PdD1.7

RTS Dynamo Czekany - KKS Tropicana Sola 2:2

Lubimy takie mecze jak ten, można się wyspać, zerknąć od czasu do czasu i napisać do niego komentarz. Niestety byliśmy skazani na oglądanie tego nędznego widowiska.

Pierwsza połowa należała do Dymana, które wręcz zmiażdżyło przeciwnika. Ciągłe akcje z klepki rozbijały obronę KKS-u, który mógł tylko się bronić. Już w 13. minucie popularne Bateryjki zdobyły gola i kontynuowały dzieło zniszczenia. Możliwe, że niedyspozycyjność piłkarzy z Tropiczny spowodowana była przeprowadzką z Grodziska, ale nawet jeśli, to nie jest to zbyt dobrym usprawiedliwieniem. A takim z pewnością byłaby bramka kontaktowa, nawet jeśli była by tą jedyną, gdyż pozwoliłaby zachować honor i pokazałaby, że w każdej sytuacji piłkarze KKS-u będą walczyć. No i to się udało, 21 minuta to czas pięknej akcji, która rozpoiła się pod bramką KKS-u. Mozolnie prowadzona piłka, bliskie podania, niezbyt agresywne wydawać by się mogło, że z tego nic nie będzie. I to prawda, to było tylko złudzenie, gdyż w 22 minucie był remis po wrzutce Warowskiego. Formalności dopełnił jego kolega z pomocy Grzesiek Stanisławski. I to była jedyna akcja KKS-u w tej połowie, ale jej skuteczność była wystarczająca, gdyż piłkarze Dynama męczyli się pod bramką przeciwników i nie mogli strzelić, mimo swojej przewagi. Tak więc wynik z 22 minuty utrzymał się do końca pierwszej połowy.

Piłkarze, którzy schodzili do szatni niezbyt szczęśliwi, ale też nie smutni, bo przecież wyniki 1:1 był jak na połowę satysfakcjonujący, bo patrząc realistycznie, obie strony mają takie same szanse na zwycięstwo.

Gwizdek sędziego i rozpoczynamy drugą połowę! Tym razem KKS zabrał się do roboty i ta połowa była już o wiele bardziej wyrównana, choć Tropikańczycy lepiej sobie dawali radę i mieli naprawdę dużo sytuacji. Gdy na tablicy pokazała się 72 minuta Łukaszewicz umieścił piłkę w bramce Dyczka. Tak, umieścił było tu bardzo na miejscu, gdyż bramkarz nawet nie interweniował. Według relacji świadków udał się na tron, bo jak powszechnienia wiadomo, to nie człowiek rządzi potrzebą, tylko potrzeba człowiekiem. W tym wypadku bramkarzem, co jest bardzo podejrzane. Ale to zostawmy politykom, by my mówimy tu przecież tylko o piłce. A ta która dziś grali, by żółto-niebieska firmy Annike. Ale musimy pamiętać, że to nie był jeszcze koniec meczu! Ten toczył się dalej i to bardzo zaciekle Tropicańczycy walczyli o większe prowadzenie Dymano o remis lub zwycięstwo. I stało się, w 89 minucie Bateryjki zremisowały! I tak właśnie zaskoczył się mecz - remisem.

KS Orzel Czekany - SS Zielnybor 1:1

Ten mecz to był po porostu żart/dowcip/pośmiewisko/kicha/sadzenie buraków Albo nie! Stop! Przeczytajcie najpierw komentarz i wtedy odpowiecie na pytanie te w programie Co Z Tym Meczem? w TV Sarmackiej.

