Grosse Nacht Gluck

Grosse Nacht Gluck. Wielu z was o młodzi (i mniej młodzi, acz krótką pamięcią przez Wandę obdarzeni) pewnie od razu zapyta cóż to takiego, jakież to święto i co upamiętnia? Nie mnożąc zbędnych wstępów i przydługich kazań na temat haniebnie krótkiej zbiorowej pamięci wandejskiej, od razu do rzeczy przechodzę. Najpiękniej o co w Grosse Nacht Gluck chodzi, przypomniał w Roku Wandowym dwa tysiące szóstym, Ojciec Świecki Sami Urban I i jego niniejszym opis z przyjemnością przytaczam:

(...) To w tym czasie właśnie Tow. Wanda pokonał w bitwie pod Wzgórzami Stempniewickimi sprzymierzone siły dreamlandzko-scholandzkie, które w nieludzki sposób traktowały zamieszkujących tamtejsze tereny Celtów. Pamiętajmy o KL Morvenau. Nie słuchajmy głosicieli kłamstwa morvańskiego. Oddajmy hołd pomordowanym druidom ale także dzielnej Sarmackiej Armii Ludowej i zreorganizowanej Gwardii Książęcej, które ramię w ramię dając dowody bezprzykładnej, brawurowej odwagi i przelewając krew, pot i łzy za sprawę wyzwolenia proletariatu sarmackich narodów odzyskały dla macierzy celtyckie ziemie i poniosły światu wiadomośæ o zbrodniach okupanta. (...) Święto Grosse Nacht Gluck to jednak nie tylko pamięć o bitwie, ale także o imprezie, którą urządzili dzielni towarzysze po rozgromieniu imperialistów dreamlandzko-scholandzkich. Pamiętniki towarzysza sierżanta Jeremiego Badury dały nam możliwość wejrzenia w obraz biby, która rozegrała się w pobliżu miejsca potyczki. Tow. Jeremi w prostych, żołnierskich słowach opisuje wydarzenia tamtego wieczora i kolejnych dni. Wspomina o znalezionych w taborach wroga beczkowozach ze spirytusem. Cytuje obszerne fragmenty przemówienia Tow. Wandy do zwycięskich bojowników SAL i GK. Zapamiętuje fakt, że do spirytusu nie było żadnej zagrychy, a w taborze znaleziono jedynie kilka kur. Impreza wedle słów pamiętnikarza trwała ponad tydzień, przez ten czas dzielni wojacy opróżnili cały zapas spirytusu zakąszając go jedynie okazyjnymi jajkami od kur, których nikt nie miał serca zamordować. Kury nie były przecież ani dreamlandzkie ani scholandzkie, więc miały prawo do życia. Do łez doprowadza czytelnika opis łamania lodów podczas dzielenia się jajkiem, którym towarzysz kapral SAL Stefan Winnicki poczęstował kapitana GK barona Zygmunta Nowickiego.

Towarzysze. Łamiąc się jak co roku jajkiem w to ruchome święto (ścisłej daty bitwy pod Wzgórzami Stempniewickimi ze zrozumiałych powodów nie miał szans zapamiętać żaden z jej uczestników, jednak wiadomo że było to zaraz po pierwszej wiosennej pełni księżyca) i radując się w czasie tradycyjnej biby (podczas której wyjątkowo poluzowujemy zwykłe wandejskie obyczaje dotyczące spożycia trunków wyskokowych), nie zapominajmy o cierpieniach naszych braci Celtów umęczonych pod reżimem nadziejańskiego bezguścia (uwaga, zbrodnia na estetyce, link tylko dla ludzi o nerwach ze stali), a także o innych narodach deptanych ciężkim butem monarchofaszysty. Zastanówmy się też nad przemijaniem (warto przywołać tu metaforę kota liniejącego na wiosnę, autorstwa ówczesnego archiksięcia Mirii, tow. Winnickiego) i nad możliwościami współpracy ponad wszelkimi granicami, w walce przeciwko wspólnemu wrogowi.