Jądro w Ciemności 1.11

Jądro w ciemności vol.11 - "Kronika niezapowiedzianego numerku"

Misio i jego żołnierze szykowali się już do ostatecznego szturmu na Czekany. Czyszczono broń, uzupełniano zaopatrzenie, pisano listy do rodzin, mimo iż nie mogły być one wysłane, każdy starał się coś robić, byle tylko nie myśleć o samej walce. Misio postanowił pisać dziennik, w którym opisywał całe to zamieszanie. Chodził też od żołnierza do żołnierza, pytał o morale i samopoczucie. Odwiedzał też rannych, pytał o ich stan zdrowia. Za każdym razem otrzymywał odpowiedź: "Doskonale, panie kapitanie!" Morale w oddziale było wysokie i Misio zdawał sobie z tego sprawę. Wiedział, że służył razem z zawodowcami i osobami oddanymi całkowicie walce o słuszną ideę - o wolną Sarmację.

Plan szturmu na Czekany był zmodyfikowaną przez Misia propozycją ataku, opracowaną przez sztab SAL. Zakładał on, że jeden z batalionów przeprawi się na drugi brzeg Narwi i cała operacją będzie się odbywać po obu stronach rzeki. Główny impet natarcia miał iść od strony Musztardowa, czyli od południa. Tutaj Misio opracował dość ciekawy fortel. Rozpoznanie wykazało, że teren na południe od Czekan jest jedynym miejscem, gdzie można odpowiednio rozwinąć natarcie. Tutaj też Scholandczycy wykopali najwięcej okopów. Była to potrójna linia umocnień ziemnych, z gniazdami cekaemów i zamaskowanymi pozycjami dział.

Z przechwyconych raportów wroga, Misio wiedział kto dowodzi obroną Czekan. Miał okazję poznać tego człowieka podczas praktyk w Szkolinie. Pił z nim wódkę - od tamtego czasu nie pije już alkoholu. Dostatecznie wyrobił sobie zdanie o owym oficerze i wiedział jaki on jest. Dlatego opracował sprytny plan. Dwa bataliony piechoty miały o świcie gwałtownie zaatakować pierwszą linię umocnień. Tutaj powodzenie ataku zależało przede wszystkim od szybkości i impetu ataku. Te dwa bataliony musiały za wszelką cenę zająć te wysunięte okopy. Misio zakładał, że Scholandczycy będą próbować kontratakować. Ich pozycje obronne w gruncie rzeczy nie były zbyt głębokie, więc nie mogli ryzykować utraty choćby metra okopów. I tutaj Misio wymyślił podstęp - owe bataliony, które miały uderzać na pierwszą linię umocnień, miały upozorować odwrót, aż do wysuniętych pozycji własnych wojsk. Liczył na to, że scholandzcy obrońcy zaryzykują kontratak. Wtedy to, z ich prawej flanki, z zalesionego terenu miały uderzyć dwa bataliony, których zadaniem było okrążenie kontratakujących wojsk obrońców i odcięcie ich od reszty wsi. Oddziały, które "wycofywały się" wzmocnione teraz o kolejne dwa bataliony, miały nagle uderzyć od południa. Tak wzięci w kleszcze obrońcy mieli zostać wystrzelani. Równocześnie, wraz z owym fortelem, jeden z batalionów miał uderzyć na sąsiednim brzegu rzeki i zająć go, a kolejny miał od północnego zachodu uderzyć na samą wieś.

Cały plan był śmiały i dość ryzykowny. Jego powodzenie zależało od synchronizacji natarć i od tego, czy Scholandczykom będzie chciało się kontratakować. Jeżeli kontratak nie nastąpiłby, wykonanoby plan B, czyli próbę szturmu na wieś z kilku stron. Kompania Misia miała osłaniać prawą flankę batalionów odcinających obrońcom w okopach drogę do wsi. Jej zadaniem była ochrona przed możliwymi kontratakami z samych Czekan.

Pod wieczór, dzień przed atakiem, kapitan Misio i porucznik Właśniak siedzieli w okopie, w punkcie obserwacyjnym i lornetkami obserwowali wieś Czekany.

Plan może i był Misia, ale Misio całą operacją nie dowodził. Robił to tow. Żenada, oddelegowany ze sztabu SAL. Przybył tylko on, jako iż Sarmacka Armia Ludowa nacierała już na innym odcinku frontu. Misio dowodził tylko swoją kompanią. "Misiosbanditen" zajęli swoje pozycje wypadowe około godziny 5 nad ranem. Pomalowani w barwy ochronne, skupieni i z bronią w ręku wyglądali dość malowniczo. Mieli czekać na zieloną racę, sygnał do szybkiego ataku na wieś.