Pierwsza połowa upłynęła na kopaniu piłki Zapytacie, co w tym dziwnego, o to przecież w tym sporcie chodzi. Ja wam odpowiem, że to nie było normalne. Czemu? Bo cała zabawa piłkarzy polegała na zabawie w dziada(w exclusive version, specjalnie dla PdD nazwa tegoż brzmi babcia). No więc, oni sobie grali w 11 osobowych drużynach. Czasami tracili piłkę, bo im zabrał przeciwnik, po podanie przechwycił, bo wyleciała na aut/korner. Dużo było takich sytuacji, ale to przecież nie jest piłka nożna! To samo powiedział trener Orłów Robert Czekański, gdy wbiegł na boisko i zrządzeniem losu z półwoleja posłał podkręconą piłkę do bramki Skarpeciarzy i to w samo okno. Stał tam jednak jeden z Zielnyborskich skrzatów i piłka nie przekroczyła linii bramkowej. Sędzia po długiej naradzie ze swoimi pomocnikami zaliczył to jako strzał na bramkę. Niestety, zaraz po tym gwizdnął i zakończył tą beznadziejną połowę.

Piłkarze wybiegli na boisko, tym razem od środka grę rozpoczęli goście i dali do zrozumienia przeciwnikom, że pograć już im nie dadzą, póki nie strzelą bramki. I tak było Orlęta przejęły piłkę i ruszyły na bramkę Skarpet. Nic nie mogło być bardziej głupie. Zielnyborzanie tylko na to czekali, zabrali piłkę nieopierzonym ptaszkom i przeprowadzili kontrę, po której pada gol. Kibice szaleją, piłkarze Orląt patrzą na murawę, Robert Czekański płacze! Tak, patrzcie państwo, on! Przepraszam, to nie ten film! Nie kręćcie tego! Nie! Dobrze, możemy kontynuować. Orły zaatakowały i rwąc pazurami koszulki przeciwników strzeliły gola po dośrodkowaniu Dymka i bańce Kupki. Atak pozycyjny gospodarzy nadal trwał, ale razi oni wielką nieskutecznością, co było dosyć dziwne, gdyż napastnicy, których wystawił trener Czekańscy to strzelcy wyborowi. Niestety, nie ustawili na dzisiejszy mecz swoich celowników, co zaowocowało remisem 1:1. Tak zakończył się ten mecz.

Na koniec chcielibyśmy powrócić do sytuacji z końca pierwszej połowy, kiedy to trener Czekański popisał się fartownym strzałem z woleja. Piszę o tym, gdyż według naszych informatorów to właśnie za to został trenerem kolejki jawna niesprawiedliwość! Zbyszko Browarczyk zrobił 10 000 żonglerek (piłka upadła mu na but, oczywiście całkiem przypadkiem).

Rotor Precelkhanda - FC Czarnolas 4:1

Na Estadio Żenada spotkaliśmy wielu meneli, którzy proponowali nam wspólne picie my odmówiliśmy, gdyż byliśmy pewni, że ten mecz to będzie coś naprawdę ciekawego.

Z ostrożności wybraliśmy jednak miejsca obok naszych starych dobrych kumpli, bo czasami instynkt zawodzi. I zawiódł. Ten mecz to była żenada! Czarnoleska tu chyba przyjechali na trening, bo nie wykazywali w ogóle woli walki. Nic! Zupełnie! Rotor robił z nimi co chciał, akcje z klepki to była rzadkość. Królowały indywidualne popisy, po których oczywiście gole paść nie mogły, gdyż robotnicy wandejscy znani są z dryblingu, który polega się na potykaniu o piłkę. Niektórzy nawet opanowali tą sztukę do perfekcji i przewracają się nawet nie dotykając piłki! Ta finezja naprawdę była godna Pelego, Marodony, Zidana i Zenka Potyczka pomysłodawcy owego stylu gry. W pewnym Momocie kibice zaczęli się nudzić i robotnicy ruszyli w bój ciężki i żółtawy. Po dwóch drobnych potknięciach Rotor prowadził 2:0, a publika szalała i skandowała: dwa gole to za mało, dwa gole to za mało, jeszcze kilka by się nam przydało!. W tym Momocie jeden z Wandejczyków zataczając rundkę tryumfalną (a może to było przez pijaństwo? Nie... robotnicy nie piją...) uderzył w Czarnolesianina i dostał za to żółtą kartkę po czym krzyknął rasistowskie hasło i udał się na drzemkę. Pozostał tam do następnej połowy.

