Jądro w Ciemności 2.5

Rozdział V – Oklapłe uszko Misia

Porucznik Alba i jego drużyna znajdowali się w tym czasie ok. 500 metrów przed Misiem, który teraz przedzierał się przez dzikie chaszcze, aby do nich dotrzeć. Przebycie tego, zdawać by się mogło, krótkiego odcinka, zajęło Misiowi ponad pół godziny. Cały czas pozostawał w kontakcie radiowym z porucznikiem Albą, dzięki nowemu dziecku baridajskiej myśli elektrotechnicznej – krótkofalówce. Ten ciężki i niezgrabny przyrząd służył do porozumiewania się na odległość. Misio uznał, iż jest to dobra rzecz, ale ni cholery nie nadaje się do dżungli, kiedy musisz oprócz niej taszczyć własną broń, wyposażenie osobiste, gdzie jest gorąco i wilgotno, gdzie musisz sobie wyrąbywać w lesie każdy, nawet najmniejszy krok, gdzie cały czas nad głową wrzeszczą rajskie ptaki, małpy i Bóg wie co jeszcze, gdzie na dodatek musieli usadowić się ci cholerni, komunistyczni partyzanci. Dlaczego akurat dżungla?! „Kurwa mać” zaklął Misio, kiedy po raz niewiadomo który wywalił się o leżący, stary konar. Był wściekły i chciał wracać natychmiast do swojego almerskiego mieszkania, chociaż już dawno mogło zostać obrabowane, spalone, zalane czy rozebrane. I wtedy, pierwszy raz odkąd wyjechał z Sarmacji w 1947 roku, przypomniała mu się ona, ta jedyna i momentalnie zrobiło mu się jeszcze bardziej źle.

Kiedy w końcu dotarł na miejsce, Miguel Alba, człowiek młody, acz doświadczony przestraszył się wyraźnie na jego widok. Misio po przebyciu tych morderczych 500 metrów przypominał dzikusa, którego jedynym zajęciem jest jedzenie ludzi. Nigdy jeszcze nie widział swojego kapitana w takim stanie. Na taki, a nie inny wygląd Misia, złożyło się parę czynników, o których porucznikowi Albie nawet się nie śniło. Postanowił jednak nie zginąć z rąk własnego dowódcy i ograniczył się jedynie do przekazania tego, co wykryli.

Misio jeszcze raz wziął nie swoją lornetkę i popatrzył przez jej szkła, tam na dół, na ową polankę, gdzie obozowali komuniści. Musiał wytężać swój wzrok, gdyż jego zmęczenie sprawiało, że widział troszkę gorzej. Naliczył w tym momencie ok. stu uzbrojonych partyzantów, ale coś głęboko w nim, tam w środku Misia, podpowiadało mu, że będzie ich więcej. Opracował zatem plan. Rozciągnął swoje plutony na kształt półksiężyca i rozmieścił je na skraju dżungli, ok. 200 metrów ponad przeciwnikiem. Akcję postanowił rozpocząć zmasowanym ogniem karabinów maszynowych i granatników piechoty, tak aby już na samym początku zdemoralizować wroga i zadać mu jak najwięcej strat, zanim otrząśnie się już z pierwszego zaskoczenia i skonsoliduje obronę. Misio musiał uchwycić ten moment, kiedy skończy już ostrzeliwać przeciwnika z cekaemów i granatników, żeby ruszyć swoją kompanię w dół i całą morderczą furią zaatakować komuchów, zanim zdążą się okopać i wystrzelać ich jak psy. Mieli atakować tuż po zmroku, tj. gdzieś koło godziny 23. Każdy z żołnierzy miał być gotowy do walki i tuż przed nawałą ogniową powinien wybrać swój cel, aby zwiększyć jak najbardziej początkowe straty.

