PdD1.1

SKS Srebrny Róg - Rotor Precelkhanda 3:0

O godzinie 18:00 Silver stadium w Srebrnym Rogu był już wypełniony do ostatniego miejsca. Co ciekawe, więcej kibiców przywdziało czerwono-żółte barwy wandzkiego Rotora, czyżby Teutończycy spodziewali się gładkiego zwycięstwa? Być może, zważywszy na fakt, że zawodnicy z Precelkhandy sprawiali wrażenie zagubionych i onieśmielonych grą na prawdziwym stadionie. Dopiero gdy na murawę wjechała ich maskotka (czyli czerwony traktor z żółtą gwiazdą na pokrywie silnikowej) zyskali odwagę by wyjść z tunelu i wymienić proporczyki. Początek był fatalny dla gości - już w pierwszej minucie Panfil potknął się o rozwiązane szunrowadła Warowskiego i poleciał jak długi w słupek bramki przeciwnika, mijając się z piłką jakieś 4 centymetry. W rezultacie randki z słupkiem musiał jednak opuścić boisko, zmienił go Simina. Od tej sytuacji inicjatywę zaczęli uzyskiwać Srebrnorożanie której efektem był piękny strzał Moczygęby, pewnie jednak wychwycony przez Bejanaru. W 16 minucie po wyrzucie bramkarza przypadkowo piłka odbiła się od łopatki Alexeia i trafiła pod nogi Wientka Smoczyńskiego, który bez namysłu uderzył z narożnika pola karnego. Piłka odbija sie jeszcze od trzech zawodników, i dopiero czwarty Lachman wpada z nią do siatki. 1:0 dla SKS. Bramka dodała skrzydeł SKS-owi, w 24 minucie dobrym uderzeniem z czternastego metra prosto w róg bramki Kucharski podwyższa na 2:0, dobrze się spisał w tej akcji Pierdas, który precyzyjnie dograł piłkę napastnikowi gospodarzy. Piłkarze Rotoru byli kompletnie nieprzygotowani na taki obrót sprawy i dalej próbowali bronić się przed atakami SKS-u. W 38 minucie solową akcją skrzydłem popisał się Męczywór i dokładnie obsłużył Smoczyńskiego, który strzałem z woleja nie dał szans Bejanaru. Do końca pierwszej części meczu obraz gry nie uległ zmianie. Druga połowa toczyła się w tempie podobnym do pojawiania się nowych artykułów Bramy Sarmackiej, a widowiskowością przypominała płodozmian na polach scholandzkich. SKS bronił się a próby zmiany wyniku spotkania przez Rotor budziły uśmiechy politowania. Świetny początek sezonu dla SKS Srebrny Róg, słaby dla Rotora Precelkhanda - czy to przypadek czy zapowiedź tego co nas czeka w dalszej części sezonu pokażą następne mecze ;)