Od nasennego gwizdu byliśmy świadkami wielkiej potyczki przewracali się wtedy już wszyscy: piłkarze o własne nogi, kibice ze śmiechu, a sędziowie wylatywali w powietrze następując na miny zdenerwowanych kibiców. Tak, to był piękny mecz, ale tylko wtedy, gdy ktoś kocha oglądać mieszankę Szeregowca Ryana i Benny Hilla. W 83. minucie bramkarz Rotoru odlał się pod swoją bramką i gdy po odczuciu ulgi stanął między słupkami został zaskoczony przez ślizgającego się w kałuży ekskrementów piłkarza z Czarnolasu, który uderzając sznurowadłem prawego korka z prawej nogi zmienił trajektorię lotu okrągłej kuli będącej obiektem zmagań na Estadio Żenada, czyli mówiąc po polsku: strzelił gola. Wtedy Robotnicy obudzili się ze snu, opróżnili w szybkim tempie zapasy piwa i dali nauki uczniom z Czarnolasu. Ich ruchy wyglądały tak, jak gdyby grali oni na lodowisku w trampkach, oczywiście firmy Aydas. Strzelili tak dwie bramki, w tym jedną w 92 minucie, która jest najpóźniej strzeloną w SLP bramką. Brawa dla piłkarza który to zrobił! Został w ten sposób najwolniejszym z najwolniejszych!

A mecz był po prostu cudny jak kwiat róży po burzy powiedział jeden z żuli ciągnąc ze sobą skrzynkę piwa.

FC Zielnybor - KS Wandea 1:1

To był mecz kolejki. Naprawdę! Nie wierzycie? No to czytajcie.

Gdy weszliśmy na stadion naszym oczom ukazał się piękny widok (tak, piękny, zanotujcie w słowniku!). Obie drużyny grały bardzo wyrównane spotkanie, kontra, przejęcie, kontra, strzał, obrona, wybicie, atak pozycyjny, znowu przejęcie! Tylko tak można opisywać ten mecz. Z zamyślenia wyrwał mnie gwizdek sędziego. Przestaliśmy oglądać popisy trampkarzy i udaliśmy się na przeznaczone specjalnie dla nas, wygodnie moszczone fotele obite karmazynowym aksamitem.

A ten mecz już taki dobry nie był, więc wyciągnęliśmy telefon, włączyliśmy wap i weszliśmy na stronę Talka, by poczytać, czy coś nowego w Sarmacji się nie stało. Niestety, nie było nowych newsów, ale otworzyła się w jakiś dziwny sposób strona o zawartości >18. Zapewne stało się tak z powodu tych nowych aliasów Bobera, on nigdy nie sprawdza, jakie reklamy się wyświetlają. Ale nie powiemy złego słowa - znacznie umiliło nam to oglądanie... meczu oczywiście.

Gdy oderwaliśmy się od telefonu zobaczyliśmy cudny widok. Sędzia ciągle wyciągał żółte kartoniki! I to z jaką gracją! Robił to niczym gentleman zdejmujący melonik. W pewnym momencie przestał, gdyż zaniemówił po pierwszym strzale w tym meczu! My też. On był po prostu zbyt zaskakujący, by tego nie zrobić! Wandejczyk uderzył z czuba prosto w piłkę! To było tak zaskakujące, że chłopiec do piłek zapomniał pobiec po nią do sąsiedniej wsi... Zielnyborzanie nie chcieli być gorsi, więc Żurawski spudłował z odległości 1 metra od pustej bramki.