Umówionym sygnałem do otwarcia ognia miała być zielona raca, która Misio miał wystrzelić równo o godzinie 23. Ogień miały rozpocząć owe mordercze granatniki, żeby jak najlepiej wykorzystać demoralizujący efekt ich wybuchów, czy też samego świstu pocisków. A wyły one zaiście złowrogo, kiedy majestatycznie szybowały w stronę swoich celów. Misio, z tak dokładnie opracowanym planem i po wydaniu dyspozycji swoim żołnierzom, usiadł w jakimś zagłębieniu w dżungli, koło radiotelegrafisty i zaczął sprawdzać swoją broń. Najpierw sprawdził tommyguna, potem swój pistolet. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Potem sprawdził granaty i tutaj przypomniała mu się pewna sztuczka, jakiej nauczyli go żołnierze piechoty morskiej, kiedyś na wspólnych manewrach. Otóż zawleczki granatów były przypinane do klipsów paska, tak że żołnierz wyciągał granat już odbezpieczony i po prostu rzucał. Był to sposób dosyć niebezpieczny, Misio wielokrotnie, już w czasie wojny, widział jak chłopakom z jego oddziału granaty, właśnie dzięki temu przypinaniu zawleczek, odrywały tyłki. I wtedy znów przypomniała mu się Olka... „Kurwa... Co jest? Coś nie tak ze mną...” pomyślał Misio i pospiesznie napił się wody z manierki. Położył się i próbował się trochę zdrzemnąć. Do rozpoczęcia akcji było jeszcze parę godzin.

Misio został obudzony przez swojego radiotelegrafistę. Był zły, ponieważ miał przyjemny sen (przynajmniej tak mu się wydawało), a ten mały gnojek miał czelność go budzić. Odburknął mu coś i spojrzał na cyferblat swojego zegarka. Dochodziła 22.45 i czas było się zbierać. Misio rozkazał wyjść swoim żołnierzom na pozycje, ci jednak siedzieli tam już od pół godziny, zaraz po tym jak się ściemniło. Rad tym zachowaniem swoich podopiecznych, zasiadł na wyznaczonym miejscu i począł obserwować polankę. W tym momencie zauważył coś, czego spodziewał się od dawna. Otóż do obozu powracał właśnie oddział wroga, którego liczebność Misio oszacował na stu ludzi, co dawało w sumie 200 chłopa do wystrzelania. Nie pocieszyło go to zbytnio, mimo tego dał rozkaz szykowania się do walki.

Żołnierze sprawdzali broń, pili z manierek, niektórzy nerwowo patrzyli na zegarki, na ich twarzach wyraźnie widać było napięcie. Przecież mieli po raz pierwszy iść w bój... Ale Misio nie martwił się zbytnio o nich, byli przecież wyszkoleni, a uczył ich nie byle kto, a on sam, bohater wojenny, doświadczony żołnierz... Spojrzał znów na swój zegarek – za parę sekund miała wybić godzina 23. Przygotował więc racę i kiedy duża wskazówka zatrzymała się na cyfrze 12 wystrzelił ją. Zielony punkcik uniósł się nad polanką i powoli spadał w dół. Na to czekali jego żołnierze – na ten jeden jedyny sygnał. Zaczynała się bitwa...

W tym samym momencie, w którym na niebie pojawiła się zielona raca, dziewięciu rosłych i odważnych baridajskich żołnierzy, uniosło w sumie dziewięć granatników, w tym samym momencie pociągnęło w sumie za dziewięć spustów i wystrzeliło w sumie dziewięć pocisków. Minęły ułamki sekundy, kiedy w dole wykwitło w sumie dziewięć wybuchów, oznaczających eksplozję granatów. W tym samym momencie, kiedy w sumie dziewięć granatów oznajmiło kres swej drogi, rozpoczął się zmasowany ogień maszynowy. Cekaemy pluły śmiercionośnymi kawałkami ołowiu bez litości, masakrując potwornie niczego niespodziewających się partyzantów, którzy właśnie zasiadali do kolacji. Nie byli gotowi na to co miało nastąpić, nikt z nich nie przypuszczał, że ktoś może ich zaskoczyć. Z resztą kto miał? Gnomy? Mieli z nimi układ, swoisty pakt o nieagresji. Więc kto? Armia rządowa? Dobre sobie, przecież byli w rozsypce... No i właśnie ta niedoceniana, Armia Republiki Baridas, miała być ich femme fatale.

