CzWand 2007 Tryk i Juefoł

Czerwony Wandystan Nr 5, 21 lipca 2007

Opowiadanie -

Aborcjusz Struszyński:
Tryk i Juefoł




Tryk jak zawsze spędzał dużo czasu siedząc tyłem do innych i majstrując coś z kołami zębatymi. Bo to mistrz był. Od kół zębatych ekspert. Całe dnie potrafił tak spędzać. Inni już dawno dali sobie spokój. Nikt do niego nie podchodził. Czasem tylko ktoś się na niego oglądnął.

Dnia pewnego upalnego, ktoś poklepał go po ramieniu. Tryk jednak nawet nie spojrzał. Ba, w ogóle nie zareagował. Majstrował sobie coś dalej, jakby nigdy nic. Dopiero ponowne klepnięcie sprawiło, że przestał czynić to, co czynił. Jakby zamarł. Pomyślał, że to ktoś przypadkiem, że może słabo się komu zrobiło, albo jakoś tak. Właśnie, słabo się komu zrobiło i się oparł. Takie upały przecież. Tak sobie Tryk pomyślał, po czym wrócił do swej pracy. Nie obejrzał się.

Tymczasem inni zareagowali. Rzucili wszystko, co mieli w rękach, pochowali się pod stoły, do szaf, wybiegli. Ci co pozostali, patrzyli z ukrycia na to, co się dzieje. Tryk nie patrzył, zajęty był swoimi kołami zębatymi. Całkowicie pochłonięty pracą. Nie zwracał uwagi na nic. Majstrował coś, jak zawsze. Ale inni wszystko widzieli. I byli przerażeni. Tryk w pewnym momencie też spostrzegł. Inaczej nie mógł. Nikt by nie mógł tego nie zauważyć.

Majstrując przy kołach zębatych Tryk poczuł delikatne musknięcie na swoim ramieniu, zaś następnie, kątem oka ujrzał, jak jakieś podłużne coś, niby jakieś szczypce, zbliża się do koła zębatego. A koło zębate Tryk trzymał w swoich dłoniach. Ponownie zaprzestał czynić co czynił i zamarł. Owo podłużne coś szare było. I na końcu rozchodziło się w trzy strony. Dwa z tych zakończeń były dłuższe, trzecie krótsze. A na końcach tych zakończeń zgrubienia miało. Jakby kuleczki. Owo podłużne coś dotknęło koła.

Tryk był zdumiony i zdziwiony. Nigdy nikt mu nie przeszkadzał w pracy. Lecz zawsze pierwszy raz być musi. Pewnie dzieje się teraz. To pewnie jakiś dowcip. Tak właśnie Tryk pomyślał, odepchnął to szare i podłużne coś i wrócił do pracy.