Jądro w Ciemności 2.6

Rozdział VI – W. Balice II.

Pobyt w dżungli nie wyszedł Misiowi na dobre. Chory na malarię, trafił szybko do szpitala wojskowego, gdzie poddano go leczeniu. Aktualnie Misio prezentował wrak człowieka, rozbity psychicznie i fizycznie nie posiadał chęci do życia, z przyjemnością skończyłby ze sobą raz a dobrze. Uczucie przygnębienia spotęgował dodatkowo „urlop” w szpitalu, gdzie widział dantejskie sceny. Niby przyzwyczajony do widoku śmierci, Misio nie mógł znieść jęków i wzdychań rannych leżących obok. Dodatkowo, żeby w ogóle spotęgować uczucie melancholii, Misio zaczynał tęsknić za krajem rodzinnym. Jedynym odstępstwem od uciążliwej monotonii życia szpitalnego, były wizyty żołnierzy z jego kompanii, odwiedziny jego przełożonych i wywiady z dziennikarzami.

Armia baridajska potrzebowała zwycięstwa nad partyzantami jak kania dżdżu. Dlatego każdy, nawet najmniejszy sukces rozgłaszany był na cały kraj. Oczywiście, spece od propagandy nie przepuścili takiej gratki, tak więc mało znacząca potyczka w dżungli urosła do rangi wielkiego starcia, o niesamowitym znaczeniu strategicznym. Reporterzy z całego Baridasu, jak i z krajów ościennych chcieli poznać tego wielkiego stratega na miarę Napoleona, który rozbił przeważające siły wroga, w wydawać by się mogło, bitwie nie do wygrania. A Misiowi to odpowiadało, bo przynajmniej mógł się oderwać od szarej rzeczywistości szpitalnego życia. Po pewnym czasie obecność zgrai reporterów zaczęła go jednak irytować i pragnął jak najszybciej wyrwać się z tej dziury i wrócić do swojej kompanii.

Po miesiącu pobytu w szpitalu, Misio powrócił do swojej macierzystej jednostki, która nie była już częścią Batalionu Sił Specjalnych, ale została przydzielona do 3. Dywizji Piechoty. Kompania C, jako część składowa 14. Regimentu Piechoty 3. Dywizji Piechoty „Bananowy Gaj” została wysłana na południe od Almery, gdzie wraz z innymi jednostkami baridajskiej armii, miała zadać decydujący cios faszystowskiej rebelii byłego esesmana „Wolfa”. Chodziły plotki, że „Wolf” ma niezłe plecy w rządzie baridajskim, dlatego do tej pory armia nie była w stanie go pokonać. Misia to nie obchodziło, chciał walczyć bo było to jedyne zajęcie, które tak naprawdę wychodziło mu bardzo dobrze. Czasami jednak zastanawiał się, co byłoby gdyby w tym pamiętnym roku 1938 nie wstąpił do szkoły oficerskiej i jak jego ojciec został rolnikiem. Jak wyglądało by teraz jego życie? Czy miałby żonę, dzieci? Czy byłby uczciwym człowiekiem, spokojnie żyjącym gdzieś w Sarmacji, osobą, która nigdy nikogo nie zabiła? Przypominał sobie też raz po raz o swojej jedynej miłości, która została gdzieś tam u komunistów i teraz pewnie jest wzorową funkcjonariuszką reżimu. Pewnie miała już męża, może nawet dzieci, które z pewnością wychowałaby na małych, zagorzałych komunistów. „Ja to mam popierdolone życie” – tak zawsze podsumowywał Misio swoje rozmyślania filozoficzne.

„Zasrana Trójka”, jak nazywali swoją dywizję żołnierze, miała brać udział w wielkiej ofensywie przeciwko faszystom. Zadanie było trudne, gdyż rebelianci byli doskonale umocnieni na południu wyspy i skutecznie odpierali wszelkie ataki baridajskiej armii. Teraz miało być inaczej... Sztab opracował plan potężnego natarcia na całym odcinku frontu, połączonym z desantami morskimi na tyłach nieprzyjaciela. Chciano w ten sposób okrążyć przeciwnika i zniszczyć go, tak aby całkowicie zlikwidować zarzewie buntu. Jednostki otrzymały rozkaz, aby nie brać jeńców i stosować taktykę spalonej ziemi. Miała to być kara za wspieranie byłego scholandzkiego oficera SS i jego bandy morderców, jak nazywała ich propaganda rządowa. A dywizja Misia miała uderzać z morza. Misio był przerażony, najbardziej ze wszystkiego bał się wody...

