armin urządzili zawody w bieganiu. Książe wygrał minimalnie. Oto co następnego dnia napisały scholandzkie gazety:
We wczorajszych zawodach nasz Król zajął zaszczytne drugie miejsce a Książe Sarmacji przedostatnie.
W jednym z miast Scholandii postanowiono postawić pomnik Czajkowskiego. W czasie uroczystego odsłonięcia rzeźby oczom obecnych ukazał się siedzący w fotelu Król Armin.
- Miał być pomnik Czajkowskiego - dziwi się jeden z obecnych.
- Wszystko w porządku - odpowiada jeden z widzów - przeczytajcie napis na cokole: "Król Armin słucha muzyki Czajkowskiego".
Wiele miesięcy temu Król Armin udał się z wizytą do Księcia Piotra Mikołaja. Rozmawiają sobie, a Armin pyta:
- Słuchaj Piotrek, jak ty to robisz, że u ciebie wszystko chodzi jak w zegarku?
Książe wyjaśnia, że sekret leży w dobrze zorganizowanej administracji i zdolnych ludziach. Postanawia zaprezentować Arminowi jakich to ma zdolnych ludzi. Łączy się ze swą sekretarką i mówi: - Zieliński do mnie!
Po chwili zjawia się Zieliński. Książe mówi: - Wojtek, mam dla ciebie zadanie. Odpowiedz mi, kto to jest: urodziła go twoja matka, ale to nie jest twój brat, ani twoja siostra.
Zieliński chwilę się zastanawia i mówi: - Jeśli to nie mój brat... ani moja siostra... to w takim razie to jestem ja!
- Bardzo dobrze! - mówi Książe, a Armin kiwa z uznaniem głową.
Po powrocie do kraju Armin dzwoni do sekretarki i mówi: - Kanikov do mnie!
Po chwili zjawia się Kanikov. - Kanikov, mam dla vás zadanie. Kto to jest: urodziła go twoja matka, ale nie jest to ani twój brat, ani twoja siostra.
Kanikov długo się zastanawia po czym mówi: - Królu, niestety nie wiem, ale obiecuję, że najdalej jutro zostanie usunięty z listy!
Na to Armin: - Nie zostanie, nie zostanie...
- Dlaczego, Mój Królu?
- Bo to jest minister Zieliński.
Szczerze mówiąc powyższe dowcipy mają brode do samej ziemi, ale nie ma to jak pogłębianie międzynarodowych antagonizmów, dla osłody obiecany skecz Monty Pythona
PROWADZĄCY : Prosimy następną uczestniczkę. (Wchodzi Uczestniczka) Dobry wieczór, pani się nazywa?
UCZESTNICZKA : Tak, tak...
PROWADZĄCY : Pani nazwisko?
UCZESTNICZKA : Regularnie chodzę do kościoła.
PROWADZĄCY : Cudownie! O jaką nagrodę chce pani dziś walczyć?
UCZESTNICZKA : O łup w łeb.
PROWADZĄCY : Łup w łeb?
UCZESTNICZKA : Tutaj. (Pokazuje czubek głowy.)
PROWADZĄCY : Cudownie. Oto pierwsze pytanie o łup w łeb. Jaki wielki przeciwnik dualizmu kartezjańskiego sprzeciwiał się redukcji zjawisk psychologicznych do stanów fizycznych?
UCZESTNICZKA : Tego nie wiem!
PROWADZĄCY : Niech pani zgaduje.
UCZESTNICZKA : Henri Bergson?
PROWADZĄCY : Dobrze!
UCZESTNICZKA : To był fart, nigdy o nim nie słyszałam.
PROWADZĄCY : Cudownie!
UCZESTNICZKA : Nie lubię czarnuchów!
PROWADZĄCY : A kto lubi? Drugie pytanie o łup w łeb. Co jest głównym pokarmem pingwinów?
UCZESTNICZKA : Wieprzowina.
PROWADZĄCY : Nie.
UCZESTNICZKA : Mielonka?