Misio nie obserwował co działo się na polu bitwy, wolał się nie denerwować. Spokojnie czekał na zieloną racę i obserwował teren, szukając jak najlepszej drogi do ataku. Gdyby plan z fortelem się nie udał, wystrzelonoby wtedy czerwoną racę i miał się rozpocząć zwykły szturm na wieś. Misio i tak atakowałby wtedy tą samą trasą. O godzinie 4.55 rozpoczął się silny ostrzał artyleryjski scholandzkich pozycji obronnych. Miał potrwać dokładnie 15 minut, po nim od razu miał rozpocząc się szybki atak na pierwszą linię okopów. Misio sprawdzał to z zegarkiem w ręku. Był pod wrażeniem, gdy co do sekundy, po kwadransie ostrzał ucichł.

Rozpoczynające się natarcie Misio rozpoznał po wzmożonym ostrzale z broni maszynowej i wybuchach granatów. Ci żołnierze mieli maksymalnie godznię na zdobycie okopów i rozpoczęcie pozorowanego odwrotu. Kontruderzenie wroga miałobyć oznajmione graniem trąbki - taka ciekawa odmiana na dzisiejszym polu walki. Chłopaki z pierwszego rzutu uwinęli się w 30 minut, po czym, po 5 minutach, trąbka zaczęła grać. Misio wypatrywał teraz na niebie zielonej racy. Po 10 minutach zielony punkcik ukazał się oczom gotowych do walki żołnierzy. Była godzina 5.55 gdy ruszali do ataku.

Misio ze swoim tommygunem w rękach biegł na czele kompanii. Moździerze wcześniej postawiły zasłonę dymną, dlatego dookoła pokazała się biała mgła. Misio mógł jednak zobaczyć, jak cienie żołnierzy SALu również biegną w stronę linii wroga. Natomiast jego wojacy byli o krok za nim. Misio postanowił uderzyć pomiędzy dwoma domami, potem przez trawnik pałacowy aż do budynku zajazdu. Biegli zatem co sił w nogach.

Misio, sapiąc ciężko, wpadł do pierwszego z domów. Zdążył tylko kątem oka zobaczyć scholandzkiego żołnierza. Szybko odwrócił się i powalił go na nogi szybką serią z karabinu. Od razu kilku innych, którzy zapewne byli w tym budynku, chciało posłać Misia do krainy wiecznych łowów. Ale ten, jako i nie był w ciemię bity, uciekł co sił w nogach do pokoju obok. Tam wbiegając zastrzelił jednego wrogiego frajtra i biegł dalej. Dotarł do schodów które prowadziły na górę. Słyszał już, że inni żołnierze biegną za nim. Poczekał chwilę aby zobaczyć, czy jakiś scholandzki żołnierz nie ma zamiaru zejść na dół. Nie musiał długo czekać, jego ofiara nawet nie zdążyła zobaczyć Misia, gdy ten strzelił jej serie po nogach, a gdy upadała wpakował jej jeszcze kilka ołowianych kulek w kręgosłup i w głowę.

Misio ostrożnie zaczął wchodzić po schodach. Były to klatka schodowa, w której pierwszy ciąg schodów kończył się jakby platformą, na której schody zakręcały o 180 stopni i biegły dalej, do góry. Misio wspinał się z karabinem w jednej i z granatem w drugiej ręce. Gdy był na owej platformie, zauważył kilku Scholandczyków na pierwszym piętrze. Nie było czasu na reakcję, od razu rzucił granat i padł na schody. Trzech zginęło natychmiast, jednak dwóch nadal wykazywało chęć walki. Tutaj Misio musiał użyć drugiego granatu. To podziałało, dziwił się też, czemu jego przeciwnicy sami nie użyli takiej samej broni co Misio. Mogliby go wtedy łatwo i szybko wyeliminować. No ale nie było czasu na rozmyślania.

Po raz kolejny Misio prowadził swoją kompanię. Kiedy część żołnierzy wyszła już z budynków, podzielił ich na 3 plutony. Zależało mu na prędkości, musieli szybko dotrzeć do zajazdu. Tam jego żołnierze znaleźliby osłonę przed ogniem wroga, dodatkowo mieli przecież też wsparcie w postaci batalionu SAL atakującego wzdłuż drogi. Ruszyli co sił w nogach. Siali śmierć i zniszczenie w szeregach wroga. Okazało się, że na trawniku przed pałacem wykopano okopy, jednak sam pałac był nieobsadzony.

Na widok wściekle biegnących żołnierzy Misia, kilkunastu scholandzkich żołnierzy próbowało uciekać. Ginęli jednak oni szybko od karabinowych kul. Misio dobiegał już do pierwszych okopów. Jak się okazało, była to cała sieć umocnień, gdzie umieszczono artylerię obrońców. Misio rzucił granat i dosłownie wpadł do okopu. Tam zastrzelił szybkim strzałem jednego z obrońców i wymienił magazynek. Ruszył dalej okopami prowadząc część żołnierzy ze swojego oddziału. Reszta uderzała w drugą stronę - nimi przewodził porucznik Właśniak.