FC Zielnybór - SKP Lwy Krez 2:0

Najnudniejszy mecz kolejki. Po spotkaniu pomiędzy dwoma rywalizującymi prowincjami spodziewaliśmy się twardej gry i emocji. Tymczasem jedyne emocje, które były nam dane to salwy śmiechu przy zagraniach jednych i drugich. Ale po kolei. Spotkanie rozpoczęło się od niemrawych prób ataku pozycyjnego gości. Po chwili tego samego próbowali gospodarze. I znowu goście. I gospodarze. W końcu jeden z nich zdecydował się na rozpaczliwy strzał mniej więcej z połowy boiska. O dziwo, piłka zmierzała w światło bramki. Chujeba był jakby nieobecny. Z zamyślenia wyrwał go okrzyk Krasnala: "Moja", który, niczym Tsubasa, przemierzył w powietrzu 5 metrów i sparował piłkę głowa na róg. Korner wykonywał Bykowski, piłka wyraźnie mu zeszła i trafiła w głowę kompletnie zaskoczonego, odwróconego tyłem do bramki Żurawskiego. Odbita na którymś z licznych kantów, wpadła do siatki. A później to już tylko bida, bida i rozczarowanie. Obie drużyny grały agresywnie w środku, co natychmiast zauważyli piłkarze. Ciężar rozgrywania akcji przerzucili na obrońców i bramkarza. W pewnym momencie myśleliśmy, że oglądamy nową odmianę gry w "dwa ognie". Gdy się obudziliśmy, trwała już druga połowa, choć patrząc na boisko można było dojść do wniosku, że dopiero trwa trening. Obejrzeliśmy cała gamę podań, w większości do tyłu. Tę żenującą monotonię przerwał Gamoń, który bardzo precyzyjnie podał do Żurawskiego. Ten bez namysłu próbował urwać się obrońcom, wypuszczając sobie piłkę. Zrobił to jednak za mocno. Traf chciał, że Chujeba załatwiał akurat małą potrzebę przy lewym słupku bramki. Wypuszczona przez Żurawskiego piłka majestatycznie wtoczyła się do pustej bramki. W zasadzie, o tym meczu można powiedzieć tylko tyle, że się odbył. Wynik - 2:0 jest przypadkowy i absolutnie nie oddaje tego, co działo się na boisku. Kibice powinni zażądać zwrotu biletów. Zresztą, aby umilić sobie czas na trybunach organizowali rozmaite konkursy jak konkurs bekania czy "goń swego pawia". Po końcowym gwizdku usłyszeliśmy natomiast festiwal gwizdania długodystansowego. I słusznie.

Rantiochskie Krasnoludy - KS Orzeł Czekany 4:2

Już sam dojazd na rantiochską łąkę pod wulkanem sprawił nam wiele problemów. Zawodnicy Orła również wyglądali na nieco speszonych faktem, że będą grali na spopielonej murawie, która może kiedyś była boiskiem. Gdy na murawę wyszli gospodarze, zawodnicy z Czekan parsknęli śmiechem. Oto jedenastka mierzących około metra krasnoludów wyszła z jamy oznaczonej jako szatnia gospodarzy i raźno ruszyła na środek boiska. Sędzia rozpoczął spotkanie. Początek w żaden sposób nie zapowiadał tego co miało wydarzyć się wkrótce. Rantiochskie Krasnoludy dreptały wokół gości, którzy krótkimi podaniami starali się przedrzeć pod pole karne przeciwnika. Nagle, w środku boiska nie atakowany upada O'Connor, krasnoludy domagają się kartki za symulowanie. Sędzia nie przejmuje się tym i z uśmiechem karze żółtym kartonikiem najgłośniej protestującego Keijo Helkomaa. Ta sytuacja rozwścieczyła krasnoludy, momentalnie zaczęli spychać Orła na swoją połowę i niemal błyskawicznie objęli prowadzenie po samotnej, ośiemdziesięciometrowej szarży Jarko Syrjälä. Obrona gości stała zamurowana gdy ten odegrał piłkę do Tossavainena który rozpoczął kanonadę. Krasnoludzcy kibice zaczęli skandować "Nieloty do gabloty!", ale to nie wyzwoliło sportowej złości u graczy Orła, którzy ciągle bali się podchodzić do krasnoludów. W 24 minucie kopia z pierwszej bramki - w pole karne wchodził Saxholm, bramkę zdobył Männikkö. Na twarzy trenera Czekańskiego niedowierzanie ustąpiło wściekłości. Zaczął krzyczeć na swoich piłkarzy by grali bardziej zdecydowanie. I oto faktycznie, w pole karne wbiegał Puha i został ścięty wślizgiem przez Gregroka. Nie było wątpliwości - rzut karny. Pewnym egzekutorem był Männikkö; jego strzał był tak silny że niezbędna była krótka przerwa w grze by wymienić siatkę. Na drugą połowę spotkania gracze Orła wyszli w bojowych nastrojach, było widać że pragną zmienić rezultat spotkania. I oto pierwsza akcja i poprzeczka ratuje krasnoludy. Moilanen daleko wykopał piłkę. Bardzo daleko, gdyż piąstkować musiał Sypniewski. Niestety, zrobił to tak nieszczęśliwie, że spadła pod nogi Tossavainena a ten wszedł z nią do siatki. 4:0 - krasnoludy satsyfakcjonował ten wynik toteż oddali inicjatywę jak i oddali się bez reszty swojemu ulubionemu zajęciu czyli "SfaulujCzłekaTakŻebySędziaNieWidział". Zemściło się to w 56 minucie, z rzutu wolnego zdobył bramkę Kupka - uderzył pewnie, na wysokości dwóch metrów, bramkarz był w stanie doskoczyć tylko dwadzieścia centymetrów niżej i piłka wpadła do siatki. Graczy Orła stać było na jeszcze jedną bramkę, zdobył ją w niecodzienny sposób Kasprzak - przeskoczył nad bramkarzem Krasnoludów, co umożliwiło mu oddanie celnego strzału. W Rantochii byliśmy świadkami świetnego spotkania, dużo bramek, dużo emocji i porażka faworyta - mam wrażenie że ,krasnoludy sprawią jeszcze niejedną niespodziankę w tym sezonie. Robert Czekański, trener Orła jako przyczyny porażki wskazał stres oraz nierówną murawę. Konferencję zakończył stwierdzeniem "Życie uczy nas pokory". Tym razem życie zostalo wyręczone przez drużynę krasnoludów - kto następny? ;]