PROWADZĄCY : Nie. Co jedzą pingwiny?
UCZESTNICZKA : Pingwiny? Nie znoszę pingwinów! Same się zjadają?
PROWADZĄCY : Nie! Co jedzą pingwiny?
UCZESTNICZKA : Fotele!
PROWADZĄCY : Co pingwiny JEDZĄ?
UCZESTNICZKA : Acha! Pingwiny! Pierogi, (Prowadzący coraz energiczniej zaprzecza.) łazanki, kraby, eskalopki de vault a la estragon z serem...
PROWADZĄCY : Nie. Dam pani wskazówkę. (Udaje pływanie żabką.)
UCZESTNICZKA : Brian Close! Brian Englise, Brian Johnson, Brian Forbes, Nanneth Newmann...
PROWADZĄCY : Nie! (Chwyta ją za szyję.) Co pływa w morzu i wpada w sieci?
UCZESTNICZKA : Henri Bergson. Kozły, podwodne kozły z płetwami, bizon w skafandrze nurka, Reginald Modling!
PROWADZĄCY : Cieplej. Uznaję tę odpowiedź! A teraz pani Gnido, wygrała pani. Wciąż życzy sobie pani dostać po głowie?
UCZESTNICZKA : Tak, tak!
PROWADZĄCY : Proponuję palec w oko!
UCZESTNICZKA : Nie, chcę łup w łeb.
PROWADZĄCY : Fangę w grdykę?
UCZESTNICZKA : Nie.
PROWADZĄCY : A kopa w rzepkę?
UCZESTNICZKA : Nie.
PROWADZĄCY : Pani Gnido, a co pani powie na buta w zęby i sztylet w nery?
UCZESTNICZKA : (Zastanawia się.)
PUBLICZNOŚĆ : Łup w łeb! Łup w łeb!
UCZESTNICZKA : Nie. Chcę oberwać po głowie.
PROWADZĄCY : Jak pani sobie życzy. Wygrała dziś pani główną nagrodę - łup łeb! (Uderza ją wielkim młotkiem.)
Sensacje
SENSACJE SARMACKIEJ HISTORII
Więzień sumienia
Redaktor Winnicki, w kręgach socjalistyczno-rewolucyjnych znany jako Janek Krasicki, został aresztowany przez scholandzkie specsłużby w związku z tak zwaną aferą rewolucyjną. Reportaż z placu boju o dystans i autoironię, przesłany nam przez tow. Winnickiego, wprost z więziennej celi, w kilkunastu grypsach, dzięki uprzejmości scholandzkich klawiszy, (Obu Panom serdecznie dziękujemy, obiecaną Sarmacką wizę, wyślemy pocztą) jest dostępny w aktualnym numerze. Cykl „Sensacje Sarmackiej Historii” powróci na łamy „Ab Ovo”, jak tylko pikietujący przed scholandzkimi lochami sympatycy Amnesty International doprowadzą do uwolnienia pierwszego v-więźnia sumienia.
Redaktor naczelny
Reportaż
JAK WYWOŁAŁEM REWOLUCJĘ
czyli być Frankiem Dolasem v-świata
Scholandia to piękny kraj. Tak powtarzali mi znajomi i przyjaciele. Zachwalał go nawet sam Mirthandil, który najpierw wizytował ten kraj w swym globtroterskim cyklu na łamach Ab Ovo, a następnie przyjął tam funkcję ambasadora. Mówił o wspaniałej kulturze i wielu ciekawych inicjatywach. Postanowiłem, zatem wybrać się tam i ja.
Płomień Rewolucji, czyli cel mojej wizyty
Oczywiście mój pobyt nie miał celu turystycznego. Po dłuższym czasie istnienia Komunistycznej Partii Sarmacji uznałem, że okrzepła ona na, tyle, że można wcielać wreszcie w życie trockistowski projekt permanentnej rewolucji – jej zorganizowanego eksportu. Scholandia wydawała się celem o tyle dobrym, że okrzepła tam burżuazja opierająca się na urzędnikach państwowych dysponujących tytułami szlacheckimi, zaś miażdżąca większość mieszkańców nie ma żadnych praw! Jak podaje, bowiem strona www.scholandia.xo.pl w kraju mieszka około 20 milionów ludzi- tymczasem jakiekolwiek prawa posiada zaledwie 86 obywateli !!! Musiałem interweniować.