Mieli być desantowani z rana, kiedy następował odpływ. Dzięki temu potencjalne przeszkody na plaży miały być odsłonięte, co ułatwiłoby pracę czołgom które miały wspierać atak. Kompania Misia została zaokrętowana na specjalnych amfibiach, zwanych aligatorami. Każdy aligator wyposażony był w dwa cekaemy i generalnie rzecz biorąc, był słabiutko opancerzony. Dawał jedynie ochronę przed ogniem karabinów maszynowych, chociaż zdarzały się wypadki przestrzelenia boku aligatora i rażenia żołnierzy w środku. Nie podnosiło to Misia na duchu, zwłaszcza, że wstępne rozpoznanie brzegu dokonane przez łodzie podwodne, donosiło o licznych przeszkodach na plaży i o stanowiskach broni ciężkiej i maszynowej. Dowództwo postanowiło „zmiękczyć” obrońców ogniem z okrętów i z broni pokładowej samolotów (bomb brakowało, miały zostać użyte na innym odcinku frontu). Misio postanowił nie mówić o tym swoim podwładnym, żeby niepotrzebnie nie obniżać morale. Uważał, że przyda się ono na brzegu...

Ogień przeciwnika rozpoczął się w miejscu koncentracji amfibii. Te miały do przebycia ok. 3 km, będąc cały czas wystawione na pociski wroga. Najpierw waliły działa, im bliżej brzegu tym częściej. Wkrótce odezwały się karabiny maszynowe. Kule odbijały się z gwizdem od transporterów jak grad od blaszanego dachu. Misio skulił się w sobie jak tylko mógł, nie chciał ginąć tak szybko i tak beznadziejnie. Dwa pociski moździerzowe uderzyły w wodę kilkanaście metrów od nich, wywołując gejzery wody. Jakiś sierżant omiatał plażę ogniem z kaemu, krzycząc przy tym: „No chodźcie skurwysyny, jak jesteście takie cwaniaki ! Chodźcie !”. Misia zastanawiał potem fakt, jak to się stało, że ów sierżant przeżył całą bitwę. Po pewnym czasie brzeg stawał się półkolisty, więc wróg mógł wtedy prowadzić ogień krzyżowy. Im byli bliżej brzegu, tym bardziej narastał ogień nieprzyjaciela. Ostrzeliwali transporter Misia z lewej i prawej. Nagle, w sąsiedniego aligatora uderzył pocisk armatni. Trafiony zatrzymał się, stanął w płomieniach. Ludzie, jak żywe pochodnie, wyskakiwali z niego do wody, krzycząc i jęcząc przy tym przerażająco... Woda nie była tu głęboka, kule rykoszetowały więc od rafy koralowej. Tak zginął kierowca transportera Misia. Pojazd ostro skręcił w bok. Przerażony Misio spojrzał w stronę, gdzie powinien znajdować się kierowca, zamiast niego zobaczył jedynie kawał mięsa, praktycznie bez twarzy, przewieszony bezwładnie przez oparcie fotela. Facet obsługujący jeden z kaemów odskoczył, aby go zastąpić. Dalej to on prowadził, aż do momentu kiedy sam zginął, w podobny z resztą sposób.

30 metrów od brzegu, w transporter Misia trafił pocisk z granatnika. Potężne uderzenie zwaliło Misia z nóg. Poczuł wtedy potężny ból w lewej ręce... Okazało się, że w przedramieniu tkwił mu sporej wielkości odłamek. Misio obwiązał sobie rękę kawałkiem munduru z zabitego przed nim szeregowca. Później rozglądał się... Zauważył, że jego zastępcy zdarło hełm z głowy. Leżał teraz obok Misia, a z tyłu głowy widać było dziurę, w którą z powodzeniem zmieściła by się ludzka pięść. Wokół niego widać też było inne trupy. Wtedy pojazd zastopował, tuż obok wrażego bunkra, z którego w stronę aligatora wylewano ogromne ilości ołowiu. Wszyscy, którzy pozostali przy życiu, wydawali się cokolwiek oszołomieni (jeżeli można to tak nazwać). Misio starał się pozbierać myśli. Najchętniej pozostałby tutaj, na podłodze transportera, gdzie było stosunkowo bezpiecznie. Ale miał też zadanie do wykonania... Krzyknął więc: „Panowie ! Wysiadamy ! Koniec przejażdżki” i z niesamowitym wysiłkiem przeskoczył przez burtę pojazdu. A wraz z nim dwunastu pozostałych przy życiu kompanów z początkowej liczby dwudziestu pięciu...