FC Czarnolas - Pentagram Sola 3:0

Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego, kibice obejrzeć mogli mały show. Piłkarze Pentagramu wyszli na boisko w długich, powłóczystych, czarnych szatach z zawieszonymi na piersi medalionami w kształcie pięcioramiennej gwiazdy. Zebrali się w kręgu, wyciągnęli z rękawów zapalone świece i zaczęli tajemniczo szeptać. Nagle z głośników rozległ się znany przebój sarma-polo "Mam malinkę". Wtedy Solanie, poruszając się zmysłowo, zrzucili szaty, ukazując się w całej okazałości. Ich czarne spodenki podrygiwały rytmicznie, a kontrastowo czarne koszulki falowały namiętnie. Pentagram zebrał za to gorące owacje, szczególnie od grupy kibiców wandzkich. Pierwsza połowa meczu była zaskakująco wyrównana. Dobrze w defensywie grał Pentagram, słabo w ataku Czarnolas. W 23 minucie do akcji wkroczył sędzia, który pożałował Schweinsteigera i pokazał mu tylko żółty kartonik. Naszym zdaniem za swój faul powinien dostać dwie czerwone i kopa w tyłek na do widzenia. Po tym zdarzeniu obie drużyny miały kilka całkiem niezłych sytuacji w środku pola, ale były one brutalnie przerywane różnymi wejściami, nierzadko od tyłu. Początek drugich 45 minut był podobny do pierwszej połowy: ataki Czarnolasu i kontry Soli. W 54 minucie niejaki Donald, zwany Scottem, znów pokazał jakim jest miłującym bliźniego człowiekiem. Schweinsteiger prawie urwał nogę Barnessowi, ale sędzia wspaniałomyślnie mu to darował. Po interwencji liniowego podyktował jednak rzut karny, zamieniony na bramkę przez Reddingtona. Stracona bramka podziałała na Pentagram jak wieść o przybyciu rycerstwa na powstańców szkockich. W skrócie: próbowali zrobić wszystko, by zejść z linii ataku. Udało im się to bardzo skutecznie, Najpierw Betz uchylił się przed strzałem Greavesa, a zaskoczony bramkarz nie miał szans na jakąkolwiek interwencję. Minutę później ten sam Greaves wykonywał rzut rożny. Piłka trafiła pod nogi Gallena. Ten spokojnie przyjął ją na piątym metrze, a Solanie rozbiegli się we wszystkich kierunkach. Gallen, zdziwiony nieco, przerzucił piłkę nad osamotnionym Schweinsteigerem. Pentagram zdołał się jednak pozbierać i do końca meczu na bramkę Czarnolasu sunął atak za atakiem. Inna sprawa, że były one przeprowadzone nieporadnie, z polotem scholandzkiej doktryny wojennej i z takąż skutecznością. Nasz ulubiony Donald dał znać o sobie jeszcze dwa razy. Najpierw zupełnie z kapelusza pokazał żółtą kartkę Fordowi, a pod koniec meczu pomylił zółty z czerwonym, karając Boehnke'a.

