Jądro w Ciemności 2.1

Z wizytą u Kazia

Wiosna roku 1949 była wyjątkowo ciepła, zwłaszcza tu, w Baridasie. Misio przebywał na emigracji już od dwóch lat. Z początku tęsknił mocno za Sarmacją, aczkolwiek z biegiem dni stopniowo przyzwyczajał się do nowej sytuacji, aż w końcu ją zaakceptował. Musiał uciekać z kraju, ponieważ uznano go za obszarnika. Miał pecha, bo mieszkał w komunistycznej części kraju, mimo iż był również zasłużony dla sprawy tow. Wandy. Był wściekły na towarzyszy, zdawało mu się, że oni zapomnieli o jego wkładzie dla sprawy. Co więcej, został przez nich upodlony, kiedy uznano go za wroga kraju, zdegradowano i pozbawiono majątku. To było zbyt wiele dla misiowej tolerancji. Miał szczęście, że pozwolono mu wyjechać. W przeciwnym wypadku stanąłby przed sądem i niechybnie zostałby skazany. Za zasługi nie dostałby kary śmierci, pewno zamknęliby go w więzieniu, a tam nadgorliwy strażnik skatowałby go na śmierć. Słyszał o takich przypadkach, napawało go to obrzydzeniem i wstrętem... W Baridasie jednak nie było tak wspaniale jak to opisywali towarzysze...

Misio postanowił zamieszkać w slumsach Almery. Mimo iż był osobą dosyć zamożną jak na baridajskie warunki, a rząd Baridasu w ramach umowy z komunistami wypłacał Misiowi rentę kombatancką. Misio z początku myślał, że ta renta to jakiś okrutny żart, okazało się jednak że była to prawda. Każdy żołnierz który walczył razem z SAL, otrzymywał rentę kombatancką, nawet ci którzy zostali pozamykani w więzieniach. Drugim źródłem utrzymania był dla Misia handel owocami. Miał on pewną wprawę w interesach, znalazł sobie pośrednika i sprowadzał do miasta banany i ananasy i sprzedawał je sklepom po okazyjnych cenach. Był najtańszy, wobec tego sklepikarze zaopatrywali się u niego. I w taki sposób Misio pomnażał swój skromny majątek. Mimo tego nadal mieszkał w slumsach.

Postanowił pomagać lokalnej biedocie. Był wstrząśnięty, kiedy zobaczył warunki życia niektórych mieszkańców. Swoich ubogich sąsiadów wspierał na różne sposoby – dawał im pracę w swojej firmie, ich dzieci posyłał do szkół za własne pieniądze, kiedy nie mieli w co się ubrać i co zjeść, Misio wspierał ich małymi kwotami. Zaznaczał jednak, że jest to nieoprocentowana pożyczka, a nie darowizna. Tak chciał ich skłonić do szukania sposobów zarabiania pieniędzy, tak aby nie musieli już u nikogo żebrać. Metoda ta przypominała działalność niektórych pozytywistów z końca XIX wieku i dawała całkiem niezłe rezultaty. Za pomoc tego dziwnego Sarmaty, lokalni mieszkańcy byli niesamowicie wdzięczni. Zapraszano go na wesela, rodzinne uroczystości, stał się swoistą atrakcją okolicy. Raz czy dwa dziennikarze z miejskich gazet chcieli zrobić o nim reportarz, on jednak stanowczo odmawiał. Nie chciał robić ze swojej pomocy przedstawienia. I tak mijało mu życie, aż do pewnego momentu...

Misio generalnie był zadowolony ze swojego życia. Po raz pierwszy od dawna, wiódł bezpieczne, powolne życie, bez obawy, że ktoś go zastrzeli czy w inny sposób zabije. Jednakże spokój Misia mąciła sytuacja polityczna w kraju. Rząd był słaby, praktycznie kontrolował jedynie duże miasta, ale i tam, zwłaszcza w slumsach, działali różnego rodzaju partyzanci, watażkowie czy bonzowie. Na terenach graniczących ze Scholandią działała partyzantka komunistyczna, obszar ten infiltrowali też gnomi bojownicy. Wyspy zaś kontrolowała prawicowa guerilla, dowodzona przez byłego członka SS, o pseudonimie „Wolf”. Również okolice gdzie mieszkał Misio stawały się coraz bardziej niebezpieczne. Misio jednak nie zdecydował się na noszenie przy sobie broni, przyrzekł sobie zaraz po wojnie, że już nigdy nie weźmie nawet pistoletu do ręki. Szybko jednak zmienił zdanie. Pewnego wieczoru, wracając ze swojej firmy do domu, został napadnięty przez chłystków z gangu, który ostatnio coraz śmielej sobie poczyniał w tej dzielnicy. Misio pluł sobie w brodę, ponieważ obrabowały go dzieciaki w wieku od 12 do 15 lat, a przecież w czasie wojny wygrywał ze znacznie groźniejszymi przeciwnikami. Tej samej nocy, obrabowano mu mieszkanie, a dwa domy dalej zastrzelono rodzinę, która miała długi u bossa gangu. Misio rzekł sobie wtedy: „Kurwa... to się nie godzi.” Przypomniał sobie, gdzie zakopał swój karabin i pistolet.

