Jądro w Ciemności 2.4

Iza, ty z Łysym byłaś???

Był to słoneczny, ciepły dzień. Idealny na spacer po parku, po plaży, do supermarketu. Misio jednak nie miał głowy do przechadzek. Śpieszył się teraz na naradę wojskową. Był już spóźniony, więc szedł zdyszany w stronę okazałego gmachu na Placu Republiki w Almerze – do Sztabu Generalnego. Tam, w pokoju 402, odbywała się narada, dotycząca wysłania do akcji Batalionu Sił Specjalnych, w którym to Misio służył.

Owa jednostka składała się z trzech kompanii, każda po 100 osób i każdą dowodził zagraniczny oficer. Kompanią A dowodził kapitan von Steuben, emigrant ze Scholandii, wyrzucony z kraju pod rzekomym zarzutem malwersacji i zabójstwa, w rzeczywistości nie podobał się swojemu przełożonemu, który sfabrykował dowody, żeby pozbyć się von Steubena. Dowódca kompanii A był wysokim szatynem, w wieku około 35 lat i miał za sobą długi okres służby w wojsku. Walczył w Sarmacji, gdzie odznaczył się odwagą i talentami taktycznymi. Wysłany później do Scholandii, szkolił oficerów polowych. Kompanią B dowodził kapitan Bosche, również Scholandczyk. Ten z kolei był dobrowolnym emigrantem. Wyjechał z kraju, gdyż nie odpowiadała mu sytuacja w ojczyźnie, gdzie z wojska wyrzucano zasłużonych oficerów, tylko dlatego że walczyli w Sarmacji. Rodzina jego zginęła w czasie wojny w jednym z wielu nalotów, dlatego w Scholandii nie trzymało go nic. Ostatnią kompanią – C, dowodził kapitan Jan Meisnerowicz, pseudonim Misio...

Misio z początku był nastawiony sceptycznie do wspólnej służby z oficerami ze Scholandii. Kilka lat wcześniej walczył przecież przeciwko nim, narażał życie aby wyrzucić ich z kraju. Teraz, razem z nimi, miał nadstawiać karku za cudzą sprawę. Ot ironia losu... W dowództwie batalionu był jedynym Sarmatą, resztę stanowili Scholandczycy. Sam major również był przybyszem ze Scholandii. Nazywał się Immelman, a do Baridasu przybył z nie znanych przyczyn. Nikt nie wiedział skąd się wziął, ani gdzie walczył, jednakże nie kwestionowano jego stopnia wojskowego. Misio początkowo obawiał się, że ta scholandzka „klika”, jak ich z początku nazywał, będzie odnosiła się do niego z pogardą i że będą go wysyłać do brudnej roboty. Jak się potem okazało, mylił się całkowicie. Wszyscy oficerowie zaprzyjaźnili się ze sobą i stanowili zgrany zespół, co miało wkrótce być potrzebne, gdyż szykowano ich batalion do walki. Dokładny plan akcji, mieli poznać na naradzie, na którą Misio spóźnił się nieznacznie.

„Walka partyzancka... Przednio” myślał Misio wychodząc z narady. Był on nawet z tego zadowolony, w przeciwieństwie do jego kolegów, którzy byli typowymi oficerami piechoty, szkolonymi w otwartej walce. Widać, że sam zapomniał, iż niegdyś również był oficerem polowym piechoty. To, że jego pułk miał w nazwie zmotoryzowany, oznaczało jedynie tyle, że w przeciwieństwie do innych jednostek piechoty, dowożonych na pole walki wozami konnymi lub docierających tam na piechotę, jego żołnierze byli przywożeni tam za pomocą ciężarówek. Tak właśnie wyglądała motoryzacja sarmackiej armii w 1941 roku. Misio niewiele pamiętał z wykładów dla oficerów piechoty, z zajęć z taktyki i tak dalej. Ostatni raz walczył w otwartym polu w 1944 roku, w bitwie o Czekany, jednak niewiele miało to wspólnego z tym, czego uczyli go w szkole oficerskiej. Był to jego własny plan, kwintesencja partyzanckich akcji w stylu uderz i uciekaj, w tym wypadku jednak bez ucieczki. Pamiętał, że uczono go, żeby atakować dużym oddziałem, całą falą. Tego sposobu użył tylko raz, w pierwszym swoim starciu w życiu, kiedy okazało się że ta taktyka jest nieskuteczna. Jego oddział został zmasakrowany przez broń maszynową, co wyglądało mniej więcej tak samo jak natarcia w czasie I wojny światowej. Od tamtej pory wypracował swój własny styl walki, zakładający jak największe wsparcie ogniowe nacierających drużyn.

Co ciekawe, Sztab Generalny KSZ, w przede dniu wojny, opracował nową doktrynę wojskową, zakładającą zmasowany ostrzał artyleryjski przed rozpoczęciem ataku, oraz bliskie artyleryjskie wsparcie ogniowe nacierających oddziałów. Dodatkowo zwiększono też siłę rażenia poszczególnych kompanii, przydzielając im sekcje moździerzy i cekaemów. Misio miał okazję oglądać nową taktykę na poligonie, gdzie wszystko odbywało się perfekcyjnie. Wywarło to na nim ogromne wrażenie, ta cała przytłaczająca przewaga ogniowa. Jak pokazała praktyka, taktyka ta była skuteczna, jednak z braku wyposażenia nie udało się jej całkowicie wcielić w życie. Później Misio stwierdził, że SAL walczył w podobny sposób, rozpoczynając każde natarcie przygniatającym ostrzałem artyleryjskim.