Misio chciał oczyścić linię okopów, tak że na końcu mieli się spotkać z drugą grupą z własnego oddziału. Ruszył więc biegiem, kosząc obrońców swoim tommygunem. Gdy dotarł do pozycji pierwszego z dział, zatrzymał się. Poczekał na resztę swoich chłopaków, gdyż skończyły mu się granaty. Pożyczył więc jednego od pewnego szeregowca. Rzucił go i krzyknął: "Za mną !" Na obsługę działa posypał się grad kul i "Misiosbanditen" pobiegli dalej - nikt z artylerzystów nie przeżył. Przy drugim dziale nie mieli towarzystwa obrońców, widocznie ci uciekli w drugą stronę, w objęcia Właśniaka. Zanim się z nim spotkali, Misio zdążył zastrzelić jeszcze kilku.

Musieli odpocząć chociaż chwilkę. Byli zmachani i zdyszani, pot lał się z nich obficie. Misio miał teraz czas, aby rozeznać się w sytuacji. A przedstawiała się ona następująco - most na Narwi był wysadzony, widocznie część obrońców przedostała się na drugi brzeg, ale tam wpadli w objęcia batalionu nacierającego po drugiej stronie. Wzdłuż drogi, SALowcy zdobywali stojące tam domy i nieubłaganie parli ku remizie. Byli przy tym ostrzeliwani zajadle z zajazdu. Misio dał swoim żołnierzom 5 minut odpoczynku, po czym ruszyli...

Dotarli dość szybko, zabijając przy tym kilku żołnierzy wroga, którzy mieli pecha znaleźć się na ich drodze. Dopadli do budynku zajazdu. Na dole, z tego co pamiętał Misio, była duża sala, natomiast na górze - pokoje gościnne. To z góry był najsilniejszy ostrzał karabinowy, ale żeby się tam dostać należało się tam dostać. Misio zaryzykował wejście przez taras nad rzeką. Mieli szczęście, bo na stronę rzeki były tylko niewielkie okienka, umieszczone dość wysoko. Przez nie Misio widział, że na dużej sali było około 20 żołnierzy wroga. Kilku żołnierzy z pistoletami maszynowymi wspięło się do tych okienek, wybili szyby i rozpoczęli morderczy deszcz ołowiu. Była to krwawa łaźnia, Misio dziwił się, że ktoś przeżył.

Zanim weszli do środka profilaktycznie wrzucili na salę kilka granatów, po czym wyważyli drzwi i wbiegli do zajazdu. Misio chciał teraz wykończyć tych, co znajdowali się na górze. Obrońców recepcji załatwili kilkoma granatami. Wbiegli po nie bronionych schodach na górę. Wzdłuż pokojów biegł długi korytarz, od którego odchodził drzwi do poszczególnych kwater. Musieli to zrobić szybko. Kilku żołnierzy wzięło od pozostałych granaty i wykonali brudną robotę. Podeszli powoli do pierwszej pary drzwi, otworzyli je i wrzucili parę granatów do każdego z pokoi. Kolejni żołnierze podeszli do nich, otworzyli je i ostrzelali z pistoletów maszynowych. Powtórzyli to kilka razy, dopóki nie oczyszczono góry z nieprzyjaciela. Misio wbiegł potem do jednego z pokoi i zlustrował sytuację ogólną...

A wyglądała ona tak - domy i remizę oczyszczono, obrońców na południu wycięto, a ci na drugim brzegu poddali się. Czekany zostały zdobyte. Misio sprawdził straty w swojej kompanii. Podczas ataku zgięło 15 jego żołnierzy, a 21 było rannych. Ale były to konieczne ofiary, które musiały zaistnieć w takiej sytuacji. Misio był jednak szczęśliwy, że jego plan się powiódł, a Czekany zostały zdobyte. Zmęczony, z twarzą umazaną od potu, kurzu i kamuflażu wyszedł powoli z zajazdu. Zdjął hełm a broń zwisała mu na ramieniu. Znalazł jakąś skrzynię, obrócił ją i usiadł na niej. Z zapylonego munduru wyciągnął wymiętą paczkę papierosów. Wziął do ust jednego, odpalił i głęboko nim zaciągnął. Tak, to była ta chwila na jaką czekał od początku dnia. Chętnie wyciągnąłby się i poopalał, ale jakoś tak nie dało się tego zrobić na tej niewygodnej skrzyni.

Metadane
autor: Michał Czarnecki
data: 31 sierpnia 2006 r.
link: wandea