Druga połowa upłynęła na zabawie w dwa ognie, ale ponieważ matka, ojciec, babcia i dziadek w jednym, czyli bramkarze byli w beznadziejnej dyspozycji nikt nie zwracał na nich uwagi i gra odbywała się na zasadach joga bounito, czyli kopnij, odczekaj chwilę i możesz już złapać się za bolącą stopę. Kiedyś jednak miarka się musiała przebrać. Wandejczycy zaatakowali i strzelili! Tak! Gol! Tak! Spalony! Tak! Sędzią jest ślepy! tak krzyczał stadion, tak krzyczeliśmy my. Wtedy jednak zdenerwowany Żurawski, bo nie taka przecież była umowa, podszedł do bramkarza rywali i uderzył go w twarz, gdy sędzia nie patrzył. Ten nie pozostał mu dłużny i oddał z półobrotu, tym razem jednak sędzia patrzył, więc wskazał na jedenastkę. Żurawski uderzył pewnie i ustalił wynik tego okrutnego meczu na 1:1.

FKK Rantiochskie Krasnoludy - KS Renifery Sola 3:2

Szczerze mówiąc nie za bardzo wiemy, co napisać o tym meczu. W statystykach wygląda on grubo, że były emocje i w ogóle warto było poświęcić chwilę czasu. Nam on jednak w ogóle nie wygląda. Nie powiemy, że wynudziliśmy się setnie, bo się nie wynudziliśmy, ale nadmiernym entuzjazmem nie tryskamy. W sumie pięć goli to ponad średnią ligową, ale taki jakiś ten mecz był nijaki.

Pierwsze czterdzieści minut najchętniej usunęlibyśmy z naszej pamięci. Na boisku nic się nie działo, próbowaliśmy przysnąć, ale co rusz budziły nas gwizdy a to z boiska, a to z trybun. Sędzia bowiem nie próżnował i pokazał aż pięć żółtych niczym królik kartek. W końcu jednak udało mu się zdjąć kapelusz, a rozentuzjazmowani tym radosnym wydarzeniem gospodarze strzelili bramkę. Rzut wolny (z owego zdjętego nakrycia głowy) egzekwował Manik-Ku, a udo dostawił Puha i zrobiło się 1:0.

Po przerwie Manik-Ku stanął przed niepowtarzalną okazją zdobycia bramki. W 49. minucie sędzia podyktował rzut karny (ręka Fafińskiego), ale wspomniany już maestro piłki fatalnie spudłował (gdyby wiał silniejszy wiatr mógłby zaskoczyć własnego bramkarza). Śmiemy wątpić, czy po tym numerze trener Krasnoludów pozwoli Manik- Kowi jeszcze kiedyś coś strzelić. No chyba że baranka o ścianę... Renifer rozpędzały się powoli niczym walec pod górę, ale w końcu i one zaskoczyły. Przeciwników w sensie, bo myśmy to już dawno przewidzieli. Żeby nie zanudzać: Grubski idealnym prostopadłym podaniem obsłużył Skarbka, a ten lekko przerzucił piłkę nad mierzącym metr dwanaście Mailanem.

Jak wiadomo, rozpędzony walec bywa groźny. Biegające Renifery też. W

  1. min wyszły nawet na prowadzenie, po strzale głową Bronisza, ale dwie kontry Krasnoludów, w 80. i 87. min pokazały, kto tego dnia na boisku był lepszy.

Bo poza nim bezapelacyjnie wygrała urocza fanka Reniferów, z którą zrobiliśmy sobie zdjęcie, a nawet dała nam potrzymać swoje... pompony.

SKS Podleszcz - Pentagram Sola 1:0

Wiecie kiedy jest najciszej? Oczywiście - przed burzą. A burze będą, oj będą. Wielkie. Z piorunami i ulewnymi deszczami. Będą pożary i strugi wody z nieba. Jednocześnie. Nadejdą huragany i susza. Wieszczymy koniec świata jest tuż tuż.

W tym tygodniu nie wydarzyło się nic dziwnego. Nic. Nie stłukliśmy talerzy przy zmywaniu ani delikatnych części ciała przy jeżdżeniu na łyżwach. Niczego nie zepsuliśmy, nie straciliśmy. Nie chodziliśmy głodni, ani spragnieni. No nic, kompletnie. Ale my wiemy. I Wam powiemy: brak znaków to najważniejszy znak!