Kompania Misia składała się z trzech plutonów. Pierwszym dowodził porucznik Alba, młody wychowanek szkoły oficerskiej, pochodzący z dobrej i zamożnej rodziny plantatorów, gdzie tradycją było wysyłanie synów do szkoły oficerskiej, a po odbyciu służby przejmowali rodzinny interes – plantacje bawełny. Porucznik Alba był osobą odważną aczkolwiek trochę zarozumiałą. Nie miał jednak doświadczenia bojowego i specjalnie nie wykazywał własnej inicjatywy, jednakże wzorowo wypełniał wszystkie rozkazy przełożonych. Drugim plutonem dowodził podporucznik Garcia, trzydziestoletni wychowanek almerskich slumsów, który w armii służył od lat dwunastu i przeszedł całą drogę awansu od szeregowca. Posiadał duże doświadczenie bojowe, jednak czasem zachowywał się nielogicznie czym denerwował Misia. Mimo swych wad, był solidnym ogniwem kompanii i Misio mógł na niego liczyć w każdym momencie. Dowódcą trzeciego plutonu był podporucznik Toledo, absolwent szkoły oficerskiej, przeciętny dowódca, przeciętny człowiek. Nikt nie spodziewał się po niczego szczególnego...

Misio, na specjalnej naradzie, poinformował swoich oficerów o zbliżającej się misji. Plan działania przyjęli bez zbędnych emocji, jak typowi profesjonaliści. Misio zastanawiał się, czy poradzą sobie w boju z tak doświadczonym przeciwnikiem jak partyzantka komunistyczna, czy pododziały Gnomiej Armii Republikańskiej. Byli dobrze uzbrojeni i wyekwipowani, każdy z nich wiedział, że nie może zawieźć swojego dowódcy. Misio polecił im, aby każdy z nich wziął ze sobą zapasowe noże i skarpety, bo mogą być potrzebne tam, gdzie się udadzą. Żołnierze kompanii C ufali swojemu dowódcy, wiedzieli że jego doświadczenie jest ogromne i że w razie czego pomoże wydostać im się z opresji. Z początku podchodzili do niego z dystansem, był przecież człowiekiem z zewnątrz, ale szybko zmienili zdanie. Na ćwiczeniach na poligonie, udowodnił im że jest dobrym oficerem, kiedy ich oddział zwyciężył w grach wojennych.

W rejon operacji trafili w miesiąc po naradzie. Była to nieprzyjemna okolica, z dżunglą, chmarami komarów, upałem i wilgotnym powietrzem. W takich warunkach Misio jeszcze nie walczył. Marsz w takich warunkach był prawdziwym sprawdzianem wytrzymałości dla żołnierza, zwłaszcza jeżeli szli po drogach, które po deszczu zmieniały się w morze błota, a padało tu codziennie. Pocili się przy tym obficie, więc priorytetem było zapewnienie im wody. Kompania otrzymała na wyposażeniu specjalne tabletki do uzdatniania wody, tak aby można było korzystać ze strumieni płynących w lesie. Po wrzuceniu takiej pastylki, woda stawała się dobra do spożycia, aczkolwiek śmierdziała przy tym niemiłosiernie. Takie były warunki życia w dżungli. Dla Misia był to szok. Przyzwyczajony do walki w mniej ekstremalnych warunkach atmosferycznych, męczył się strasznie. Ale wiedział, że nie może zawieźć, bo wtedy marny jego los.

Co ciekawe, kiedy dotarli w ten rejon, Misiowi całkowicie odechciało się palić. Być może ze względu na wilgotne powietrze, zaraz kiedy przybył zapalił jednego dymka, ale był po nim potwornie zmęczony. Szkoda mu było sił na palenie, skoro musiał być w idealnej formie przed starciem z silnym przeciwnikiem. Misio postanowił poruszać się jedną linią, każdy pluton miał działać w odległości ok. 500 metrów od siebie. Stworzył też drużynę, dowodzoną przez porucznika Albę, która miała iść na czele kompanii i wypatrywać przeciwnika. Jeżeli by takiego wykryto, Alba miał informować Misia drogą radiową, który teraz osobiście przejął pierwszy pluton, pod nieobecność porucznika. Poruszanie się w dżungli było potwornie męczące. Musieli sobie dosłownie wyrąbywać przejście przez rośliny. Właśnie tutaj Misio przypomniał sobie, jak jeszcze przed wojną czytał reportaże z Baridasu.

Było to w roku 1938, kiedy to połączone wojska scholandzkie, sarmackie, dreamlandzkie i armia baridajska walczyły z prawicową partyzantką w dżungli. Cała ta operacja była obficie relacjonowana w prasie sarmackiej, było dużo zdjęć, artykułów o bohaterskich żołnierzach sarmackich walczących o światowy pokój i tak dalej. Właśnie wtedy ukazał się artykuł, a w zasadzie humorystyczna wzmianka, o tym jak to Sarmaci złapali jakiegoś partyzanta. Zadali mu wtedy pytanie, kto według niego jest najlepszym „jungle fighterem”. Sarmaci? Scholandczycy? Dreamlandczycy? Partyzant odpowiedział im, że Dreamlandczycy, bo oni po prostu usuwali dżunglę. Fakt faktem, każde dreamlandzkie natarcie było poprzedzane ogromnym ostrzałem artyleryjskim i bombardowaniem lotniczym, które po prostu zmiatało dżunglę z powierzchni ziemi. Misio doszedł do wniosku, o ile byłoby łatwiejsze życie, kiedy by teraz ktoś usuwał im tą dżunglę z przed nosa.

I tak w piątkę ruszyli w stronę porucznika Alby, który prawdopodobnie wykrył wroga...

Metadane
autor: Michał Czarnecki
data: 24 marca 2007 r.
link: wandea