Jądro w Ciemności 2.2

Srebrny beem

„Gdybym miał granaty...” pomyślał Misio skradając się do kryjówki bossa lokalnego gangu. Chłopak, którego postrzelił dzień wcześniej, wyśpiewał mu wszystko. Podał adresy, nazwiska, kto jest kim i tak dalej. Zadaniem Misia było wyeliminować tych zwyrodnialców, najlepiej za pierwszym i jedynym podejściem. Przedłużanie całej tej imprezy, mogło go kosztować życie. A tego Misio nie chciał, miał przecież dopiero 38 lat, było jeszcze dużo wiosen do przeżycia. Nie został zabity na wojnie, nie został zabity nawet jak go schwytali Scholandczycy, także nie miał zamiaru ginąć z ręki jakichś smarkaczy, na dodatek zwyrodniałych amatorów i zboczeńców. Zamarzył mu się teraz papieros...

Boss gangu miał pseudonim Carlito. „Dosyć kretyńska ta ksywka” pomyślał Misio, kiedy ją usłyszał. Z zeznań postrzelonego chłopaka wynikało, iż Carlito miał ok. 170 cm wzrostu, krótkie czarne włosy, śniadą cerę i brązowe oczy. Urodził się ponoć 21 lat temu i zdążył mieć już dwie żony. Każda z nich skończyła w cementowych butach w basenie portowym, podobno nie należały do tych wiernych. Postrzelony chłopak (miał na imię Juan, jak się potem okazało) zeznał też, że Carlito jest osobą bezwzględną i okrutną, że uwielbia coca-colę i że pali tylko scholandzkie papierosy. Ta ostatnia cecha przypadła Misiowi do gustu, ponieważ on sam palił jedynie fajki importowane z kontynentu. Melina gangu miała znajdować się ok. 4 km od domu w którym mieszkał Misio. Był to stary magazyn dreamlandzkiej firmy owocowej, która handlowała papajami, bananami, ananasami i bronią. Nie był może bardzo duży, ale w środku było wystarczająco miejsca, żeby pomieścić kradzione samochody, przedmioty oraz członków gangu i ich uzbrojenie. Banda miała liczyć ok. 20 osób, z czego 10 było uzbrojonych w strzelby, a sam Carlito do zabijania używał angielskiego STEN-a. Misio nie cenił wysoko tych pistoletów maszynowych, uważał je za prymitywne i pozbawione klasy, że składali je pozbawieni wyobraźni inwalidzi, że na pewno były zrobione z drewna. Kiedyś miał okazję strzelać ze STEN-a, zaciął mu się wtedy po wystrzelaniu jednego magazynku, mimo iż używał go zgodnie z zaleceniami producentów (nie łapał za magazynek). „Taaak... To były czasy...” rozmarzył się Misio i ruszył zbierać ekwipunek potrzebny mu do akcji.

Stał teraz pod magazynem, zły że nie ma granatów, wściekły że dał się wrobić w jakieś gangsterskie porachunki z gówniarzami, pewny że zginie z ręki jakiegoś młokosa. Obejrzał dokładnie budynek, który miał szturmować. W środku paliło się światło, było widać zza okna, że ktoś jest w środku. Misio zebrał się w sobie, zarepetował Thompsona, sprawdził swój pistolet, odpalił fajkę i ruszył w stronę magazynu. Serce waliło mu jak oszalałe, nie lubił działać w pojedynkę, zwłaszcza jeżeli przeciwko sobie miał mieć 20 chłopa. Gdyby tak miał ze dwóch ludzi do pomocy, wszystko poszłoby łatwiej. Ale był sam... „Muszę przyjąć to na klatę” stwierdził idąc do najbliższego okna. Zakradł się do niego i ostrożnie popatrzył przez szybę. Nie było nikogo w tym pomieszczeniu, zbił więc jedną taflę szkła kolba swojego peemu i po cichu otworzył okno. Kocim ruchem wskoczył do środka, odbezpieczył broń i rozpoczął polowanie. Był zły, wybitnie zły, pragnął krwi. Przerażało go to poniekąd, ponieważ jeszcze nigdy się tak nie czuł, nawet gdy beznamiętnie likwidował Scholandczyków. „Niedobrze ze mną, baaardzo niedobrze” stwierdził i ruszył do drzwi.