Co do meczu natomiast, to w zasadzie była to gra do jednej bramki. Bez szkody dla widowiska sędzia mógł bowiem odgwizdać koniec meczu w

  1. minucie. Wtedy to bowiem Podleszcze strzeliły gola.

Pamiętacie z ostatniej kolejki niejakiego Kissukwu? Tak, tego samego który niemiłosiernie wnerwiał obronę przeciwników, zabierając jej piłkę, a chwilę później kolegów z zespołu, marnując 200% okazje? Teraz też zmarnował trzy takie, trafiając w sytuacjach sam na sam kolejno w słupek, bramkarza i kolegę z zespołu.

W końcu jednak w owej 30 minucie Kissukwu sprytnie zamienił się pozycjami z Moseiyo (to wersja oficjalna - naszym zdaniem po prostu nie zdążył się ustawić), który przejął bezpańską piłkę, podbiegł z nią parę metrów i odegrał naszemu ulubieńcowi, który w końcu uderzył tak, jak powinien był zrobić to już dawno. Czyli celnie. 1:0 dla Podleszczy i koniec meczu.

Po co zawodnicy wybiegli na drugą połowę pozostanie ich słodką tajemnicą, bowiem w ciągu tych 45 minut oddali oni (uwaga!) JEDEN (słownie: 1) strzał. Zrobił to zespół gospodarzy, strącając tym uderzeniem operatora kamery (ponoć wykrzykiwał on, że Coutho psuje mu ujęcie).

Strzeżcie się, albowiem wieszczymy: koniec świata nadchodzi!

SKS Srebrny Róg - Kotwica Srebrny Róg 4:2

Wiecie ile ciekawych rzeczy można zrobić w ciągu półtorej godziny? Z tych bardziej przyziemnych: skopać kawałek ogródka, opalać się na plaży czy umyć podłogę w kuchni. Z tych mniej zrobić latawiec czy polatać balonem. Z tych najwznioślejszych opanowywać świat albo spowodować zagładę cywilizacji. Są jednak ludzie, którzy te 90 minut wolą poświęcić na bieganie w te i z powrotem po trawie, na powierzchni pobielanej wapnem i kopać coś, co z grubsza przypomina kulkę. Ale wiecie co jest najdziwniejsze? Więc jest takich, którzy płacą, by móc na to spojrzeć.

Przyznajemy, że tego nie rozumiemy. Nie lubimy piłki nożnej, tak jak małe dzieci nie lubią szpinaku. No ale nać klient naćpan jak powiadają, więc dla Was męczymy się oglądając niekompletnie ubrane męskie ciała na boisku i równie niekompletnie przyodziane kobiece na widowni. Swoją drogą zgadnijcie, na co poświęcamy więcej czasu... Wracając jednak do kwestii owych 90 minut. Załóżmy, że miałyby to być ostatnie minuty Waszego życia. Nie wierzymy, by ktokolwiek z Was chciałby owe ostatnie 90 minut życia spędzić na twardej ławce (albo stojąc) zdzierając sobie gardło i uważając, czy przez przypadek nie lecą w Waszą stronę fragmenty stadionowej infrastruktury. Śmiemy twierdzić, że owa rozrywka znalazłaby się gdzieś w ogonie. A mimo to stadion w Srebrnym Rogu był pełny.

Pierwsza rzecz, która nas zaskoczyła i, nie bójmy się tego powiedzieć zawiodła, było ustawienie Rożena w pomocy. Jak można tak traktować rasowego napastnika?!

Mecz zaczęła Kotwica, bez żadnego respektu dla walczącego o utrzymanie SKS-u. W pierwszych 10 minutach przeprowadziła dwie BARDZO groźne akcje, niestety jej zawodnikom brakowało zimnej krwi. Wynik otworzył jednak Srebrny Róg, bramką z niczego. Wot, na 35. metrze Bronisz posłał Smoczyńskiego na deski, do piłki podszedł Moczygęba i uderzył tak, że sam się zdziwił, gdy piłka wpadła. No ale wpadła. Na szczęście na odpowiedź Kotwicy czekaliśmy tylko dwie minuty. Świetne podanie Mieleckiego wykorzystał Krancja i mieliśmy remis (i mecz zaczynaliśmy od początku, jak to mówi jeden z naszych ulubionych komentatorów).