Komuchy a fuuuu, czyli mocne wejście
Pierwsze posty, jakie przeczytałem po zapisie na listę dotyczyły oczywiście...Obniżenia pensji. Minister Bartkiewicz, nie przejmując się losem ponad 19-milionowej,milczącej większości oznajmia ‘nie ma potrzeby płacić tak wysokich pensji-rynek już się nasycił’. Więcej nie było mi trzeba- zaatakowałem. Natychmiast oznajmiłem, że przybywam oto z płomieniem sarmackiej rewolucji, celem wyzwolenia ludu. Reakcje były dość szybkie. Minister Kanikov z właściwą imperialistom wyższością doradził mi zapoznanie się z tematem, na który się wypowiadam, zdziwiło go również, że rzucam obelgi pod adresem wybranego w demokratycznych wyborach parlamentu. Znacznie zwięźlejszy był jeden z moich scholandzkich ulubieńców- Patryk „Ciapek” Bit, który od razu odesłał mnie na drzewo, dodając ‘komuchy? A fuuuu!’
Nie jest Pan dziennikaŻem, czyli Kanikov kontratakuje
Tymczasem płomień rewolucji rozpalał kolejne serca. Johnny English, świeżo upieczony obywatel, dołączył do Scholandzkiego Frontu Ludowego, bo taką nazwę postanowiłem nadać swemu ruchowi. Sytuacja najwyraźniej zaczęła się robić dla reżimu niewygodna, doczekaliśmy się bowiem interwencji „intelektualistów” .Oto prof. Von Schwaben, rektor KUS, przedstawił nam artykuł 13 Konstytucji, Scholandii zakazujący działania partiom takim, jak nasza. Artykuł ów oczywiście został okrutnie, bo słowo w słowo, skopiowany z ...Konstytucji RP. Profesor zauważył jednocześnie ‘poważne znamiona komunizmu’ w łonie naszego ruchu. I to nie takiego, ot, zwykłego. Komunizmu w najgorszej postaci!
Scholandczycy nie zawsze są jednak odtwórczy w swych kontratakach. Oto Minister Kanikov ,krytykując prasową relację Cocacolatla używa w stosunku do niego określenia ‘Dziennikaż’ . Tak niespodziewany i jakże efektowny atak wybił mnie z rytmu. Postanowiłem na takie dictum odpowiedzieć skazaniem na śmierć bez procesu za obrazę ortografii. Obywatelska lojalność jest jednak w Scholandii silna- niejaki Dani doradza Ministrowi ‘pozwałbym za zniesławienie’. Natychmiast dołącza się Ambasador Dżamper, który sugeruje, że ‘nie będzie to jedyny proces!’. Sytuacja zaczęła nabierać coraz ciekawszych barw, a powłoki mego brzucha - omal pękać ze śmiechu.
Na marginesie- ortografia nie cieszy się w scholandzkich elitach ministerialnych specjalną estymą. Niejaka Pani Agnieszka Smoręda wysłała na listę emocjonalny list, w którym zaznacza, że ‘nie będzie witać się z KOMUNISTOM’ , jest pewna że ‘w każdym państwie robisz ROZRUBY’ , wie też, że ‘ już W KRUTCE czeka cie to samo, co Magde Hasse!’. Pani Była Minister Kultury twierdzi również, że jestem ‘małym gówniarzem’ ,co dość jasno ukazuje nam poziom owej mitycznej scholandzkiej kultury.