Ledwie skoczyli do wody, faszyści otworzyli do nich ogień z karabinów maszynowych. Nie było w pobliżu żadnego innego celu, a to oznaczało kilka setek kul na jedną osobę. Brodzenie w wodzie głębokiej na prawie dwa metry było bardzo powolne i męczące, wliczając w to nasiąknięty mundur, buty oraz oporządzenie. A mieli do przejścia ok. 400 metrów. W miarę zbliżania się do brzegu stawali się coraz większymi celami. Misio był przerażony jak nigdy przedtem. Wkrótce byli już na plaży. Młody żołnierz, idący koło niego, uśmiechnął się do niego i dziarsko przeskoczył przez obwałowanie brzegowe, zrobione z pni drzew palmowych.. Zginął parę sekund później, trafiony w głowę przez kulę snajpera. „Niech ktoś dostanie tego chuja. Siedzi tam i czeka aż ktoś ruszy” krzyknął Misio. Wiedział po huku karabinu, że snajper jest gdzieś blisko. Jakiś żołnierz przeskoczył przez umocnienie brzegu i zaczął rzucać granaty w stronę schronu zrobionego z pni palmowych. Był on kilkanaście metrów od plaży. Szybko dołączyło do niego dwóch innych żołnierzy, jeden z miotaczem ognia. Gdy kolejny granat poszybował w stronę schronu, powodując wybuch dymu i pyłu, jakaś postać w mundurze koloru khaki wybiegła bocznym wyjściem. Facet od miotacza tylko na to czekał. Uchwycił go w spopielający strumień intensywnego ognia. Gdy tylko płomień dotknął uciekającego rebelianta, ten zapalił się jak kawałek folii. Zginął natychmiast, ale pociski z jego ładownicy wybuchały jeszcze przez chwilę. „Poszedł w pizdu” krzyknął jakiś ucieszony szeregowiec. Szybko reszta oddziału przeskoczyła przez obwałowanie brzegowe i ruszyła dalej. Nie działała łączność, ani żaden łańcuch dowodzenia. Wszystko zostało zdezorganizowane, wojsko nie spodziewało się tak silnych umocnień przeciwnika.

Misio spojrzał za siebie, na podejście do plaż i przeraził się. Na wodzie odbywały się dantejskie sceny. Jeden po drugim aligatory kończyły swój bieg. Niektóre, te trafione w zbiornik paliwa, zapalały się jak pochodnie i wybuchały, inne zapadały się w lejach po pociskach z pancerników. Inne, z zabitymi kierowcami, kręciły się jak szalone i zataczały koła, potęgując i tak ogromny już chaos. Te, które dotarły do brzegu, najczęściej nie trafiały na swoje odcinki. Kierowcom zależało już tylko na tym, aby dowieźć swój ładunek na brzeg. Z początkowej liczby ok. 100 transporterów, połowa została zniszczona, a razem z nimi ginęło 20-25 żołnierzy, którzy znajdowali się w amfibii. Straty były więc ogromne. Należało teraz improwizować, trzeba się było w końcu wyrwać z brzegu i ruszyć w głąb lądu. Na domiar złego, jak się okazało, woda była zbyt płytka i barki desantowe, z oddziałami drugiego rzutu, oraz z jednostkami wsparcia nie mogły dotrzeć na brzeg. Najpotrzebniejsze były czołgi, które mogłyby wspierać z bliska natarcie piechoty, te jednak miały zostać dostarczone dopiero w nocy, kiedy przypływ był wystarczający. Namiastką broni pancernej były jedynie pływające czołgi, które w sile jedenastu sztuk ruszyły na brzeg, aby wspomagać czołowe jednostki. Większość z nich zakończyła jednak swój bieg jeszcze w wodzie, tak więc na brzeg dotarły tylko trzy maszyny. A i te szybko zostały wyłączone z walki, trafione bezpośrednio z dział przeciwpancernych. Sytuacja oddziału Misia nie wyglądała najlepiej. Trzeba było działać i to szybko. W każdej chwili wróg mógł wyprowadzić kontratak i zmieść ich z powrotem do morza...

Metadane
autor: Michał Czarnecki
data: 3 sierpnia 2007 r.
link: wandea