I znów w stronę komunistów szybowało dziewięć granatów. Ich eksplozję na chwilę zagłuszyły szybkie i rytmiczne serie z cekaemów, które strzelały niemiłosiernie celnie i zabójczo skutecznie. Ich stacatto przerywały co jakiś czas wybuchy granatów. Jednak Misio wiedział, że granatnikom wkrótce skończy się amunicja i trzeba będzie ruszyć w dół, żeby dokończyć apokalipsy. Widział, ile ten w sumie krótki ostrzał, spowodował szkód. I kiedy ostatnia, siódma już mordercza dziewiątka leciała w stronę obozowiska, Misio wydał rozkaz wstrzymania ognia przez cekaemy. Piechota miała teraz ruszyć w dół, nie było więc wskazane aby zostali posiekani przez własne ciężkie karabiny maszynowe. Misio wyczuł odpowiedni moment do ataku, wydał komendę „Bagnet na broń”, wstał, odbezpieczył swojego peema, krzyknął „Za mną!” i ruszył w dół, strzelając raz po raz z thompsona. Dystans 200 metrów w dół przebył z ciągu pół minuty, cieszył się, że zdążył zdezorganizować plus minus dobrze wyszkolonych żołnierzy przeciwnika, którzy mieli za sobą dużo akcji bojowych. Kiedy tak biegł, nie myślał o niczym, działał jak automat. Zobacz, wyceluj, zabij. Te trzy słowa, te trzy czynności, kierowały nim w czasie walki. Nie myślał wtedy, czasem miewał przebłyski świadomości, ale tylko w celu sprawdzenia, czy jego żołnierze dają sobie radę, po czym znów zmieniał się w tego ludzkiego robota. Zobacz, wyceluj, zabij. Zobacz, wyceluj, zabij. Zobacz, wyceluj, zabij...

Kiedy wbiegał do obozu, z pierwszego namiotu jaki mijał, wyskoczył komunista. Gdy zobaczył Misia, zamarł z przerażenia na jego widok. Automatycznie wręcz uniósł ręce w geście mówiącym „poddaję się, nie zabijaj mnie”, na Misiu nie zrobiło to żadnego wrażenia. Z wyłączonym myśleniem, zastrzelił biednego partyzanta strzałem z bliskiej odległości w głowę. Zatrzymał się jeszcze żeby wrzucić granat do namiotu, gdyż słyszał tam, prawdopodobnie, krzątających się komunistów. Wybuch zmiótł ten szmaciany domek, oraz jego lokatorów. Ale Misio już nie pamiętał, ani o namiocie, ani o zastrzelonym partyzancie. Biegł dalej, siejąc śmierć ze swojego pistoletu maszynowego, podarowanemu mu ongi przez wiernych żołnierzy z oddziału, który uwolnił go niegdyś ze scholandzkiej niewoli. Raz po raz, jakieś nieśmiałe pociski wroga, uderzały wokół niego, ale nie w niego samego, tak jakby się go bały lub czuły przed nim respekt. Misio nawet ich nie zauważał, zaprogramowany zdawać by się mogło przez samego Boga, biegł, strzelał i zabijał. Po wysadzeniu granatem namiotu, przeładował thompsona. W tym samym momencie, kiedy wymieniał magazynek, zza węgła wyskoczył z krzykiem partyzant i biegł na niego ze swoim kałachem, który miał przymocowany u dołu bagnet koloru srebra. Misio miał wrażenie, że zaraz zginie, przekłuty tym błyszczącym ostrzem, kiedy momentalnie uświadomił sobie, że ma przecież jeszcze pistolet. Szybkim ruchem wyciągnął z kabury swojego Colta M1911 i w ostatniej chwili zastrzelił go trzema strzałami z bliska. Schował potem pistolet z powrotem, dokończył ładowanie thompsona i ruszył dalej. Zauważył grupkę partyzantów, którzy schowani za workami z piaskiem, strzelali z cekaemu i z broni osobistej. Granaty, które nieśmiało jeszcze leciał w ich stronę, były wyrzucane z tego zaimprowizowanego punktu oporu, przez jego dzielnych obrońców.

