Jądro w Ciemności 2.7

Rozdział VII – „Ride the lightning”

Sytuacja na przyczółku nie nastrajała optymistycznie. Nikt nie spodziewał się tak silnego oporu ze strony faszystów. Wojsko na plażach było całkowicie zdezorganizowane, morale leciało na łeb na szyję. Misio utracił kontakt ze swoją kompanią, którą niby miał dowodzić. Obok niego leżeli tylko członkowie jego osobistej drużyny i niedobitki pierwszego plutonu. Dalej, leżały plutony kompanii, o których Misio nawet nie słyszał. Należało działać jak najszybciej, trzeba się było wyrwać z plaży. Ale jak tu atakować, kiedy nie można nawet podnieść głowy? Misio musiał improwizować. Przygwożdżony ogniem przeciwnika, leżał teraz na plaży, ukryty za obwałowaniem brzegu i planował. Najpierw musiał jednak wiedzieć, co jest za owym obwałowaniem. Jeden bunkier, ten ze snajperem, mieli już zlikwidowany. Misio myślał, że będzie go można użyć jako odskoczni do dalszego ataku, ale ogień wroga był tak silny, że musieli się wycofać na plażę. Potrzebował miotaczy ognia, przypomniał też sobie o kolejnej sztuczce, którą nauczyli go na wspólnych manewrach żołnierze piechoty morskiej. Otóż do rozbijania bunkrów idealnie nadawały się kostki trotylu, które miały ze sobą drużyny saperskie. Misio zaczął działać.

Najpierw przekazał dwóm plutonom znajdującym się obok jego własnego, że od teraz on przejmuje dowodzenie i że są tymczasową kompanią. Poinformował też dowódców plutonów o swoim planie. Potrzebował tylko trotylu i miotaczy ognia. Te drugie mieli na stanie chłopaki z innego oddziału, toteż Misio rozkazał przydzielić po jednym miotaczu na pluton. Trotyl również znalazł się, żołnierze wyciągnęli go z rozbitego aligatora, w którym prawdopodobnie była drużyna saperska. Trzeba było jeszcze tylko ocenić sytuację za załomem... Misio zebrał się w sobie i z najwyższą odwagą wystawił głowę, aby zobaczyć co się dzieje. Jego oczom ukazały się dwa wielkie bunkry, każdy uzbrojony w dwa kaemy, które pluły ołowiem w stronę plaż. Dalej w głąb znajdowały się dalsze blokhauzy, niektóre wyposażone były nawet w działa. Misio widział szansę na dotarcie do bunkrów okopami, które zostały wykopane przez wroga, aby piechota mogła tam odpierać desant. Ale, że żadnej piechoty w okopach nie było, te stanowiły idealne drogi do natarcia, gdyż prawie bezpośrednio łączyły się z bunkrami. Trzeba było tylko przeskoczyć nad obwałowaniem, przebiec jakieś pięćdziesiąt metrów po otwartym terenie i już było się w okopie. Ten pierwszy etap natarcia był najtrudniejszy. „Bułka z masłem” pomyślał ironicznie Misio i zaczął się modlić. Robił to po raz pierwszy od nie pamiętał kiedy... Wojna za bardzo odciągała go od religii, ale teraz bał się jak nigdy przedtem. Czuł, że może zginąć, nigdy wcześniej tego się nie obawiał.

Misio wyjaśnił żołnierzom, co ich teraz czeka. Próbował im dodawać otuchy, mówił że muszą wyrwać się z tej plaży, bo inaczej wróg ich wystrzela. Musieli nacierać, za wszelką cenę, nie zważając na straty. Poza tym, zbliżała się godzina kiedy na plażę miał dotrzeć drugi rzut desantu. Wtedy wybrzeże byłoby niemiłosiernie zatłoczone, łatwiej byłoby wtedy zmieść żołnierzy z powrotem do morza, a to nie wchodziło w rachubę. Liczyło się tylko zwycięstwo. Misio rozkazał uformować drużyny szturmowe. W pierwszym rzucie mieli nacierać żołnierze z bronią maszynową, z granatnikami i oczywiście miotacze ognia. Musieli oni szybko zniszczyć bunkry, tak aby reszta tej zaimprowizowanej kompanii mogła nacierać dalej. Pewną szansę na przebycie tych pierwszych pięćdziesięciu metrów, były leje po pociskach, które dawały pewną ochronę. Misio chciał je wykorzystać do natarcia i dotrzeć do pierwszego okopu w szybkich skokach, od jednego leja do drugiego. Było to trudne, ale wykonalne. Misio zarepetował swojego thompsona, sprawdził swój pistolet i wziął głęboki oddech. Z kieszeni kurtki wyciągnął gwizdek i zagwizdał ile sił w płucach. Nacierali !