Zaraz po przyjeździe z Sarmacji, Misio ukrył swoją broń w miejskim parku. Nie zakopał jej od tak, schował ją starannie i zabezpieczył przed korozją. Mógł ją wyrzucić, ale podświadomie uznał, że kiedyś może się mu jeszcze przydać. Miała mu być potrzebna już wkrótce... Misio łatwo odnalazł miejsce „pochówku” swojego peemu i colta. Było to 24 kroki na wschód od posągu pewnej młodej, przystojnej dziewczyny. Broń była w całkiem dobrym stanie, wymagała jedynie wyczyszczenia, nasmarowania no i amunicji. Misio wziął swoją paczuszkę i ruszył do domu, żeby przywrócić zawartość do stanu używalności.

Okazja do użycia broni nadeszła szybko. W zasadzie Misio sam sprowokował całą sytuację. Pewnej nocy postanowił przespacerować się po okolicy, w poszukiwaniu band, które coraz mocniej dawały się we znaki mieszkańcom. Do paska miał przytroczoną kaburę, a w niej swój pistolet. Przez ramię miał przewieszonego tommyguna, który wcześniej nie raz uratował mu życie. Ubrany był w długi prochowiec, w którym trzymał 3 magazynki do peemu. Tak uzbrojony wyruszył na łowy. Pierwszą grupę spotkał już 5 minut po wyjściu z domu. Było to z 6 czy 7 wyrostków, którzy próbowali obrabować samochód. Misio ściągnął z ramienia karabin i wystrzelił serię w powietrze. Rabusie nie mieli broni palnej, więc kiedy usłyszeli strzały, a potem ujrzeli wysokiego mężczyznę, zbliżającego się do nich z pistoletem maszynowym, uciekli w te pędy. Misio wiedział, że pobiegną po pomoc, że niedługo zjawi się tu grupa uzbrojona w broń palną, pistolety a może i strzelby. Usiadł sobie spokojnie na kartonie, ukrytym w zaułku pomiędzy domami i zapalił sobie papierosa.

Odsiecz nadjechała bardzo szybko. Misio zgasił swojego dymka, gdy usłyszał nadjeżdżający samochód. W parę sekund później, zza zakrętu wyłonił się stary pick-up, z 4 facetami z tyłu, uzbrojonymi w strzelby, oraz z dwoma siedzącymi w kabinie samochodu. Misio odbezpieczył Thompsona, zarepetował i wycelował. Pamiętał, że jego peem miał spory odrzut, więc złożył się tak aby jak najbardziej zniwelować „kopanie” karabinu. Pick-up zatrzymał się, bandyci siedzący z tyłu wyskoczyli przez boki samochodu i zaczęli spokojnie iść wzdłuż ulicy, w stronę zaułka gdzie siedział Misio. Mężczyźni siedzący w kabinie samochodu pozostali tam gdzie siedzieli. Misio w głowie miał już ułożony plan jak pokonać tych 6 chłopa. Szybko wyskoczył z uliczki i celną serią pozbawił życia dwóch gangsterów. Przeskoczył na drugą ulicę i schował się za samochodem. Pozostali zaczęli do niego strzelać. Misio wiedział, że blacha samochodu jest żadną osłoną, więc zebrał się w sobie, wychylił się zza samochodu i strzelił. Jego seria z peemu trafiła w głowę pewnego młodzieńca ze strzelba, który zapamiętale strzelał w jego stronę. Teraz wyglądał jakby coś ogromnego wleciało mu w twarz i zrobiło w niej schowek. Ostatni żyjący z tej czwórki postanowił brać nogi za pas. Nie zabiegł daleko, gdyż szybko padł trafiony. Były to ostatnie naboje z tego magazynku. Misio nie przeładowywał broni, postanowił teraz użyć pistoletu. Złożył się do strzału. Wystrzelił cztery razy w stronę kierowcy. Piąty strzał był celny, kierowca otrzymał trafienie idealnie między oczy. Ostatni pozostający przy życiu członek tej „grupy ratunkowej” począł uciekać. Wyskoczył z samochodu i zaczął biec w tą samą stronę z której przyjechali. Misio wycelował i pociągnął za spust. Broń podskoczyła lekko, rozległ się huk wystrzału. Łuska opuściła komorę nabojową i jednostajnym lotem zaczęła spadać. Koniec jej krótkiej podróży oznajmił charakterystyczny odgłos. Misio opuścił broń i spojrzał.

Szósty z bandytów leżał na ziemi, z przestrzeloną nogą. Wił się z bólu i krzyczał w niebogłosy. Misio wyciągnął papierosa, zapalił go i spokojnym krokiem skierował się w stronę jego ofiary. W magazynku miał jeszcze dwa naboje. Szedł spokojnie, widział, że tamten nie podejmie walki. Stanął przed nim i z papierosem w ustach wycelował mu w głowę.

Metadane
autor: Michał Czarnecki
data: 21 marca 2007 r.
link: wandea