Podchodził do drzwi po cichu, najbardziej jak tylko potrafił. Starał się nie wydać ani jednego odgłosu, co było trochę zabawne, skoro wcześniej wybił szybę w oknie. Liczył na to, że bandyci może tego nie usłyszeli. Kiedy podszedł do owych drzwi, które prowadziły do głównej hali magazynu, wziął głęboki oddech i najdelikatniej jak tylko mógł, nacisnął na klamkę. Miał szczęście, że nic nie zaskrzypiało kiedy je otwierał. Powoli wychynął zza drzwi i popatrzył na halę. Było ich tam może z dziesięciu, góra jedenastu. Kiedy podchodził do budynku, wydawało mu się iż słyszy więcej osób. W sumie wyszło mu to na plus, bo szanse jego przeżycia wzrosły. Nadal jednak czuł, że zginie. Mógł się wycofać, mógł to wszystko mieć gdzieś, mógł się wyprowadzić stąd do lepszej dzielnicy, gdzie wojsko pilnowało porządku. Mógł, ale nie chciał. Coś trzymało go przy tej biedocie i ta sama siła, która nie pozwalała mu opuścić slumsów, kierowała go teraz do owej hali, gdzie siedziało dziesięciu uzbrojonych facetów, każdy gotowy go zabić tylko jednym strzałem. Misio miał natłok myśli, co najmniej z tysiąc na sekundę. Krew pulsowała mu na całym ciele, czuł, że się pocił, że zaschło mu w gardle. Miał teraz niesamowitą ochotę sobie zapalić. Ale nie mógł. Ta myśl o owym papierosie, sprawiła, że postanowił się pospieszyć. Rach ciach ciach i będzie po kłopocie, parę serii z thomspona i pójdzie do domu. Zaczął planować.

Misio zauważył małą galeryjkę, biegnącą wzdłuż ściany, tuż przy suficie. Miał stamtąd doskonały widok na całą halę, dodatkowo miejsce tamto nie było oświetlone. Mógł więc wejść tam po cichu, przeczołgać się, położyć, wycelować i strzelić nie będąc zauważonym przez osoby w środku. Misio szybko zlustrował ową galeryjkę. Jego wzrok zatrzymał się na paru metalowych skrzyniach, które stały tam na górze, jedna obok drugiej. Misio pomyślał, że mogą mu dać jaką tako ochronę przed pociskami przeciwników. Powoli, pozostając w cieniu, zakradł się na schody. Każdy krok, każde postawienie stopy na stopniu schodów, wykonywał najciszej jak tylko potrafił. Wchodził tak powoli, aż w końcu znalazł się na galeryjce. Cały czas był niewidoczny dla przeciwników. Kiedy zaszedł na górę, bez pośpiechu położył się i mozolnie, w żółwim tempie, począł czołgać się w stronę tych skrzyń. Odległość ok. 15 metrów przebył w ciągu dziesięciu minut. Ślimaczył się niemiłosiernie, zdążył w tym czasie spocić się potwornie. Myśl o tym jednym, przesmacznym, przewspaniałym, idealnym papierosie sprawiały, że Misio pocił się potrójnie. W końcu doczołgał się do skrzyń i zaczął lustrować sytuację na dole, tak jak sokół szykujący się do zanurkowania na ofiarę.