Dżamper puszcza listę czyli „gość w dom-Bóg w dom”
Rewolucja tymczasem zatacza coraz szersze kręgi. Niezmordowany Cocacolatl relacjonuje o tłumach komunistów stawiających barykady i szturmujących budynki rządowe. Reakcja władz jest coraz bardziej rozbawiająca- postępują oficjalne dementi. „Nie ma żadnej rewolucji, żadnych flag komunistycznych na ulicach naszej stolicy” –zapewniał Premier De Belli żądając jednocześnie sprostowania ‘kłamliwego artykułu opublikowanego przez red. Cocacolatla’. Niezwykłą nerwowość wykazuje również ambasador Dżamper, który przypomina mi o przysłowiu ‘gość w dom, Bóg w dom’, a następnie- po przeczytaniu mej odpowiedzi, w której daję mu do zrozumienia, że i tak obalę reżim- obraża się śmiertelnie, gdy przypominam mu o stwierdzeniu Nietschego – ‘Bóg nie żyje’. W tej sytuacji Dżamper proponuje, by antykomuniści jęli ...zapisywać się na listę protestu przeciw mej skromnej osobie :-). Akcja nabiera tempa i już wkrótce powstaje strona ‘Stop Komunie’ na której chętni mogą do woli oburzać się na moją osobę.
Wieści o rewolucji dementują jednak nie tylko przedstawiciele władz. Niejaki Michał Strudziński w swym poscie na listę oświadcza ‘chyba jest Pan chory psychicznie, bo ja żadnych wojsk rewolucyjnych nie widzę!!!’. Rozwój sytuacji coraz bardziej przypominał mi czasy przedszkola, kiedy to w piaskownicy koledzy obrażali się na mnie, kiedy twierdziłem, że to ja jestem np. dowódcą. Scholandia w mych oczach coraz bardziej stawała się taką właśnie piaskownicą- pełną przedszkolaków siłujących się na argumenty zbliżone do ‘jeszcze jeden taki numer, a jesteś u Pani!’. Tylko że ja żartowałem, scholandczycy zaś wpadali w autentyczną, postępującą panikę.
Kanikov cytuje Daniego, czyli koniec dramatu (do czasu procesu)
Ostatnim aktem dramatu na liście był mój post dotyczący Trybunału Ludowego. O ile bowiem Scholandczycy byli w stanie znieść moje informacje dotyczące postępów Rewolucji –te można było zdementować, czytaj krzyczeć ‘wcale nie’ – o tyle postawienie przed Sądem czołowych postaci reżimu było już nie do zniesienia. Oskarżenie przeciw Królowi i paru innym dygnitarzom reżimu skończyło się natychmiastowym usunięciem mnie z listy przez samego Armina Fryderyka. Nie muszę chyba dodawać, że nie miało z mojej strony miejsce jakiekolwiek naruszenie netykiety. W uzasadnieniu Król Armin stwierdza, iż czyni to w celu ‘zapobieżenia większej szkody’. Próby domyślenia się, jaką wyrządziłem, Scholandii szkodę spełzły na panewce. Wniosek jest prosty. „Szkodą” w rozumieniu scholandzkiego prawa jest wypowiadanie poglądów niezgodnych z ogólnie przyjętą linią, a już szkodą niebywałą jest ukazywanie sprawności swego potencjału intelektualnego, co po krótkiej nawet obserwacji scholandczyków przestaje dziwić.
Po usunięciu z listy pojawiłem się jeszcze na czacie Scholandii. Jako iż popadłem w nastrój litościwy postanowiłem wyłożyć kawę na ławę. O ile bowiem na liście głupio mi było pisać ‘żartowałem’, o tyle wygłupianie się na czacie mogło wedle mojej nadziei oświecić scholandczyków, że nie chodzi mi o obalenie ich konstytucyjnego porządku, a –kolokwialnie rzecz ujmując- o ‘robienie jaj’. Niestety, przeceniłem ich. Przeceniłem definitywnie.