Pierwszy żołnierz, który przeskoczył obwałowanie, szybko zginął trafiony. Ale następni mieli szansę, bo ten pierwszy, ten straceniec, ściągnął na siebie ogień przeciwnika. Misio szybko przeskoczył obwałowanie i pobiegł ile sił w nogach w stronę najbliższego leja. Razem z nim dotarło tam paru chłopaków, w tym miotacz ognia. Niektórzy dotarli do innych lejów, niektórzy nie mieli tyle szczęścia. Misio wiedział, że nie mogą dłużej leżeć w tej dziurze, do okopów już niedaleko ! Wszędzie wokół nich świstały kule. Cały ten spektakl, w którym główną rolę grała broń maszynowa, był groteskowo interesujący. Misio myślał sobie, że gdyby ta bitwa była filmowana, z przyjemnością obejrzałby ją później w kinie. Co to byłby za film ! A jakie efekty ! Teraz jednak nie siedział w sali kinowej, a leżał w ubłoconej dziurze w ziemi, gdzie mógł bardzo szybko i bardzo łatwo zginąć. Trzeba nacierać ! Dalej panowie ! Już niedaleko ! Misio dźwignął się i z trudem wyszedł z leja. Kule złowieszczo świstały wszędzie wokół niego. Ale on starał się o nich nie myśleć. Szczupakiem rzucił się do kolejnego leja. Wychylił głowę, żeby ocenić sytuację. Do okopów było jeszcze z 15 metrów. Tak blisko... Szybko się podniósł i praktycznie zdążył wykonać ze trzy kroki, kiedy znalazł się w okopie. Wraz z nim dotarło tam wielu, z którymi rozpoczynał natarcie. Był też również tak potrzebny miotacz ognia.

Dalej nacierali już okopami, niszcząc jeden bunkier za drugim. W końcu wyrwali się z plaży, mogli atakować i odpłacić się przeciwnikom. Zniszczyli miotaczami i trotylem kilka bunkrów, aż w końcu dotarli do największego. Ten był ogromny, nie dało się go załatwić kostką trotylu ani miotaczem ognia.

Bunkier, który Misio wziął za bunkier dowodzenia, okazał się być składem amunicji. Eksplozja zabiła wielu jego współtowarzyszy, on sam miał więcej szczęścia. Ciężko ranny w ręce i w klatkę piersiową, został szybko ewakuowany. Stamtąd trafił od razu na statek szpitalny, gdzie przeszedł dwie operacje. Potem wysłano go do Almery, do szpitala wojskowego, gdzie miał spędzić następne miesiące na leczeniu, a potem na rehabilitacji. Ale Misio nie był zdołowany. Desant udał się, tak jak i cała operacja wojskowa. Faszyści zostali pokonani, Wolfa złapano, zastrzelono. Jego ciało powieszono za ręce na głównym placu w Almerze, gdzie jego zwłoki objadały ptaki.

Powrót do szpitala nie okazał się aż tak bolesny, jak go się Misio spodziewał. Po owym desancie nic już Misia nie przerażało, nawet pobyt w lazarecie. Poza tym utwierdził się w przekonaniu, że jest niezniszczalny. Skoro nie zabił go nawet wybuch składu amunicji, który on sam podpalił? Coś musiało być na rzeczy... Po bitwie Misio został przeniesiony w stan spoczynku. Stan jego zdrowia był na tyle poważny, że trzeba go było wysłać na długo do szpitala, a armia nie chciała płacić żołnierzom, którzy nie wiadomo czy przeżyją. Ale Misio przeżył i z dnia na dzień miał się coraz lepiej. Zaczął zastanawiać się nad swoją przyszłością... Miał dosyć Baridasu, chciał wrócić do kraju. Może komuniści przebaczą mu jego niby winy? Może odpuszczą mu i dadzą mu żyć w spokoju? Może odnajdzie w końcu Olkę i zobaczy ją po tak długim czasie? Czy pozna swój dom rodzinny? A może go już nie ma? Tyle jest jeszcze rzeczy do zrobienia...

Metadane
autor: Michał Czarnecki
data: 4 sierpnia 2007 r.
link: wandea