Sytuacja wyglądała dosyć interesująco – Carlito (Misio poznał go po karabinie) siedział tyłem do niego, rozparty w fotelu, popijał colę i zaciągał się papierosem. Trzech siedziało przy stoliku i prawdopodobnie pili rum. Każdy z tej trójki był uzbrojony w dwustrzałową strzelbę myśliwską. Dalej czworo siedziało przy stoliku i grało w pokera na pieniądze. Dwóch miało pistolety, dwóch strzelby. Pozostałych dwóch spało na improwizowanych łóżkach ze skrzynek po owocach i słomy, przykrywając się worami po bananach. Ci byli nieuzbrojeni, ich broń stała parę metrów od nich, prawdopodobnie rozładowana. Misio opracował prowizoryczny plan. Postanowił na początek kropnąć Carlita, co by nie mógł dowodzić ani strzelać ze swojego peemu. Układając swój plan, Misio już od razu wiedział, że na początku musi kropnąć dowódcę bandy. Było to niezgodne z kodeksem rycerskim, kanonem sztuki i tak dalej. Pamiętał jak oglądał kiedyś westerny, i tam widział, że główny zły walczył z tym dobrym bohaterem zawsze na końcu. Zawsze. Nigdy na początku. No ale z drugiej strony wydawało mu się to logiczne – po co miałby walczyć na początku, przecież wtedy o czym miałby być ten film? O wypasaniu krów? Nigdy w życiu. Dalej Misio myślał, że w sumie to tak nieelegancko strzelać od razu do dowódcy. Ale tutaj szybko przypomniał sobie jak instruował swoich strzelców wyborowych – kazał im zawsze celować w oficerów, żeby zdezorganizować system dowodzenia. I tak też miał postąpić w tym momencie.

Misio ściągnął z pleców swojego tommyguna. Obejrzał go jeszcze przed złożeniem się do strzału. Sprawdził, czy wszystko jest w porządku, ustawił tryb ognia na pojedynczy i przyłożył kolbę do ramienia. Wziął oddech i przez chwilę go wstrzymał. Głowa Carlita usadowiła się centralnie między muszką i szczerbinką. Misio wiedział, że to jeden z jego ważniejszych strzałów w życiu, przez umysł przelatywało mi milion myśli. Wiedział, że nie może zerwać strzału. Wytężył wzrok w celownik, czas przez chwilę przestał płynąć. Misio płynnym ruchem nacisnął na spust, broń podskoczyła lekko. Ołowiany pocisk rozpoczął swój bieg w stronę głowy zbira. Misio puścił spust dopiero wtedy, kiedy był pewnym, że w głowie Carlita tkwi metalowa kulka. Tak też się stało. Kula trafiła idealnie w tył głowy, przewierciła się przez czaszkę i dotarła do mózgu, tam zaś zrobiła lekki bałagan. Carlito przestał się liczyć w tej rozgrywce, w ogóle przestał cokolwiek. Misio szybkim ruchem palca przełączył tryb ognia na strzelanie seriami i skierował wylot lufy swojego thompsona w stronę owych trzech siedzących gangsterów, którzy popijali rum. Misio wystrzelił jedną serię, trafiły cztery kule. Jedna ugodziła pewnego młodego latynosa w głowę, drugi otrzymał pocisk w płuco i legł krwawiąc obficie na ziemi, ciągle żyjąc i harcząc głośno (umarł parę minut później, wykrwawiając się na śmierć; kulka w płuco to niemal pewny bilet na tamten świat). Trzeci zaś otrzymał dwa trafienia w obojczyk, które zmiotły go z krzesła na którym siedział. Upadając na betonową podłogę, rozbił sobie głowę i stracił przytomność. Misio dobił go później strzałem z pistoletu w głowę. I tak oto, w parę sekund były już 3 trupy i jeden ranny. Ciągle na placu gry pozostawało 6 graczy...

Tych dwóch co spali Misio zastrzelił, kiedy biegli po swoją broń. Tych czterech co grali w pokera, szybko podzieliło los swoich współtowarzyszy. Misio więc, w chwale zwycięzcy, schodził powoli na plac boju. Zadowolony z siebie, że poszło mu tak łatwo. Nagle rozległ się strzał, Misiowi momentalnie pociemniało w oczach...

Metadane
autor: Michał Czarnecki
data: 22 marca 2007 r.
link: wandea