Oto chwilę po pojawieniu się na czacie i wszczęciu światopoglądowej dyskusji pojawia się tam ze mną tow. „Wanda” uosabiany przez jednego z mych v-znajomych. Prezentacja „Wandy” jako Zenona Przepżechowicza, najwybitniejszego z v-komunistów niezwykle zniesmacza Dżampera, który oświadczając, że ‘nie będzie w czymś takim uczestniczył’ opuszcza listę. Ja zauważam rezolutnie ‘Wanda zabił Jumpera!!!’ wskazuję scholandczykom potęgę tow. Wandy. Odpowiada na to niejaki Punk ‘ Dżamper żyje i ze mną gada, matole!’
W tym momencie moja ufność w jakiekolwiek ślady inteligencji u scholandczyków spada już do absolutnego minimum- wciąż jeszcze pozostaje jednak Minister Kanikov! Owszem, nie wie biedak, że ‘dziennikarz’ piszemy przez ‘erzet’ ,ale może jednak poza tym jest wszystko w porządku? Niestety, nie jest. „Scholandia będzie republiką ludowo-demokratyczną po moim trupie! I to realnym, nie wirtualnym!”, „Jak to mawia mój przyjaciel Dani –nie wiadomo czy się śmiać czy płakać” wreszcie moje ulubione- „pogadamy w sądzie- o ile będzie miał się Pan odwagę stawić” w odpowiedzi na moje ewidentne wygłupy, potwierdziły, że nie ma czego pośród scholandzkich władz szukać- jeśli szukamy intelektu oczywiście.
EPILOG- Przerost formy nad treścią czyli powrót do fazy analnej
Przyszła pora na podsumowanie. Oczywiście dla przeciętnego Sarmaty jasnym jest, że moja wizyta w Scholandii miała czysto rozrywkowy charakter. Scholandczyk jednak WSZYSTKO co się w jego kraju dzieje bierze śmiertelnie poważnie. Mieszkańcy tego państwa albo mają przeciętnie osiem lat, albo po prostu stworzyli sobie w Internecie bezpieczne gniazdko, w którym można czuć się i bawić jak niegdyś w przedszkolu. Oczywiście to nic złego- to nawet całkiem urocze. Należy jednak pamiętać- umiejętność odróżniania żartu od kategorycznego stwierdzenia, autoironia i dystans do rzeczywistości są z punktu widzenia oceny intelektualnego potencjału niezwykle istotne. Potencjału tego, niestety, w Scholandii brakuje.
PS. Autor oczekuje na nieokreśloną bliżej liczbę procesów przed scholandzkim Sądem- zarzuca mu się kilkanaście przestępstw, w tym ciężkich. Wciąż jednak pozostaje prezydentem Scholandzkiej Republiki Ludowo-Demokratycznej :-).
Michas Winnicki
Mirabile Dictu
MIRABILE DICTU*
Damian "Mirthandil" Konieczny
Grodzisk AD 2004, wiosna.
Upalny poranek. Dzień jak każdy inny, a jednak zupełnie wyjątkowy. Zwyczajny, tak jak codzienny fetor unoszący się nad Starą Hutą. Czy któryś z was, Panowie szlachta, geszefciarze, politykierzy, ruszył kiedyś swój tłusty brzuch z luksusowego centrum, zabytkowego starego miasta czy nowoczesnego śródmieścia? Czy przekroczyłeś dostojny ambasadorze rzekę, eufemistycznie zwaną Narew, a lwiej części mieszkańców słonecznego grodu znanej jako „Cieczka”? Nie, jak sądzę.
