CzWand 2007 Tryk i bumpryk

Czerwony Wandystan Nr 4, 16 lipca 2007

Opowiadanie -

Aborcjusz Struszyński:
Tryk i bumpryk




Razu pewnego, było sobie ciepło. Wiał nawet lekki wiaterek. Taki chłodny, przyjemny. Niejaki Tryk, wysoki, acz garbaty, mechanik, od kół zębatych ekspert, szedł sobie ulicą. Gwizdał coś. Ręce miał w kieszeniach. Chyba był wesoły. Szedł sobie, co jakiś czas podskakując, wzdłuż wyludnionego chodnika. Z drzew przyjaźnie ćwierkały ptaki. Jeden nawet, zapewne też przyjaźnie, wzbił się w górę, zatrzymał się, zaćwierkał, po czym ruchem wirowym sfrunął nad głowę Tryka i nasrał. W dzień ten nic już ciekawego się więcej nie wydarzyło.

Mijały kolejne godziny, czas dłużył się niesamowicie. Tryk czekał. Gdyby był palący, zapewne wypaliłby całą paczkę papierosów jeden za drugim. Ale nie palił. Gdyby miał nawyk drapania się po głowie, zapewne by się nieustannie drapał. Ale nawyku nie miał. Po prostu czekał i niecierpliwił się tak, jak umiał. A umiał się dobrze niecierpliwić. Ho! Nikt tak jak on nie umiał! Bo to mistrz był. Prawdziwy wirtuoz niecierpliwości. Wszyscy by mu tego zazdrościli, gdyby tylko wiedzieli. Lecz on się nie zdradzał. Czekał.

Listopad do ciepłych dni nie należał. Ale też zimno nie było. Właściwie to było tak nijako, czasem coś powiało chłodem, liście z drzew zmiotło, ale czasem jeszcze jakieś promienie ciepłego słońca się jeszcze przedrzeć zdołały. Tak czy inaczej, nic się w tedy nie wydarzyło.

W styczniu Tryk więcej czasu spędzał w pracy. Po godzinach zostawał. Dłubał coś w kołach zębatych, nikt nie wiedział co. Zawsze siadał tyłem do innych, tak że nikt nie widział właściwie nad czym i jak, co on tam. Kiedy już wychodzili, chcieli gasić światło, to zawsze ktoś kątem oka dostrzegł skuloną i zgarbioną sylwetkę, wciąż siedzącą tam, gdzie rano. Więc wychodząc nie gasili. Tryk zaś tak siedział jeszcze z godzinę, i to on zawsze gasił. Jako ostatni, wychodził gdy już nikogo innego nie było. A szedł do domu szybko, bo już i ciemno i zimno, i jakoś tak nie ciekawie. A i żadne ptaki nie ćwierkały. Ani nie przelatywały nad głową. Tryk zawsze zadzierał już głowę do góry, lecz nie dostrzegał żadnych zagrożeń.

Minął rok i znów był styczeń. Tym razem nico zimniejszy, niż ostatnio. Śniegu dużo było. Na każdym rogu stał jakiś bałwan, ale nie każdy miał marchewkę. Lecz właściwie to ta historia nie jest o tym. Trzeba bowiem wiedzieć, że w tym samym czasie, jakieś 300 mil na północ od miejsca pracy Tryka, obradowali obradnicy. Oni zawsze obradują. Jak jeden mówi, reszta słucha. A potem mówi ktoś inny. Czasami dopowiadają mówiącemu. Zupełnie bez sensu, ale to już nie jest ważne. Siedzący po środku spisywacz spisuje, kto i ile razy coś dogadał. Na podstawie tego zapisu obliczane są następnie punkty dyskusji. Pod koniec każdego miesiąca ma miejsce podsumowanie. Wówczas wszyscy się zbierają, i w tym jednym dniu nie obradują, lecz czytają uważnie zestawienia punktacji. Czytają w milczeniu, w dużym skupieniu i w nerwach. Ale niepotrzebnie. Bo punktacja nie jest ważna. Losowo wybierany jest jeden spośród nich i temu właśnie przypada tytuł Najbardziej Wypunktowanego. Wydzielana jest mu nagroda, robione zdjęcie. Rozdaje autografy.

Ale właściwie o tym ta historia też nie jest. Cała sprawa rozchodzi się o to, że w tym tam jest tyle, tak dużo, że nie wiadomo co by można było z tym ten tego. Słonie co prawda nie latają, ale też pierdzą. Gdyby ktoś dobrze pomyślał, to by nie mógł pomyśleć źle, aczkolwiek zdarzały się i wciąż zdarzają się wyjątki, jak na przykład w celach pokazowych tylko, tak dla potrzeb demonstracyjnych, aby to jakoś zilustrować, żeby było łatwiej pojąć, i wszystko jasne. Ponieważ przecież, a i tak wystarczy. No i właśnie wtedy pojawił się bumpryk i wyrażając dużą dezaprobatę oddał kilka radosnych salw armatnich na cześć.
- Wiwat! Wiwat! A niech to strzęśnie! - Zawołano w milczeniu.
Wówczas z oddali, na błękitnym rumaku, przygalopował jeździec w zwykłym blaszanym kasku na głowie, zrobionym z wiadra i chochli. Zastukał pięścią trzy razy w tę blachę, aż poniosło blaszanym odgłosem puski.
- Hej hej, zobacz, czy ty to widzisz? - Zapytał sam siebie.
- O tak, widzę, widzę! - Sam sobie odpowiedział. Dopiero wóczas podniósł polietylenową przyłbicę i aż oniemiał. Jego oczom ukazał się taki oto widok:

KONIEC .

A w międzyczasie nieopodal wylądował pilot gołębia.