CzWand 2008 O rozwoju społeczeństw

Czerwony Wandystan Nr 9, 10 styczeń 2008

Publicystyka -

Aborcjusz Struszyński:
O rozwoju społeczeństw




Towarzysze! Na początku każdej wirtualnej państwowości jest akt kreacji. Twórca zakłada grupę (listę) dyskusyjną, tworzy zalążki stron www, a na nich, przy pomocy tekstu i niekiedy jakiś obrazków, tworzy wstępny klimat. Oczywiście, twórca ma z tego tytułu pewne przywileje, takie jak dostęp do serwera, na jakim mieszczą się pliki stron www, czy też uprawnienia administracyjne na liście. Tworząc klimat v-państwowości, twórca, jako pomysłodawca, autor i posiadacz stosownych uprawnień, niejako prawem naturalnym, ogłasza się szefem. Zależnie od stworzonego klimatu, tytułuje cię cesarzem, królem, księciem, papieżem, czy jakkolwiek inaczej, podkreślając przy tym, że cała moc decyzyjna, wykonawcza i sądownicza spoczywa w jego rękach.

Tak długo, jak długo populacja takiego v-państewka liczy sobie dwie, trzy, a może i cztery osoby, łącznie z twórcą, sytuacja taka jest dopuszczalna. Początkowo bowiem można mówić, że „sytuacja jest rozwojowa”. Z biegiem czasu, jeśli sytuacja ta się nie zmienia, staje się jednak jasne, że kraj taki jest jedynie tworem v-państwopodobnym, nie potrafi zainteresować nikogo innego poza samym twórcą. Jednakże, jeżeli jest on atrakcyjny, ma miejsce napływ ludności i twórca może podziwiać z dumą efekty obecności v-mieszkańców, zazwyczaj jako mniej, czy bardziej regularne posty na liście dyskusyjnej. Jest to wówczas moment krytyczny, w jakim ma szansę narodzić się realna mikronacja, choć oczywiście nie jest to całkowicie pewne. Mikronacja powstanie tylko wówczas, gdy w dane v-państwo angażuje się jeszcze kilka innych osób obok samego twórcy-założyciela, które poświęcają swój czas, wysiłek i inne zasoby w rozwój kraju. Nie tylko czerpią i biorą to, co jest, ale i tworzą nowe rozwiązania, realizują własne przemyślenia. Koncepcja v-państwowości twórcy spotyka się z wizjami aktywnych obywateli.

Twórca-założyciel słusznie czuje, że v-państwo jest „jego”. Zarazem aktywni obywatele, wnosząc własny pot, krew i łzy, również czują, że rozwijają „swoje” v-państwo. Tak oto rodzi się naród, stopniowo integrujący się i identyfikujący się ze "swoją" ojczyzną. Moment krytyczny znajduje się w tym punkcie – czy twórca-założyciel dopuszcza do głosu mieszkańców „swojego” kraju, czy pozwala im realizować nie swoje przecież pomysły, a jeżeli tak, to na ile im pozwala. Jest rzeczą oczywistą, że prawdziwe społeczeństwo można zbudować tylko wówczas, kiedy potencjalnie każdy może się zaangażować i wnieść własną cegiełkę do całości. Wówczas wszyscy czują, że ich dzieło jest efektem ich pracy i poświęcenia, jest ich własnym dobrem, o jakie należy dbać.

Tymczasem okazuje się, że z różnych powodów twórca-założyciel rości sobie prawo do bycia największym szefem, szefem po wsze czasy, panem i władcą. O ile ma to charakter symboliczny, jest to zrozumiałe. Najczęściej jednak twórca taki staje się tyranem, władzą absolutną, zastrzega sobie ostateczną moc decyzyjną we wszystkich aspektach. Może to uczynić, ponieważ posiada przywileje, jakich nikt inny posiadać nie może. W efekcie powstać może sytuacja, jaka jest tragiczna dla rozwoju społeczności – każdy obywatel, bez względu na to, jak bardzo nie będzie się angażował, będzie jedynie poddanym, sługą, pachołkiem, wyrobnikiem. Bez względu na trudy jakie przecierpiał w budowie swej ojczyzny, bez względu na to, ile ojczyzna mu zawdzięcza, w każdej chwili może zostać ocenzurowany czy usunięty z listy dyskusyjnej, z forum, wymazany z rejestrów itd. Tyran może dyrygować obywatelami jak marionetkami, obywatele stają się niczym innym, jak jedynie lalkami, którymi ten się bawi. Mieszkańcy i całe v-pańśtwo stanowią wówczas dodatek do chorej, dziecinnej i neurotycznej zabawy tyrana.

