Scholik 3

Przygoda trzecia, w której Scholik dowiaduje się o zaletach wynikłych z posiadania zwierząt domowych, a historia zatacza krąg, podczas gdy Generał Keinschloss cierpi.


Kapitan Scholik usłyszał znaczące pukanie do drzwi. Bez namysłu otworzył. Za drzwiami stał mały, czarny kotek o długich wąsach i oczach koloru nadgniłej borówki.

Kot położył neseser na stół i rozsiadł się wygodnie na Scholikowym krześle ppanc wz. 1938.


Telefon komórkowy Scholika odegrał melodię z serialu „Szpital na peryferiach”. Kapitan zerwał się z łóżka i ruchem władczym i nieskomplikowanym podniósł słuchawkę.

Kondory nad Scholopolis znów zakrakały radośnie i skierowały się w stronę dzielnicy Berg um Belsen.


Scholikowi niezbyt podobały się zabytki kultury i sztuki. Z kultury najbardziej lubił śledzie po alexiopolsku i przesłuchania tego pisarzyny z Sarmacji zaraz po rewolucji komunistycznej, jak mu tam było…..Piwowski? Nie, Winnicki. Tak, lubił przesłuchiwać Winnickiego i kulturalnie wyłamywać mu… znaczy, wyjaśniać wyższość scholandzkiego systemu prawnego nad sarmackim. -Nie zwracać uwagi, powiadasz? To dlaczego masz na sobie ten kretyński płaszcz? Każda sarmacka gospodyni domowa widzi, żeś nie stąd i w ogóle inny.

Katter zasyczał przeciągle i napuszył ogon.

-Rasista - syknął - Zamiast się wymądrzać skocz mi po chrupki z kocimiętką!!!


Biuro eksportowe Państwowego Sarmackiego Urzędu Jakości przy ul. Alternatywy 5a prezentowało się wyjątkowo wrednie. Piękne, świeżo odnowione elewacje 18-wiecznych kamienic, wraz z płaskorzeźbami przedstawiającymi scenki rodzajowe z „Sarmasutry” budziły w Scholiku i Katterze uczucie zazdrości.


Rozdzielili się w okolicach posesji nr 7. Każdy z nich miał w uchu nadajnik radiowy marki Scholdig, w ustach zaś mikrofon, dzięki czemu mogli się porozumiewać. Scholik ukrył się za rozłożystym niczym baobab domofonem przy bramie wejściowej do zakładu rekultywacji literackiej, zaś Katter oznajmiwszy iż idzie przebrać się w strój maskujący zniknął w studzience ściekowej.

Ulicą przejeżdżały liczne samochody, tłumy przechodniów zaś spacerowały od wystawy do wystawy, co nieco martwiło Scholia, starającego się wtopić w konary domofonu, by nikt go nie dostrzegł. Cóż, mundur paradny oficera scholandzkiej milicji nie ułatwiał mu zadania, jednak już w Akademii Milicyjnej wykładowca kultury maskowania, profesor von dem Leszcz mawiał „Gdy nie wiesz, gdzie się skryć- szukaj domofonu”. Scholik był więc w miarę spokojny.

Ulica wyglądała całkiem zwyczajnie. Eleganckie płaszcze sarmackich mężczyzn i garsonki ich kobiet nieco nużyły kapitana, który korzystając z okazji przejrzał najnowszy numer przygód „Supermina”, przezornie kupionego na lotnisku w Scholopolis. Gdy skończył czytać zauważył, jak zza rogu wychodzi Pamela Anderson w obcisłej, zielonej koszulce rozdartej w okolicy lewego sutka i poszarpanych spodenkach z jasnego, marmurkowego dżinsu. Zaskoczeni przechodnie wpatrywali się w Pamelę, ich towarzyszki zaś precyzyjnymi ciosami torebek zmuszały ich do radykalnej zmiany kierunku tych spojrzeń. W połowie ulicy dopadł Pamelę jakiś łowca autografów, ta jednak zręcznym chwytem judo cisnęła go na zaparkowany nieopodal samochód. Ku zaskoczeniu Scholika słynna aktorka pewnym krokiem podążała w jego stronę.