RTS Dynamo Czekany - Kotwica Srebrny Róg 4:0

Dynamo Czekany podejmowało u siebie graczy Kotwicy Srebrny Róg. Przed spotkaniem doszło do incydentu, zamiast flagi Teutonii wniesiono flagę Scholandii [władze SLP kategorycznei wykluczyły możliwość powtórzenia meczu z tego powodu] co wzbudziło protesty Teutończyków. Mecz nie był porywającym widowiskiem, goście mieli widać bardzo ciężki sezon przygotowawczy gdyż ledwie powłóczyli nogami, a ich dwa jedyne strzały oddane w pierwszych minutach meczu nazywamy strzałami jedynie z kronikarskiego obowiązku. Pierwszą bramkę zdobył już w piątej minucie Florry Dermot wykorzystując niezdecydowanie obrońcy Kotwicy. Kotwiczanie nie byli w stanie wyjść z akcją na połowę rywali, świetnie funkcjonował odbiór w ekipie Dynama. W 13 minucie po zderzeniu czołowym z sędzią liniowym z boiska zniesiono Dziedzickiego. W jego miejsce na boisku zjawił się Cieć, niezbyt lubiany w drużynie ze Srebrnego Rogu. Nikt nie zauważył braku sędziego liniowego, co skwapliwie wykorzystali gracze Dynama, zdobywając drugiego gola z dwudziestometrowego spalonego. Szczęśliwcem był Hegarty. Trzecia bramka również padła w kuriozalnych okolicznościach, Dermot wymieniał piłkę z Connaughtonem po czym huknął z czterdziestego metra. Nie wiedzieć czemu bramkarz Kotwicy rzucił się w przeciwny róg - Dermot odtańczył taniec zwycięstwa. Po przerwie inicjatywę dalej posiadali gospodarze, jednak nie kwapili się z dalszymi atakami. W 64 minucie rzut z autu na wysokości pola karnego gości: piłkę wyrzuca Burke, nieporadnie interweniują obrońcy i głową kieruje piłkę do siatki Lynch. Kilka minut później była okazja na honorową bramkę dla gości, samobója bliski był bramkarz RTS-u. W 86 minucie w polu karnym Kotwicy zamieszanie - sędzia konsultuje się z arbitrem liniowym i dyktuje rzut karny dla Dynama za wulgarne odnoszenie się do przeciwnika. To wydarzenie bez precedensu w Sarmackiej piłce, sędzia Grüber słynący z drobiazgowości, jednak nieco przesadził. Sprawiedliwości stało się zadość, fatalnie spudłował Lynch, piłka trafiła w aut. Po mało ciekawym, jednostronnym spotkaniu poznaliśmy pierwszego samodzielnego lidera SLP. Jednak musimy przyznać że przeciwnik nie stanowiłby wyzwania nawet dla Słoneczka Playa. Na wymagających rywali Dynamo musi jeszcze trochę poczekać.