Właśnie dlatego, na obliczu rodowitego Grodzianina, dostrzegasz drwinę, za każdym razem, gdy z dumą w głosie, z obcym akcentem mówisz „Znam Grodzisk, jak własną kieszeń”. Bo kto dzieckiem w kolebce łeb urwał hydrze, ten młody zdusi centaury, piekłu ofiarę wydrze, a przy odrobinie szczęścia bez syfa z Przyrzecza powróci i w Starej Huty uliczce nie straci życia. Tam właśnie rozgrywa się wieczny bój o przetrwanie, tam w praktyce testują się pomysły posła Łaskiego, tam imię ministra Wienka budzi grozę. W rynsztoku. Jednak nie o tym mówi ta opowieść, słusznie domagasz się wyjaśnień marna istoto, którą jedynie przez grzeczność nazywam czytelnikiem. Poranek był bowiem inny niż wszystkie. Nie dlatego, że dziesiątki młodych Sarmatów żebrało na ulicach o łyżkę strawy, tutaj, na ulicy Robotniczej, turystów pytających o „tego słynnego jedynego żebraka” traktuję się, w najlepszym wypadku pięścią. Żebranina jest zjawiskiem równie powszechnym jak dziecięca prostytucja i strach przed kolejnym pomysłem szalonego ministra. Nie będę zadręczał was dłużej, choć mógłbym w tym miejscu wymieniać wiele znaków na niebie i ziemi, które nie zwiastowały mającej się rozpocząć historii. Z ciężkim sercem, musze jednak założyć, że oprócz Ciebie, może to wiekopomne dzieło przeczytać czytelnik wartościowy. Wyjątkowość poranka jest związana z Panem Mietkiem. Zaskoczeni? Cóż, jak mawiał mój bardzo bogaty, znajomy minister „wszystko ma swoją cenę Mirth, nie patrz tak na mnie... Ja też muszę z czegoś żyć”. Domyślacie się prawdopodobnie, że teraz poznacie Pana Mietka bliżej, miałem wprawdzie pisać o czymś innym, ale czytelnik nasz Pan. Tak, nawet taki, bez urazy naturalnie.
Mieczysław B nie był zwykłym żulem, co więcej, było to widoczne na pierwszy rzut oka. Wysoki, mierzący blisko 190 cm, chudy jak każdy, nie będący konfidentem, mieszkaniec Starej Huty, w chwili obecnej, przyłapany w dość intymnej sytuacji, pogrążony w lekturze starego wydania Trybuny Ludu która, tutaj, w miejskim szalecie, oczekiwała na swoją ostatnią, a zarazem pierwszą utylitarną misję, odznaczał się nieprzeciętną fizjonomią. Szlachetne rysy, wściekle błękitne oczy i kędzierzawe, rozczochrane włosy nijak pasowały do brudnego różowego uniformu i czarnej opaski z białymi literami BP ma ramieniu. Strój Pana Mietka był prawie zgodny z ostatnim rozporządzeniem Ministra Łaskiego. Prawie. Brak bielizny w kolorze zachodzącego słońca nie rzucał się zbytnio w oczy. Nawet teraz. Patrole tajnej policji bieliźnianej ministra Czekańskiego, uprawnione do dogłębnej rewizji osobistej, które tak dają się nam we znaki w Sarma Trade Center, Pałacu Książęcym i Sądzie, nie zapuszczają się do dzielnic zamieszkanych przez motłoch. Dzisiejszego poranka Pan Mietek jest z siebie zadowolony, bynajmniej nie w związku z nękającymi, rządzone bezkrwawą dłonią Piotra Mikołaja społeczeństwo, skrajnymi stanami emocjonalnymi. Szaleństwo to przywilej sarmackich elit. Na samozadowolenie Pana Mietka wpłynęło wiele czynników. Regularność potrzeb fizjologicznych, zgodna z ostatnią dyrektywą ministerstwa gospodarki na ten temat, a także zwędzona śpiącemu nieopodal bezdomnemu, opaska „bezpartyjny”, która gwarantowała względny spokój. Pan Mietek jako przedstawiciel ogromnej rzeszy sarmackich bezrobotnych, nie mógł liczyć na symbol „SdKS2”, „SPL” czy „Samnoteam”, natomiast za plakietkę „Venom Team” nie raz już dostał po mordzie. Taka ulica. Menele z Robotniczej przydzieleni do VT od zawsze napierdalali się z bezrobotnymi mieszkańcami Fabrycznej spod znaku KPS, naturalnie zgodnie ze stosownym rozporządzeniem ministra Czekańskiego odnośnie kontrolowanych zadym, pobić i gwałtów.