Misio uznał, że musi wyeliminować to stanowisko, zanim komuniści wystrzelają jego żołnierzy. Zaczaił się za jakimś namiotem i patrzył. Pewną szansę dawały drewniane skrzynie, które leżały w pewnej odległości od stanowiska kaemu, wystarczającej jednak aby celnie rzucić granatem. Tutaj Misio postanowił wykorzystać pewną sztuczkę, której nauczył się na swoim pierwszym szkoleniu na poligonie, a która była surowo zabroniona przez regulamin armii – chciał „podgotować” granat. W tym celu zdjął jednego ze swojego paska, razem z zawleczką i przystąpił do działania. Z thompsonem w jednej, a z granatem w drugiej dłoni, rzucił się w stronę skrzynek. Dotarł tam bez problemu, chociaż obsługa wrażego cekaemu zaczęła do niego strzelać. Musiał się spieszyć. Zobaczył wtedy paru żołnierz z jego oddziału, którzy strzelali do wrogów ukrytych za workami z piaskiem. Ruchami dłoni rozkazał im, aby go osłaniali ogniem. Ci zrozumieli go i gwałtownie wyskoczyli zza swoich osłon, strzelając bezustannie do przeciwnika. W tym samym czasie Misio odbezpieczył granat, ale go nie rzucał. Potrzymał go w ręku ułamki sekund, po czym rzucił. Miał tak wyliczone, aby granat eksplodował dokładnie w tym samym momencie, kiedy doleciałby do stanowiska. Tak też się stało. Obsługa cekaemu i paru partyzantów, którzy mieli pecha tam przebywać, należeli już do przeszłości. Misio ruszył dalej. Za każdym razem, kiedy uczestniczył w walce, starał się liczyć ilu przeciwników zabił i zawsze o tym zapominał. Nie inaczej było tym razem...

Misio załączył na chwilę swoją świadomość, aby stwierdzić, co się aktualnie dzieje w namiocie. Rozejrzał się dookoła. W oczy rzucił mu się najpierw jakiś szeregowiec z jego kompanii, który właśnie mordował jakiegoś komunistę z przy użyciu bagnetu. Wbił go w niego z całą swoją siła, tamten nie bronił się specjalnie, widocznie został najpierw ogłuszony ciosem kolby. Młody szeregowiec wyciągnął szybko ostrze z przeciwnika, strzelił mu jeszcze w głowę żeby upewnić się, że nie żyje i ruszył dalej. Dalej Misio zobaczył, jak grupka partyzantów poddaje się, trzymając w górze podniesione ręce, po czym zostaje skoszona serią z pistoletu maszynowego. Misio nie widział kto strzelał, nie interesowało go. W tym samym czasie, obok niego zaczęły rozrywać się pociski karabinowe. Misio musiał znaleźć jakieś schronienie, aby nie zginąć. Nie widział kto strzelał, bo sekundę później wszyscy partyzanci poddali się i stali z rękami uniesionymi w górę. W tym samym momencie przypomniał sobie o rozkazie majora Imelmmana, który zakazywał brania jeńców. Misia coś chwyciło za gardło, kiedy widział tych młodych chłopców, którzy mieli niechybnie zginąć. Ale taka była wojna, tak przynajmniej to sobie tłumaczył. Wśród pobojowiska znalazł porucznika Albę, aby zapytać go o straty, po czym polecił mu załatwić sprawę jeńców, których było w sumie 32. Reszta partyzantów zginęła, większość już na samym początku. Misio chciał, aby ktoś za niego rozwiązał kwestię jeńców, gdyż on nie miał do tego ani serca, ani głowy, co więcej kłóciło się to jakoś z jego wewnętrznymi przekonaniami. Chwilę później jeńcy już nie żyli...

Misio odnalazł radiotelegrafistę. Chciał przekazać do kwatery głównej komunikat z akcji.

Metadane
autor: Michał Czarnecki
data: 26 marca 2007 r.
link: wandea