-Pssst, to ja, Katter- powiedziała Pamela. Możemy wchodzić na obiekt.

Scholik patrzył na Kattera z szeroko otwartymi ustami.


Rajmund Kowalski pełnił tego dnia służbę wartowniczą na terenie Kotwickiego Przedsiębiorstwa Wodociągowego. Oglądał właśnie w telewizji koncert Grodziskiej Orkiestry Książęcej, pod batutą Tomasza Golińskiego, gdy do budynku weszli Pamela Anderson i scholandzki milicjant w mundurze paradnym, z sępimi piórami u pagonów.

-Dzień dobry- Pamela uśmiechnęła się promiennie – Czy moglibyśmy wykraść Państwu jakieś tajemnice narodowe? -To niestety niemożliwe - odrzekł Rajmund.

Pamela wyciągnęła pistolet i przysunęła mu do potylicy. -A ja Ci mówię, że możliwe. Prowadź do Sali Tajemnic! -Nie mamy tu Sali Tajemnic! -Aha! A ja jestem Pamela Anderson. Każde przedsiębiorstwo wodociągowe ma Salę Tajemnic! - nieudolnie nałożony przez Kattera puder wzbijał się płonną chmurką w powietrze za każdym razem, gdy porucznik podnosił głos. -No dobrze- zrezygnowany Kowalski podążył w stronę plątaniny korytarzy, śledzony uważnie przez Kattera, który porzucił niewygodny strój Pameli i mknął bezszelestnie za zakładnikiem, otrzepując z wąsów resztki szminki.

Scholik wyjął makarowa i kontemplował osiągnięcia sarmackiej techniki wodociągowej, idąc w ślad za Katterem. Nagle usłyszał znaczący szept zza rogu.

-Panie kapitanie! Panie kapitanie, to ja, Różogórowa! -Pani Różogórowa kochana!- Scholik podbiegł do drzwi, zza których promiennie uśmiechała się zażywna niewiasta w wieku lat niespełna siedemdziesięciu, w stroju konserwatora powierzchni płaskich, o czym świadczyła zwłaszcza służbowa chusta z logo KPW. Różogórowa była jednym z najcenniejszych ogniw jego siatki szpiegowskiej na terenie Sarmacji. W roku 1958 zwerbował ją w sanatorium w Złotym Wybrzeżu sam generał von Keinschloss, wówczas ledwie chorąży sztabowy.- Od kiedy Pani pracuje w Kotwiczu? -Panie kapitanie, ja jestem kobieta pracująca- zawołała Różogórowa- Przeniosłam się tu rok temu, bo w tym Grodzisku nie da się jednak długo wytrzymać. Ja to lubię, wie Pan, zakłady przemysłowe. Mnie tam od zabytków strzyka w stawach. -Rozumiem. A ma Pani coś dla mnie, przypadkiem? -A przypadkiem mam. - Różogórowa jęła szukać czegoś w przepastnych otchłaniach swego fartucha, by wreszcie wydobyć zwinięte w rulon tajemnicze papiery. - Akurat odkurzałam plany sarmackiej bomby Atomowej, może się Panu przyda? -Znakomicie, Pani Różogórowa, nie wiem co bym bez Pani zrobił. -Ależ nie ma sprawy, kochaneczku. Numer konta mam ten sam.

Scholik ucałował niewiastę w rękę i pognał za Katterem, by oznajmić mu radosną nowinę.


-A więc mówisz, że mamy plany ich bomby atomowej? – wyraźnie uszczęśliwiony Katter konsumował statecznie porcję Whiskasa z Ostrygami przy stoliku w lokalu kontaktowym. -Tak - powiedział Scholik- Nie ma to, jak odpowiedni agenci! Wy, w SSB, nie doceniacie pracowników niższego szczebla. Nie można wiecznie werbować generałów i premierów. Wśród agentury też musi być jakaś równość!

-Rosenberg- odpowiedział Scholik.

Metadane
autor: Michaś Winnicki
data: chujwie
link: publikowane w AbOvo, brak linku
uwagi: Kultowa seria literacka, znana jako najważniejszy przykład literackiego antyscholandyzmu.