Przede wszystkim jednak, Pan Mietek jest zadowolony ze swoich przemyśleń. Nie był bowiem zwykłym żulem, dbał o higienę jamy ustnej, pił sok marchwiowo-owocowy pod „Jagodziankę” oraz regularnie oddawał stolec. Jednym słowem – żul z zasadami. Pan Mietek miał także kilka tajemnic i jedną słabostkę, ot, lubił sobie czasem pomyśleć. Co gorsza, jako przedstawiciel szeroko pojętego marginesu społecznego, nie zapisywał swoich myśli słowo w słowo, prawdę mówiąc nie zapisywał ich wcale. Miał jednak dużo szczęścia, nikt nie doniósł na niego do Ministerstwa Informacji Narodowej, słynącego z największej siatki konfidentów w całym Grodzisku. Przykład Pana Mietka ilustruje świetnie, powody, dla których Książe Piotr Mikołaj wydał dekret w sprawie identyfikacji i kontroli myśli. Przemyślenia Pana Mietka stawały się coraz bardziej zuchwałe, ba, wręcz nieprawomyślne. Ten poczciwy człeczyna rozważał możliwości wydostania się z bagna, jakim jest w istocie Stara Huta.
Odkąd bezrobocie sięgnęło 99%, a jeden wyzyskiwany robotnik wyrabiał 200% normy, pracując na pięciu etatach, sok marchowiowo-owocowy rozdawany w dzielnicach biedoty przez psychicznie chorego filantropa barona Mirthandila oraz przydzielany w ramach akcji „chleb i igrzyska” denaturat były dla Pana Mietka sterem, żeglarzem i okrętem. Pan Mietek myślał o wyuzdanych seksualnie elitach, o milionach libertów rok rocznie rabowanych, pakowanych i wysyłanych do Scholandii przez geszefciarzy pokroju prezesa Cocacoatl, Pan Mietek postanowił. Postanowił akurat w momencie swojego kolejnego wielkiego tryumfu nad krnąbrną naturą, w momencie, w którym egzemplarz Trybuny Ludu, wraz z fizjologiczną zawartością, spłynął rurą kanalizacyjną do „Cieczki”, w momencie, w którym z trudem odczytał napis na ścianie miejskiego szaletu „Ciąg Dalszy Nastąpi”.
*Mirabile Dictu - lac. aż dziw powiedzieć.
Przegląd Prasy
Wiosna w powietrzu i wiosna w umysłach szanownych redaktorów, nie jest dobrze, na prasowym rynku posucha.
Sarmacja
Biuletyn – Wypadałoby napisać jakąś złośliwą uwagę, ale po co? Wystarczy zacytować redaktora Leoparda "Jak Ci brak czasu, to nie rób gazety."
Obiektyw – Trup.
Scholandia
Spectator – W związku z długim weekendem, numer krótki i pozbawiony działu zagranicznego. Redaktora Bartkiewicza odsyłamy do jedenastego numeru Ab Ovo, po propozycje tematów dotyczących Księstwa Sarmacji.
Cyberia
Trybuna – To już jest koniec, a szkoda.
Dreamland
Gdzie się podziały tamte tytuły?
Spadkobiercą Głosu Weblandu, Tygodnika Morlandzkiego czy La Fourchette jest Goniec Surmalski, taki regres nie ma precedensu w v-świecie.
OBOCAO
motto: Opinia publiczna to zdanie ludzi, których normalnie nikt o zdanie nie pyta.
Ośrodek Badania Opinii Czytelników Ab Ovo
Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom Sarmatów, dostrzegając niszę rynkową, Ab Ovo otwiera własne centrum statystyczne. Czytelniku, możesz oddać anonimowy głos!
metadane
autor: Damian Konieczny
opublikowano: 11 maja 2003 r.
link: http://vonthorn.sarmacja.org/galeria/archive/ao/archiv.php