Twórcy o większych walorach intelektualnych są bardziej świadomi. W celu lepszego rozwoju „swego” dzieła, usiłują utworzyć fragmentaryczne więzi społeczne po przez wyróżnienie wąskiej klasy wyższej wśród mieszkańców. Elita ta, burżujstwo, jest przez twórcę wybierana z najbardziej aktywnych i zasłużonych obywateli. Despota wiedząc, jak bardzo jest ważne, aby aktywni obywatele utożsamiali się z v-państwem, wszak dzięki temu więcej i lepiej pracują na rzecz kraju, i są w stanie znieść więcej trudu i wysiłku, jak i stawać w jego obronie, tworzy im iluzoryczne przywileje. Kasta burżujska staje więc wyraźnie wyżej od reszty mieszkańców. Ma to cel wyłącznie psychologiczny, często głupi burżuj czując tą „lepszość” i „wyższość”, manifestującą się w nazewnictwie, w tytułach, w obyczajowości nakazującej innym poniżenie i usługowośc wobec burżujstwa, jest już w pełni zaspokojony i staje się całkowicie poddany woli i działaniom tyrana. Będzie takiemu zawsze przytakiwał, będzie go wychwalał i potwierdzał słuszność niesprawiedliwych decyzji, krzywdzących przeciętnego mieszkańca, byle tylko zachować tę ułudę wyższości.

Sprytniejsi władcy zdają sobie sprawę, że nie można zbudować sztabu wiernych psów tylko z głupiego burżujstwa, stąd też niekiedy dostarczają im innej ułudy, iluzji cząstki władzy. Władca tworzy skomplikowane przepisy prawne, w jakich zawiera, że burżujstwo stanowi element administracji publicznej, stanowi instytucje podejmujące pewne decyzje. Oczywiście burżujstwo jest zachwycone, ponieważ po raz kolejny daje się omamić i nie zwraca już uwagi, bądź też pomniejsza znaczenie takich zapisów, z jakich wynika, że podejmowane przez nich decyzje nie są wiążące, nie są ostateczne, lub też nie mają żadnego znaczenia ani mocy prawnej.

W rzeczywistości zabieg ten polega na stworzeniu kolejnej psychologicznej iluzji - nakładki na tę poprzednią. Konstrukcja procedur legislacyjnych jest bowiem taka, że o wszystkim wciąż decyduje tyran. Burżujstwo takie w skrytości pozwala sobie snuć fantazje o tym, że teraz jest podobnie ważne jak sam tyran, może z nim współrządzić i dyktować mniej ważnym mieszkańcom, co też ci mają robić. W rzeczywistości jednak, gdyby zechcieli podejmować realne decyzje, czeka ich ostre rozczarowanie – największy decydent mocą ustanowionych przez siebie przepisów prawnych albo ignoruje ich decyzje, albo nie nadaje im mocy prawnej, albo odwołuje konkretne jednostki z urzędu. W ostateczności może posłużyć się wciąż przecież posiadanymi magicznymi uprawnieniami!