Kolejne bramki wisiały w powietrzu, tylko nie za bardzo było wiadomo dla kogo. Nie zawiodła nas Kotwica, która sprytnie rozegrała rzut wolny (dwa razy do tyłu). Gamoń dostał piłkę i jak przypier... strzelił tak i wpadła.

Niestety, świetnie dysponowany był w tym dniu Smoczyński, który właściwie wygrał ten mecz w imieniu SKS-u. Najpierw znakomicie przyjął piłkę na długim słupku i wepchnął ją do bramki, a w 78. i 84. min podawał tak, że wystarczyło po prostu dostawić nogę. Kotwica w drugiej połowie kompletnie się pogubiła. Dość powiedzieć, że nie oddała w jej trakcie żadnego strzału na bramkę rywali. A jak się nie strzela na bramkę to wiecie... Wanda kule nosi.

SKP Lwy Krez - Graybox Srebrny Róg 1:0

Jak znaczna część z Was wie mamy wakacje w związku z tym staramy się czas jakoś urozmaicać. A to partyjka golfa, polo lub innego krykieta z zaprzyjaźnionym szejkiem, a to szejk w zaprzyjaźnionej kawiarence... Coś nas jednak czasem podkusi, licho jakoweś się w nas odezwie i zabieramy się za zajęcia absolutnie i całkowicie niezajmujące, a mówiąc po naszemu nudne. Razu pewnego zachciało nam się pojechać pociągiem. Ekspresem (promocja była). Mieliśmy jechać około godzinki. Wsiedliśmy... i półtorej godzinie staliśmy na peronie, bo coś się zepsuło.

Przypomnieliśmy sobie o tym zdarzeniu mniej więcej pod koniec pierwszej połowy i zaczęliśmy snuć rozważania, co by to było, gdyby w owym feralnym pociągu jechali piłkarze Srebrnego Rogu na mecz w Krezie i wyszło nam, że uszczęśliwiliby w ten sposób kilka tysięcy ludzi. Wszak zamiast marnować półtorej godziny na stadionie, odczekaliby kwadrans, sędzia odgwizdałby walkowera, a ludzie mogliby wykorzystać zyskany w ten sposób czas np. na oglądanie telewizji. No cóż, marzenia to piękna rzecz, ale teraz musimy wrócić do rzeczywistości.

Na boisku tak naprawdę działo się sporo. Najpierw na murawę wbiegła przerośnięta wiewiórka, która zaczęła dobierać się do orzeszków zawodników Krezu. Wiewiórkę pogoniła maskotka gospodarzy niedowidzący i ogólnie kulejący lew Ubuntu, a tego z kolei porządkowi. Na porządkowych zasadził się natomiast pewien fan ultraprzewiewnej odzieży, fason adamowy, który wzbudził całkowicie uzasadnioną wesołość (bo przecież nie zachwyt...) wśród kibiców.

Piłkarze natomiast... No cóż zdaje się, że byli. Zdaje się, ponieważ w ogólnym bałaganie raczej mało było ich widać. Istniała natomiast piłka, która sobie tylko znanym sposobem wtoczyła się do bramki Grayboxu w 13. min meczu. Tak naprawdę jednak nikt się tym nie przejął, a piłka korzystała z wolności i swobody, latając w różnych, losowo dobieranych kierunkach. Dość powiedzieć, że najcelniejszy strzał meczu strącił papierową czapeczkę z głowy kibica dwa rzędy za nami. A siedzieliśmy daleko. W dodatku na wysokości linii środkowej.

--
Pozdro ziomy,
PdD

metadane
autor: Czarnuch&Smok (Michał Czarnecki i Przemysław Figiel)
opublikowano: 2006.08.17 link: LDKS