Sieroty z Morvenau - SS Zielnybór 0:2

Napisaliśmy, że mecz FC Zielnybór - SKP Lwy Krez był najnudniejszy w tej kolejce. Żartowaliśmy. Niestety. Szczerze mówiąc, gdy patrzymy na to z pewnej perspektywy, Zielnybór rozegrał z Krezem całkiem niezłe spotkanie. Przynajmniej w porównaniu z tym... Nie za bardzo chce nam się pisać o tym, co się działo na boisku. Bynajmniej nie dlatego, że jesteśmy leniwi. Jesteśmy, ale nie do tego stopnia. Ba! Ponieważ to pierwsza kolejka, chcemy nasza pracę wykonać jak najstaranniej. Chcemy dostarczyć Wam jak najrzetelniejszej relacji z każdego spotkania. Dlatego też z lupą szukaliśmy czegoś, co można by napisać o pierwszej połowie tego meczu. I wiecie co? Znaleźliśmy! Oto kluczowe informacje dla przebiegu spotkania do 45 minuty włącznie: zawodnicy przebiegli w sumie 2000 m, najdłuższe podanie miało 9,21m a wykonał je Maiyegun do Olise, piłka była najdalej 35 m od bramki drużyny posiadającej piłkę. Sędzia pokazał jedną żółtą kartkę, w 39. min za grę na czas. Po przerwie gra nieco się ożywiła, co przejawiało się w tym, że niektóre podania miały nawet 20 m, a zawodnicy poruszali się nieco szybciej. Pojawiły się nawet pierwsze strzały. Najlepszą okazję dla Sierot zmarnował w 63. min Solo, strzelając z dwóch metrów trzydzieści metrów nad pustą bramką. SS Zielnybór rozkręcał się jednak z minuty na minutę. W końcu, w 72. min Oraha podał prostopadle między nieporadnie ustawiające spalonego Sieroty, a Shamuel z łatwością wykorzystał okazję. Po tym zrywie gra znowu siadła, Morvenau nie miało pomysłu na grę, SS - chęci. W 93. min w tempie iście spacerowym Zielnybór przeprowadził coś, co z założenia miało być szybką kontrą. Nieniepokojony Hormis dośrodkował sprzed linii końcowej do osamotnionego Shamuela. Tymczasem fatalnie spisująca się obrona Sierot kryła w tym czasie obrońców Zielnyboru. Shamuel bez problemu wygrał więc pojedynek główkowy z... Maiyegunem i zdobył drugą bramkę dla SS.

KKS Zamek Grodzisk - KS Wandea 0:3

Musimy państwa przeprosić. I tym razem kłamaliśmy. Mecz Sierot z SS Zielnybor wcale nie był najnudniejszym spotkanie tej kolejki - był całkiem niezłym meczem w porównaniu do spotkania Zamku Grodzisk z Wandeą. Zaczęło się nieźle, gracze Zamku wyszli na boisko we frakach, odśpiewali pięknie hymn Sarmacji i przywitali brawami gości. Aż miło było patrzeć. Jak się okazało, później już patrzeć się nie dało. Do dwudziestej minuty sędzia ukarał za grę na czas tylko dwóch piłkarzy. Tylko, gdyż gra była porywająca niczym hodowla kapusty w Leblandii, a szybkością dorównywała poćwiartowanemu Kukułowi Inkaskiemu. W 30 minucie po wymianie dwunastu podań między obrońcami Shvetsov wykopał piłkę na oślep. Odbiła się ona od od słupka i trafiła Maksima Krivolova w głowę. Jako że Bukowski wtedy z Krivolovem rozmawiał, nie zauważył jak piłka zatrzepotała w siatce. To był pierwszy "strzał" w tym spotkaniu. Do przerwy wymieniono jeszcze trzysta siedemdziesiąt podań między obrońcami. Po przerwie wcale nie było lepiej, gracze Wandei z powodzeniem zagadywali piłkarzy Zamku i zdobywali kolejne gole. drugą bramkę tuż po przerwie zdobył ponownie Krivolov. Nie atakowany spokojnie poszedł z piłką do przodu i strzelił obok rozpaczliwie interweniującego bramkarza. Kilka minut później Wandejczykom udala się rzecz niebywała, zagadując graczy stojących w murze zdołali ich wywabić nieco za bardzo w prawo. Zelepukin uderzył silnie w niekrytą murem bramkę, piłka odbiła się od Klosego i było 3:0. Sędzia pokazał jeszcze dwie żółte kartki. Bijemy pokłon przed miłosierdziem arbitra. My tak nie potrafimy. Gracze Zamku Grodzisk powinni dostac nagrodę fair play - przez całe spotkanie nie oddali żadnego strzału na bramkę rywali. A tak ładnie śpiewali...