Tymczasem realne społeczeństwo mikronacyjne powstanie tylko wówczas, kiedy aktywni obywatele, wnosząc swój czas i wysiłek, nie będą musieli mierzyć się z poczuciem niższości i bezradności wobec jakiegokolwiek tyrana. Obywatele tacy będą wówczas połączeni prawdziwymi więzami wspólnoty, zaś tworzone przez nich v-państwo stanie się żywym, dynamicznym organizmem, mikronacją. Obywatele tacy nie będą musieli się uciekać do zastępczych iluzji, ponieważ świadomość, że każdy z nich odpowiada za losy swej wirtualnej ojczyzny i na barkach każdego z nich spoczywa moc kształtowania przyszłych jej losów, będzie najwyższą nagrodą. Nie godzi się, aby ktokolwiek, dołączając się do v-państwa, musiał być kimś po wsze czasy gorszym i zależnym od kaprysu i przypodobania się tyranowi. Mikronacja bowiem to dzieło wszystkich, trud i wysiłek całej społeczności, nawet, jeżeli najcięższe koszta ponoszą tylko najaktywniejsi. To jest zabawa całości, a nie jednej osoby kosztem pozostałych.

Każde v-państwo winno zmierzać do uświadomienia sobie, że prawdziwe i najbardziej optymalne więzi utworzy się tylko w realnych procesach grupowych, a nie siłą iluzji psychologicznych, czy nakazem. Nie można zmuszać ludzi do tego, aby bawili się tak, jak im ktoś nakaże. Wszyscy bowiem mają szansę wzajemnie się dogadać i wspólnie ustalić, jak chcą się bawić. A co najważniejsze, właśnie to, że jest to możliwe, daje największą satysfakcję. Pełne społeczeństwo mikronacyjne jest więc możliwe do zbudowania tylko tam, gdzie nie ma tyranów, gdzie nie ma podziału klas, gdzie decyzje podejmuje się wspólnie. Każde v-państwo winno dążyć do osiągnięcia takiego stanu. Demokracja wyrażająca sprawiedliwość społeczną jest najwyższym stadium rozwoju społeczności mikronacyjnej. Jest coś pięknego i wspaniałego w tym, kiedy osoba dołączająca się do danego v-państwa uświadamia sobie, jak wiele może od niej zależeć.

Jest to zarazem niepokojące. Obecność tyrana pozwala na pewne poczucie bezpieczeństwa – oto jest tatuś, czy mamusia, która prowadzi nas wszystkich za rączkę. Takie v-państwo to nie mikronacja, to przedszkole. Kiedy możność decydowania o wszystkim, a więc także i o najistotniejszych, życiowych kwestach, jest zależna od wszystkich, rodzi się prawdziwa więź i poczucie odpowiedzialności. Oto sami sobie jesteśmy panem i władcą, królem i poddanym. My jesteśmy tatusiem i mamusią. Zapewne ktoś powie, że takie v-państwo może być czasami niestabilne. Przecież obywateli może ubyć, aktywność ogólna wszystkich podupaść, itd. Ale równie dobrze może podupaść aktywność tyrana, a wówczas biada takiemu przedszkolu, do którego pewnego dnia pani już nie przyszła! W społeczności rządzącej się samodzielnie jest przecież więcej mieszkańców, niż jeden tyran, i każdy z nich może „stanąć na wysokości zadania” w sytuacji trudnej. Może tym bardziej, kiedy istnieje prawdziwa świadomość społeczna, więź i poczucie odpowiedzialności. Jest coś cudownego w tym, kiedy możemy samodzielnie kształtować naszą wspólną v-ojczyznę i nie musimy martwić się tym, co jakikolwiek tyran i władca ma do powiedzenia.

Na dzień dzisiejszy takiego idealnego v-państwa nie ma. Ale wiele społeczności uświadamia sobie konieczność dziejową nieuchronnego postępu. Bo prawda jest taka, że v-państwo może rozwijać się w kierunku coraz większej demokratyzacji i podziału władzy. W przeciwnym wypadku stanie się skostniałym, zwapnionym i cuchnącym stęchlizną bytem, jaki zatrzymał się na drodze własnego rozwoju. Zacofanym siedliskiem spróchniałej reakcji. Każdy normalny i zdrowy, emocjonalnie zrównoważony twórca v-państwa prędzej czy później musi dojrzeć w swej miłości do własnego dzieła i niczym autentycznie kochający rodzic pozwolić swemu dziecku stanąć na własnych nogach. Era wolnych i sprawiedliwych społecznie, demokratycznych mikronacji, których obywatele samostanowią o swoim losie, nadchodzi! Oby nadeszła szybko. Oby nadeszła wszędzie!