Graybox Srebrny Róg - KS Renifery Sola 3:2

Na stadionie w Srebrnym Rogu spotkały się dwie godne siebie drużyny. W spotkaniu było wszystko: krew, pot, emocje i bramki. Ale co z tego...? Goście wyszli na mecz zdeterminowani i dobrze zmotywowani. Mocno naciskali gospodarzy, a ci gubili się pod pressingiem. Dupa już 11. Minucie zarobił żółtą kartkę za ostre, ale niezłośliwe wejście między nogi Krasnala. 5 minut później nie popisali się grayboksowi obrońcy, których Skarbek minął z gracją kukuła inkaskiego. Kończący akcję strzał, Kucharski sparował na róg. Ten był wykonywany przez Malinowskiego, piłka przeszła przez całe pole karne, trafiła do zamykającego akcję Bronisza, a ten wpakował potężną bombę tuż pod poprzeczkę. Po tej bramce Sola cofnęła się w oczekiwaniu na kontrę. Na kontrę czekał także Graybox. Jak się okazało, była to metoda "na kamikadze", ponieważ obrona stanowiła najsłabszą formację obu drużyn. Za to atak Soli był śmiertelnie niebezpieczny, Skarbek z Broniszem raz po raz przechwytywali podania piłkarzy Srebrnego Rogu i dwójkowymi akcjami nękali bramkarza Grayboksu. Widząc nieporadność Srebrnego Rogu, Sola znów śmielej zaatakowała a duet Skarbek-Bronisz, wyręczył Solibieda, który dograł piłkę dokładnie na Dupę, a ten głową skierował piłkę do siatki. Na drugą połowę drużyny wyszły z czytelnymi intencjami. Graybox chciał za wszelką cenę zachować twarz, Sola - utrzymać wynik. Zawodnicy Srebrnego Rogu dość szybko opanowali środek pola, a dziurawa jak dreamlandzki ser obrona Soli popełniała błąd za błędem. W 56. minucie ręką w polu karnym zagrał Chojeński, a Frisk bez wahania wskazał na 11 metr. Szczoczarz przestraszył się jednak bliskości bramki i fatalnie przestrzelił. Graybox nie odpuszczał, a Renifery z minuty na minutę wyglądały coraz gorzej. W obronę własnej bramki zaangażowany był cały zespół. W 69. minucie stało się to, co się stać musiało. Skarbek sfaulował Szczoczarza 25 metrów od bramki. Do piłki podszedł Gołota, a ta po jego kopnięciu, jak sterowany samolocik, jak precyzyjny pocisk, jak rakieta ziemia-powietrze, znalazła drogę do bramki. Utrata gola zmotywowała Renifery, które poukładały jako tako swoją grę w środku, a Skarbek-Bronisz znów dali znać o sobie. Wyrównana gra nie trwała jednak długo, bo już w 80. minucie Pazura z Górskim krótkimi podaniami z klepki rozmontowali obronę Soli, a ten ostatni dosłownie wjechał z piłką do bramki. Trzecia, jak się okazało zwycięska, bramka dla Grayboxu padła w niecodziennych okolicznościach. Otóż po wznowieniu, niecelne podanie Grubskiego przejął Górski, podał krótko do Szczoczarza, a ten z ponad 40 metrów pokonał wysuniętego Głodnego. Graybox nie odpuścił do końca, zdołał podnieść się po pierwszej, nieudanej połowie i chwała mu za to! Trzeba jednak jasno powiedzieć, że obie drużyny zaprezentowały tragiczną grę w obronie oraz w środku pola i z pewnością żaden z nich nie będzie kandydatem do tytułu mistrza.

metadane
autor: Timios Kiechajas
opublikowano: 2006.06.23
link: LDKS